comment 0

#33

Jeśli pić, to tylko w Polsce

Polska znowu w czołówce. Tym razem znaleźliśmy się wśród najbardziej imprezowych miast Europy.

Inwazja angielskich świń – pod takim tytułem opublikował swój ranking prestiżowy dziennik “The Independent”, który wziął na celownik dziesięć najchętniej odwiedzanych przez Brytyjczyków miast Europy. I nie chodziło wcale o turystów zainteresowanych zwiedzaniem Wawelu czy gdańskiej starówki, lecz tych, którym zależy tylko i wyłącznie na hucznej i szalonej zabawie. Okazało się, że najlepsze imprezy można przeżyć właśnie w Polsce!

Ostatnie chwile wolności

Już nie Praga, Amsterdam, Barcelona czy irlandzkie Cork są ulubionymi miastami brytyjskich imprezowiczów. Wskazówka popularności przechyliła się tym razem bardziej na wschód. Na czele wielkiej dziesiątki uplasował się Budapeszt – to miasto przeżywa dzisiaj istny najazd turystów z Wysp. I zmaga się z problemem pijanej młodzieży.

“Inwazja angielskich świń” to właśnie słowa łotewskiego premiera, który ostro skomentował wybryk 34-letniego Brytyjczyka po tym, jak ten oddał mocz na narodowy pomnik w centrum Rygi. Pijany mężczyzna trafił do aresztu, a wieść o incydencie obiegła świat w ciągu kilku godzin. “Brytyjska ambasada w tym mieście jest permanentnie zasypywana zgłoszeniami od pijanych Brytyjczyków, którzy zostali aresztowani, obrabowani lub są akurat tak zalani, że nie potrafią znaleźć drogi powrotnej do hotelu” – pisze “The Independent”.

Kłopoty z zagranicznymi gośćmi mocno odczuwają polskie miasta. Według brytyjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, aż 70 procent wszystkich wieczorów kawalerskich świętuje się poza granicami kraju. A najlepiej szaleć tam, gdzie tani alkohol, najpiękniejsze dziewczyny i poczucie, że wszystko nam wolno. I choć wiele ekscesów w Rydze czy Barcelonie kończyło się komisariatami i wyrokami, w Polsce ciągle króluje poczucie totalnej wolności. Brytyjczycy wydają na imprezowe wycieczki 532 miliony funtów rocznie. Wolno im wszystko, bo rządzi ten, kto ma pieniądze.

Zdążyć przed skandalem

Sławomir Chełmowski, rzecznik wrocławskiej straży miejskiej przyznaje, że wizyty gości z Wysp doskwierają mieszkańcom miasta. – Na szczęście, problemy nie są tak poważne jak w Krakowie – zastrzega na wstępie. Co funkcjonariuszom spędza więc sen z powiek? – Najczęściej są to incydenty obyczajowe, takie jak kąpiele w fontannie czy rozbieranie się w miejscach publicznych.

Według rzecznika, Brytyjczycy we Wrocławiu są bardziej widoczni niż reszta mieszkańców, co nie oznacza, że sprawiają więcej kłopotów. – Nasi stwarzają nam znacznie poważniejsze problemy. Nie możemy zamykać się na obcokrajowców.

Rzecznik straży miejskiej próbuje tłumaczyć brytyjskich imprezowiczów. – To jest zupełnie inna mentalność. Oni mają manię przebierania się. Na porządku dziennym są widoki, gdy wrocławskim Rynkiem idzie roznegliżowany mężczyzna przebrany w damską bieliznę. Ale nie możemy z nimi walczyć, musimy się do siebie dostosować – mówi rzecznik.

Na problemy z brytyjskimi gośćmi skarżyli się w swoim czasie właściciele dyskotek i pubów. Anglicy nie ukrywają, że szaleją za urodą polskich dziewczyn, a po kilku głębszych chętnie okazują dowody sympatii. Zaczepianie i obmacywanie kelnerek właściciele dyskotek załatwili jednak “we własnym zakresie”. W jaki sposób? – Gdy widzieli wielkiego, łysego bramkarza bez karku, szybko się wycofywali – mówi jeden z nich.

