comment 0

#127

James Bond Theme.
Kolejna muzyczka, ktora bedzie musiala znienawidzic, bo jest kolejna pozycja z katalogu melodii, ktore budza ja przez grubo ponad dwiescie dni w roku.
Jak codzien rano uniosla wzrok, zeby zobaczyc niebo. Oprocz wyswietlacza telefonu komorkowego niebo to pierwsza rzecz, ktora widzi. Jej oczom ukazaly sie szare chmury zanoszace sie na deszcz – jeden z szerokiego wachlarza powodow sklaniajacych ja do zostania w lozku. Nastawila budzik tak, zeby zadzwonil za pol godziny. Najwyzej nie umyje wlosow – pomyslala. -Przydalaby im sie kuracja natluszczajaca.
Gdy zbudzila sie o szostej trzydziesci, wlaczyla odtwarzacz w telefonie, ktory zaczal grac ostatnio odtwarzana piosenke. Bob Dylan. I want you. Gdy piosenka dobiegla konca, wiedziala, ze jest szosta trzydziesci cztery. Normalnie o tej porze byla w pelni obudzona, wykapana i po sniadaniu. Moze nawet rzeska i w dobrym humorze. Tego dnia zostala w lozku do siodmej, stwierdzajac jednoglosnie, ze sniadanie nie musi byc najwazniejsza czescia jej dnia.
Czujac ciezar wlasnych powiek, zimny podmuch wiatru na policzkach i loj na glowie, pokonala dziesieciominutowa trase, by znalezc sie w klasie od historii, gdzie pod czujnym okiem History Lady skanujacym ja od gory do dolu, aby sprawdzic, czy jej spodnica przypadkiem nie konczy sie gdzies na udzie (o zgrozo!) wyglaszala zadanie domowe o Turkach i ich imperium.

Po powrocie do domu wlaczyla komputer. Mimo ze wszystkie ciuchy, ktore rano wyrzucila z szafy w poszukiwaniu jednego cienkiego paska, ktorego w gruncie rzeczy nie znalazla, a co za tym idzie go nie ubrala, prosily o ponowne ulozenie i umieszczenie w szafie, zrobila sobie kubek kawy. Powiedziala im, ze nie ma czasu. Piatek jak zwykle jest dniem, kiedy siedzi w domu gapiac sie na zolte sloneczka, ktore sukcesywnie zmieniaja barwe na czerwone. Czasem pojawia sie niebieska chmurka, ale dziwnym trafem akurat wtedy, gdy ona wysle do znajomej osoby wiadomosc z pytaniem “Co robisz?”. Dzisiejszego popoludnia postanowila obejrzec jeszcze raz I’m Not There, ktory – jesli nie jedynym – nalezy do filmow gatunku “niekomediaromantyczna”, gdzie w pierwszej scenie widzimy tleniona blondynke spryskujaca kark perfumem “The Beat” Burberry, w drugiej scenie pani uderza perfekcyjnie wymanikiurowana dlonia w klawiature perfekcyjnie cienkiego laptopa, w trzeciej scenie spotyka mezczyzne przystojniejszego od samego Brada Pitta, gdy spaceruje z czteropakiem kaw ze Starbucksa, w piatej scenie pan i pani grzecznie jedza obiad w tajskiej restauracji dla pozoru, po czym laduja w wycackanym apartamencie u pana, zeby “poogladac plyty”, w szostej scenie pani placze, bo pan ja zostawil, w siodmej scenie, pani jest w ciazy, w osmej scenie znowu sa razem etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc, etc

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s