comment 1

#77; Song of the day: Coldplay – Violet Hill

AAAA!

Po 10-dniowej przerwie powróciłam.
Powróciłam z 10-dniowej właśnie wyciecze po Dolnym Śląsku.

Ku mojej uciesze na początku pojechaliśmy do Wrocławia, do mojej ulubionej cioci, do jednego z moich ulubionych miast w tym kraju, na wesele mojego kuzyna, który również należy do wąskiego grona ulubionych.
We Wrocławiu spędziłam dwa dni. W zasadzie dwa i pół, bo popołudnie po moim przyjeździe, dzień wesela i dzień poprawin.
Wiecie co? Nie lubię wesel. Kiedy wszystkie ciotki klotki, a nawet ludzie, których widzę pierwszy raz na oczy, a dopiero potem dowiaduję się, że bawiłam się z nimi jak byłam mała, mówią mi jak to ja wyrosłam, jaka jestem wysoka, a podobna do mamy, do taty, a może do, cholera jasna, rybki!!! Wszyscy się co rusz pytają, w której to ja już jestem klasie, co będę robić po szkole i czemu nie przyjechałam z chłopakiem. Ale takie gadki jeszcze jestem w stanie znieść, no i – haha – nie mam wyboru, tak? Tym, czego naprawdę, ale to naprawdę nie lubię, są tańce. Wiem, że wesele w ogóle organizuje się po to, żeby tańczyć, ale ja tego nie lubię. Klasyfikuję siebie jako osobę kompletnie pozbawioną rytmu i wszelkich umiejętności tanecznych.
Dlatego niemalże za każdym razem, gdy ludzie podrywali się do tańca, bo akurat orkiestra zagrała jakiś narodowy szlagier typu “Hej, sokoły!”, ja wychodziłam do toalety albo poszłam sobie zrobić kawę na zaplecze. Swoją drogą odkryłam swoją nową ulubioną kawę: do filiżanki nalewamy tylko denko zwykłej kawy rozpuszczalnej czy tam jakiejś innej, a potem do pełna lejemy mleka, słodzimy dwie łyżki i już :)))
Nie ma to jak fotografowanie się w lustrze w restauracyjnej łazience…

W poniedziałek udałam się do Kłodzka, gdzie – oczywiście – zepsuła się pogoda. Generalnie mi się tam nie podobało, wszystko przez tą pogodę i od mniej więcej wtorku marzyłam o dzisiejszym dniu i nawet dzisiejszej chwili, kiedy to wykąpana, świeża i pachnąca zasiądę przy komputerze i podłączę się do swiata zwanego Internetem :))
Stosunkowo cudownym dniem był dzień WYCIECZKI DO PRAGI!
Byłam podekscytowana, wiecie? Naprawdę. Słyszałam same pochlebne opinie o Pradze, więc moja ekscytacja rosła wraz z malejącą odległością.
W Pradze po raz pierwszy jechałam metrem. Mam wrażenie, że trochę wstyd się do tego przyznać, ale gdzie miałabym nim jechać, skoro w Polsce metro funkcjonuje tylko chyba w jednym mieście? W Warszawie? No, może w dwóch, ale nie jestem pewna…

No, generalnie Praga mnie nie zachwyciła.
Nie wiem, może nie potrafię się zachwycać starymi kościołami, przepychem i małymi uliczkami.
Była ładnym miastem i owszem, ale tchu mi nie zaparło.

Cieszę się, że już wróciłam do domu i nie planuję żadnych wyjazdów w najbliższym czasie, chyba, że na jakieś krejzi wycieczki z klasą, takie akceptuję nawet na koniec świata!

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

1 Comment so far

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s