Uniwersalne przekleństwa

Kraków też nie ma łatwo z turystami z Wysp. W niektórych pubach pojawiły się wywieszki “Brytyjczykom dziękujemy” lub “Zakaz organizacji wieczorów kawalerskich”. Właściciele lokali tłumaczyli, że więcej mają przez nich strat niż dochodów, a do tego pouciekali polscy klienci.

Małgorzata Imosa-Nogieć, rzeczniczka krakowskiej straży miejskiej: – Problemy zaczynają się głównie w wakacje, kiedy miasto przeżywa najazd imprezowiczów. Największym kłopotem jest dla nas obnażanie się w miejscach publicznych – przyznaje.

Władze Krakowa wprowadziły nawet z tego powodu zakaz obsługiwania w lokalach gości nie kompletnie ubranych. – Jeśli takiemu człowiekowi podany zostanie alkohol, właściciel klubu zapłaci mandat – twierdzi rzeczniczka.

Anglicy i Szkoci przylatują nad Wisłę sporymi grupami. Imprezują w towarzystwie znajomych – po dwadzieścia, trzydzieści osób. Interesują ich głównie dyskoteki i kluby nocne, choć okupują też ogródki piwne. W lecie ciężko znaleźć tam wolne miejsce. Tanie piwo w połączeniu z tanim biletem lotniczym często kończy się kłopotami z prawem. Strażników miejskich oburzają przekleństwa, również te wykrzykiwane po angielsku. – Skąd wiedzieliście, że to przekleństwa? Zrozumieliście? – dociekamy.

– Słowo “fuck” jest uniwersalne, chyba każdy je rozumie – tłumaczy Małgorzata Imosa-Nogieć. I przypomina historię mężczyzny, którego strażnicy ukarali mandatem za przekleństwa. Okazało się, że studiuje w Krakowie polonistykę i mówi biegle w naszym języku, choć wolał rzucać mięsem w tym ojczystym. Na swoje nieszczęście natrafił na strażnika, który choć trochę rozumiał język Szekspira. – Nasi funkcjonariusze nie mają większych problemów z porozumiewaniem się z obcokrajowcami. Aby trafić do służby, trzeba mieć przynajmniej średnie wykształcenie. Wiadomo, że każdy z nas ma ze szkoły średniej jakieś podstawy angielskiego.

Rzeczniczka nie dodała, że krakowscy strażnicy musieli uczyć się języka ponadprogramowo. W szkolnej ławce brzydkich wyrazów raczej by nie usłyszeli.

Chuliganów nie zapraszamy

– U nas z angielskim bywa różnie – mówi rzecznik wrocławskich strażników. Przyznaje, że czasami trzeba pomachać w powietrzu rękami. Często na widok munduru goście szybko się uspokajają.

Wrocławscy strażnicy starają się być dla Brytyjczyków pobłażliwi. Ekscesy z ich udziałem kończą się z reguły pouczeniami.

O ile pijaństwo i nocne hałasy Brytyjczyków ściągają na ich głowy strażników miejskich, to zdarzają się sytuacje, że sami szukają u nich pomocy. – Często gubią się u nas, nie potrafią wrócić do swojego hotelu i w środku nocy proszą o pokazanie im drogi.

Gości z Wysp Brytyjskich nie boi się za to Polska Izba Turystyki w Londynie. Ewa Binkin pracująca tam jako menedżer przekonuje, że właśnie do nich powinniśmy skierować oferty wyjazdów do naszych miast i pokazać, z jak pięknego pochodzimy kraju. Czy pani menedżer nie obawia się, że Polskę zaleje kolejna fala pijanej hołoty? – To zależy od strategii turystycznej, jaką się obierze. Nie chcemy zapraszać do Polski chuliganów. Oni są najbardziej widoczną grupą Brytyjczyków, rzucają się w oczy, ale to tylko maleńki procent wszystkich turystów z Wysp – przekonuje. I zapewnia, że ze zjawiskiem tym walczą również władze brytyjskie, które wydały ulotkę pouczającą, jak zachować się za granicą.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s