comment 0

#38; wes. św.

Z moją najukochańszą siostrą (widoczną na zdjęciu po prawej) spędziłam dzisiejszy jakże uroczysty, świąteczny dzień. Rodzice pracują przez całe święta. Wpadają do domu, żeby się przebrać, wykąpać i wyspać. Zostawiają nam pieniądze na zakupy i zadawalają telefonami w ciągu dnia, zawsze zaczynającymi się od tego samego tekstu “Co tam?” tudzież “Jak tam?”, żeby nie było za – prawda – nudno.
Odpierdzielone w białe koszule i spodnie w kant z wilgotnymi włosami zasiadłyśmy do przygotowanego przez mnie stołu świątecznego. Samo stwierdzenie, że stół świąteczny został przygotowany przez mnie oznacza, iż co chwila musiałam latać po coś do kuchni. “Przynieś jeszcze chleb”, “Weź idź po masło. I nóż”.
Potem udałam się do kościoła, gdzie na jednej słuchawce słuchałam sobie Alicia Keys. Musiałam mieć słuchawkę w tym uchu dalej od mojej siostry, gdyż ona jest… No… Konserwatywna, żeby nie powiedzieć dziwna i głupia. Potrafiłaby się na mnie obrazić za słuchanie muzyki w kościele, mówiąc, że “ja to nie mam wyczucia”. I tak mnie taką uwaga dzisiaj potraktowała, bo zaśmiałam się w momencie klękania i wygięłam się lekko, aby wyjąc telefon z kieszeni sprawdzając godzinę. Naprawdę trzeba mieć wyczucie i smak, aby sprawdzić godzinę, siostro kochana!

Muszę coś powiedzieć…
Zazwyczaj jestem optymistycznie nastawiona do życia.
Problemy i smutniejsze chwile życia omijam szerokim łukiem, skupiając się na tych radośniejszych aspektach.
Uwagi i krytyki spływają ze mnie jak po kaczce. I to jest mój błąd. I to jest mój ból.
Dotarła dzisiaj do mnie dosyć bolesna prawda.
Że jestem nielubiana. Że nie mam przyjaciół. Jedynie znajomych. I to głównie z klasy.
Uświadomił mi to fakt, że na ten jakże radosny okres świąt wielkanocnych dostałam życzenia od… Starczy mi połowa palców jednej ręki, aby zliczyć od ilu osób. Od Zajca, ale prawdopodobnie rozsyłał to wszystkim na Gadu i od Jowity, która była u mnie w gościach, a jak wychodziła to pożegnała mnie śmiesznym “wesołego jajka”.
Ciężko mi jakoś ubrać to wszystko w słowa.
Próbowałam udawać samą siebie, że fakt, że nie mam przyjaciół mi nie przeszkadza.
Że przecież dużo osób się deklaruje jako Pan-Nie-Mam-Przyjaciół.
Że jeżeli wychodzę na spacer, na miasto lub do jakiegokolwiek rodzaju lokalu to najczęściej sama, z siostrą lub z osobami z klasy, przy okazji jakiegoś zorganizowanego wyjścia.
Że spotykam się tylko z Jowitą, która jedyna mi się ostała, naprawdę ją kocham.

Coś jest ze mną nie tak.
Coś jest we mnie odpychającego.
Jakaś cecha charakteru?
Nie.
Wiem.

