comment 0

#89; "Kill a politician and then wear his clothes…"

Oł Em Dżi!
Złośliwość rzeczy martwych, muszę powiedzieć.
W tym wypadku złośliwe są moje pieniądze (a raczej ich brak) i panie – że się wyrażę – ekspedientki ze szmatexu koło Urzędu Miasta, które tępym wzrokiem pakują tanie jak musztarda bluzeczki do totalnie antyeko foliowej niebiodegradalnej torebeczki!

Dzisiejszy dzień, tak jak przypuszczalnie sto następnych, stał pod znakiem plażowania.
Wczoraj poszliśmy z tą częścią naszej klasy, którą bezczelnie oceniam jako cioty.
Dzisiaj niby też mieliśmy iść z nimi, ale skończyło się na tym, że poszliśmy tylko we dwie z Olusią, co w zasadzie było cudowne, God bless Bogdana! God save the Bogdan!





Wiecie… Dzieje się u mnie jakaś dziwna rzecz z ciuchami.
Ludzie, nawet osoby postronne, to zauważają, moja siostra uświadamia mi to częściej niż, jak to się mówi, nakazywałby rozsądek. Przykładowo; oglądamy telewizję, stwierdzam, że Krzysztof Ibisz to prostak, nie umie się ubrać, nie lubię go. Następnie oglądamy znów telewizję, znowu widzę Krzysztofa Ibisza w białek koszuli i cudownym grubo dzierganym szarym swetrze, stwierdzając jednocześnie, że się wspaniale ubrał i w rzeczywistości nie jest taki zły.
Na co moja siostra patrzy się na mnie wzrokiem, którym prawdopodobnie spojrzała na swoje majtki pierwszy raz widząc na nich niespodziewaną czerwoną plamę i stwierdziła, żebym się zdecydowała. Potem zaczęła na mnie krzyczeć, że mam zamknąć balkon, a ja powiedziałam, że nie bo mi gorąco, ale to już tam inna komedia, perawda. Lub, jak to się mówi inna parafia.

Gdy z prędkością kwalifikującą się pomiędzy staniem w miejscu a chodem wracałam z plaży, postanowiłam zajść do mojego ulubionego szmateksu. W moim portfelu dźwięczały pięciogroszówki, ale postanowiłam chociaż popatrzeć na tony dosyć fajnych ciuchów z Atmosphere.
I na tym polega złośliwość rzeczy martwych w dniu dzisiejszym, że gdy idę z funduszem w wysokości 50 zł, żeby kupić parę kiecek, nie ma nic, nic, podobają mi się tylko dziecięce ciuszki. Natomiast, gdy idę tam tylko popatrzeć i nawdychać się odoru szarego mydła, znajduję dwie rzeczy, które są niczym dwa klocki brakujące w mojej układance wzorów, fasonów i kolorów kształtującej się w mojej szafie.


Jebany, ironiczny napis na koszulce. “I Always Get What I Want”. Jest ironiczny, bo nawet nie mogłam GET tej jebanej koszulki za 16 zł.
No cóż, nie mogę dopuścić do tego, że zostanę zakupoholiczką. Szmateksowa zakupoholiczka na etacie.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s