#36

Tak samo jak nieuchronnie pojawiła się wiosna, tak i tak samo nieuchronnie pojawiły się święta. Święta wielkanocne. W sumie w odwrotnej kolejności, ale to nie zmienia stanu rzeczy. Parę czynników zewnętrznych przypomniało mi o tym jakże ważnym święcie chrześcijańskim, o czym krzyczą księża z ambony minimum czterdzieści dni przed faktem.
1) mama wołająca mnie do kuchni i goniąca do sprzątania – odczuły to również moje ręce dźwigające zakupy, łącznie ze zgrzewkami różnych cieczy (już się nawet nie kłóciłam o to, dlaczego jak cywilizowani ludzie nie jeździmy po takie wielkie zakupy samochodem. Gdy zabraniam moim rodzicom brać foliowych reklamówek ze sklepu i zaopatrzyć się w Green Bag, twierdząc, żę trzeba chronić środowisko, oni odpowiadają mi to samo, gdy ja chcę jechać samochodem na zakupy. Może mają rację, niech im będzie.)
2) 6 dni wolnego od szkoły
3) data w kalendarzu, bo nagle ni stąd, ni zowąd, piątek dwudziestego pierwszego zabarwił się na czerwono
4) wystawy i głupie dekoracje wszędzie! Na wystawach sklepowych, na mieście, w internecie wszędzie wyskakują jajka i nawet moja mama przystroiła wielki wazon w holu w jajeczka na wstążeczkach!!!

Ani pogoda, ani szczególny nastrój uniesienia duchowego nie dał mi choćby poczuć, że są święta.
Spadł śnieg, więc niektórym mniej rozgarniętym mogły się pomylić święta i mogli zacząć przystrajach choinkę bombkami zamiast bukszpan jajkami (jak moja mama).
Uniesienie duchowe jest mi obce, przyznam się. Unoszę się ostatnio bardziej historią Anneliese Michel aniżeli Wielkanocą, ale (częściowo) byłam na rekolekcjach, u spowiedzi i nawet poświęcić dzisiaj jajka!
Razem ze świętami, a właściwie przed nimi, a w ogóle konkretnie to wczoraj, przyszła wiosna.
Dwudziesty pierwszy dzień marca oznacza nie tylko pierwszy dzień wiosny i dzień wagarowicza, który w tym roku odbył się całkiem legalnie, bo i tak był wolny, więc nie trzeba było nawet uciekać ze szkoły, a szkoda, bo znowu byłabym jedną z tych około pięciu osób, które zwiały z lekcji, a reszta siedziała i udawała kandydatki na zakonnice, cholera jasna. Dwudziesty pierwszy oznacza także tydzień do urodzin mojej mamy, z których to okazji kupiłam jej ładne rajstopy i mam zamiar jeszcze kupić dość modernistyczną (jak na moją mamę) filiżankę.
Wiosna to moja ulubiona pora roku – wspominałam już?
Wszystko jest wtedy takie ładniejsze, żywsze, świeższe, kolorowsze.
Boże, bardziej kolorowe. Przepraszam, to chyba ta wiosna……………………………….
Gdy budzę się rano to witają mnie promienie słońca wpadające do pokoju, dzięki czemu jestem wypoczęta, bo słońce wzeszło jakieś dwie godziny przed moją zwyczajową pobudką, co oznacza, że mój organizm nie wytwarza melatoniny od jakichś właśnie dwóch godzin, co praktycznie równa się z tym, że od dwóch godzin już nie śpię.
Radosnym, tanecznym krokiem udaję się do kuchni, zaparzyć kawę…
Ubieram jaskrawe kolory, rozweselając siebie i swiat…
Z uśmiechem witam moich współclassmatesów 🙂 (fajne słowo, chyba je zapatentuję)…
Nic mi nie jest w stanie zepsuć humoru, nawet biologia…
Wracając ze szkoły tą samą ulicą czuję się conajmnej jak Lindsay Lohan na Melrose Avenue…
Po szkole udaję się na rekreacyjny spacer do parku, gdzie małe dziecko łapie mnie za kolana, nie chce puścić i razem wpadamy w ubłoconą kałużę…
Potem wracam do domu, znowu piję kawę, zaczynam się uczyć, ale stwierdzam, że po co, przecież to takie proste…
Idę spać czując endorfiny buzujące w moim organizmie niczym orenżadka. Pomarańczowa.
Okej, pofantazjowałam sobie trochę, ale wiosna jest po prostu taka cudowna!
Kocham wiosnę!

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s