W ogóle jest taka dziwna sytuacja. Zacznę od początku. Myślę, że będę miała spokojniejsze sumienie i wszystko mi się w pewien sposób poukłada, jeżeli ubiorę moje uporządkowane myśli w słowa.
Mam 10 lat, przeprowadzam się do Świnoujścia, w podstawówce poznaję Ewelinę, chodzę z nią do klasy. Ona pierwsza przeprowadza mnie przez trudy mieszkania w wielkim mieście, bo takowym mi się Świnoujście w wieku 10 lat wydawało.
W podstawówce jak to w podstawówce, wszystkie milsze dziewczyny to moje przyjaciółki.
W ostatniej – szóstej – klasie zaprzyjaźniam się, na trochę – powiedzmy sobie – poważniejszych zasadach z Jowitą. Moje ulubione koleżanki to Jowita i Ewelina. Jesteśmy nierozłączne, razem idziemy do gimnazjum.
Mamy po 13 lat, jesteśmy w jednej klasie, nic nam nie straszne, bo przecież jesteśmy razem.
Nasza nowa gimnazjalna klasa jest cudowna.
Jestem ja, Ewelina, Jowita, jest Tomek, którego ja pierwsza zaczęłam nazywać Tomaszem, jest Łukasz vel Graja, jest Marta, Olka, są wszyscy, jest lepiej niż zajebiście.
Wszyscy się znamy, dobrze bawimy, w charakterystycznym kręgu śmiejemy się na przerwach i razem spisujemy matmę.
Mniej więcej w drugiej klasie wyraźnie widzę (i nie tylko ja), że coś jest nie tak. Że Tomek mnie nie lubi. Że coś do mnie ma. Graja jako jego – przepraszam za określenie – przydupas wydaje się myśleć tak samo. Jest mi z tym źle, Marta informuje mnie, że Tomkowi przeszkadza to, że mam tak donośny głos, że praktycznie cały czas krzyczę i za głośno się śmieję.

Jest to dla mnie niedorzeczne, klasyfikuję kolegów jako rozpieszczonych i tych, co to im dogodzić nie można, jedyny kontakt jaki z nimi utrzymuję to kontakt wzrokowy.
Z Jowitą, Eweliną i wszystkimi innymi dalej mam cudowny kontakt.
Kończymy gimnazjum, mamy 16 lat, idziemy do liceum.
I tu leniwi mają problemik i rzewne łzy leją się strumieniami po ulicach miasta w dzień ogłoszenia wyników, gdyż ich nazwisko we wszystkich szkołach, do których aspirowali widnieje poza linią końcową. Część jest w LO, część w technikum, z racji tego, że się do LO nie dostali.
Ja, Jowita i Ewelina, dalej mamy kontakt zajebisty. Celebrujemy nasze piątkowe spotkania opowiadaniami co tam w szkole, wychodzeniem na kawki, pizzę, ciasta, chipsy, filmy i co jeszcze. Nawet w listopadzie zapraszam moje koleżanki z gimnazjum na urodziny równa się na wyżerę na mój koszt. Raczej moich rodziców, no ale nieważne.
Potem… Dokładnie nie wiem w którym momencie… Odwrotnie do rozwoju intelektualnego Eweliny następuje rozwój jej życia towarzyskiego. Kiedy nasz kontakt był jeszcze rewelacyjny, pisała mi o 23 smsy “Ty, pamiętasz tego…? No! To on do mnie pisał, że…”
Po jakimś czasie, kilkunastu dniach dosłownie, gdy ja jej pisałam na gadu “Widziałam Twojego gndkngkd na mieście. Spotykacie się często” (albo coś takiego), ona mówiła, że nie chce o tym rozmawiać. Przestałyśmy się spotykać. Skończyły się piątkowe spotkania.
Nic nie było wyjaśniane. Pamiętam, że przed świętami Bożego Narodzenia wybierałyśmy się na jakieś kolędy do Centrali. Ja się tak na to bardzo napaliłam, namówiłam Jowitę, żeby ze mną poszła, Jowita się zgodziła – fajnie, idziemy! Kiedy dzwoniłam do niej akurat była u niej Ewelina i zaraz oddzwoniła do mnie, że one zaraz po mnie wpadną. Pomyślałam sobie “Boże, czemu nie, przecież sama chce”. Poszłyśmy. Zmierzałyśmy do tej Centrali przez miasto, a ja czułam się jak ostatnia idiotka. Ona gadała coś o poszczególnych chłopakach, rzucając imionami, ksywkami i nickami na epulsie dosłownie z rękawa. Pamiętam, że nawet oferowała Jowicie, czy czasem tego by nie chciała, bo jej się nie podoba. Jakiś hazard, ja nie wiem. Ja czułam się jak, kurwa, dziesiąte koło u wozu (!!!), bo nie byłam w temacie, nic nie wiedziałam.
To spotkanie tylko przypieczętowało fakt, że koniec z naszą zażyłą znajomością od podstawówki.
W międzyczasie narodził sie innego rodzaju problem. Tzn. problem… Sytuacja.
Jowita, Ewelina, Marta, Olka, Tomek i Łukasz stworzyli cudowną paczkę przyjaciół. Razem wychodzili na miasto, urządzali sobie jakieś domowe imprezy, cuda wianki i niewiemcojeszcze.
I to było takie głupie, bo… Połowa moich koleżanek też tam była, tak? Marta, Jowita, Olka, wczesniej Ewelina… Ale gdy oni gdzieś wychodzili ja nie mogłam iść z nimi ze względu na to, że je znam, bo był tam Tomek, który mnie nie trawił.

A za co mnie nie trawił?
To kolejna głupiutka sytuacja.
Obgadywał mnie wszystkim dookoła. Że jestem pusta. Jak nie pusta to płytka. Że interesuje mnie tylko moda, ciuchy, zakupy. I że jestem generalnie głupia. I próżna. I tego typu rzeczy.
Żalił się wszystkim wkoło jak to on mnie nie lubi, najbardziej Jowicie. Na szczęście Jowita to prawdziwa przyjaciółka i powiedziała mu, że jak ma coś do mnie to ma mi to powiedzieć w twarz, a nie mówić jej cały czas jaka to ja jestem głupia, bo ona sobie tego nie życzy!
(I love you!!! <3)
Na moim poprzednim blogu Tomek komentował moje notki używając zmyślonych damskich imion. Naprawdę przestałam go lubić w momencie, kiedy dowiedziałam się, że to on.
I pewnego dnia szliśmy do szkoły i Tomek powiedział mi w twarz za co mnie nie lubi.
Uszanowałam to.
Udając, w moim stylu, że mnie to mało obeszło, ale naprawdę o wiele bardziej wolałam usłyszeć krytykę w twarz niż przeczytać ją w komentarzu w internecie opatrzonym zmyślonym imieniem. Damskim, cholera jasna!

I teraz…
Jestem tu.
Nie mam znajomych.
Nie mam przyjaciół.
Spotykam się w wolnym czasie tylko z Jowitą.
Spędzam wieczory w domu w Internecie, bo tam przynajmniej wszystko jest takie żywe, są ludzie, mogę z kimś pogadać, obcy ludzie miło odpisują mi na maile i wiadomości, jestem zadowolona.
Oprócz moich domowników i pozostałej rodziny kontakt z ludźmi mam w szkole.
Przestałam się cieszyć z wolnych dni (oprócz weekendu na odpoczynek), bo nie mam co robić… W końcu Internet też się kiedyś nudzi, a wyjść nie mam za bardzo gdzie ani z kim. Chociaż lubię spacery. Tylko ja i moja zasrana empeczwórka.
Moi znajomi to ludzie z mojej klasy, byłej klasy lub równoległej klasy.
Ale wiadomo jak to jest, z ludźmi z klasy najczęściej widuje się tylko w szkole. Bynajmniej tak było i jest w moim przypadku.

Zepsułam sobie trochę mój jeden wieczór w miesiącu, kiedy pozwalam sobie na długą relaksującą kąpiel i do spełnienia warunków gabinetu SPA mojej łazience brakuje tylko świeczek, których nie zapalam, bo boję się, że mi wybuchnie gaz.
Od pewnego czasu mam ochotę iśc do baru, usiąść przy stoliku i poczekać, czy jakiś przystojniak (już nawet nie musi byc przystojniak) lub ktokolwiek inny zapyta, czy może się dosiąść.
Wygląda na to, że taką okazją będzie koncert, na który wybieram się 4 kwietnia o 21.30.
Mam na niego iść z Olą, z klasy, ale wiadomo jak to z Olami z klasy bywa…

Życzę sobie samej miło spędzonych wieczorów.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s