comment 0

#144

Właśnie zdałam sobie sprawę, że gdy mam wenę tak zwaną wenę, co ja definiuję jako przypadkowe złożenie całkiem sensownych i poprawnych gramatycznie zdań, czasem w dwóch językach, odczuwam dziwną siłę w rękach. Jakby moje mięśnie się podniecały czy coś z tego rzędu dziwnych rzeczy. Ciekawe, czy górnik odczuwa podobną siłę. Bo przecież górnicy pracują rękoma, tak? Dziennikarza – zważ, przybyszu, że nie tytułuję się dziennikarką – narzędziem pracy od zarania dziejów też były jego ręce. Ogrodnik? Kasjerka? Kucharka? Projektantka mody? Sprzątaczka? Okej, nie będę tutaj wymieniała wszystkich zawodów, jakie tylko znam.

Nadszedł listopad, choć ja jeszcze pamiętam Sylwestra.
Pamiętam nawał lakieru na moich włosach, pamiętam nawał kosmetyków na mojej twarzy, pamiętam, że nawet użyłam tego cienia do powiek, który mnie uczula, co było jednoznaczne z tym, że spędziłam pierwsze dni dwa tysiące ósmego roku z opuchniętą powieką. Pamiętam, że oglądałyśmy telewizję z Magdą i z Olą. Że Trol pił Bolsa, a my z Olą nie mogłyśmy wmusić w siebie jednego drinka – w rezultacie miałam niemal tak bezalkoholowy Sylwester jak to możliwe, już naprawdę, chciałam się napić, ale mój organizm wytworzył jakąś wieloletnią barierę ochronną.
Pamiętam, że Magda wtedy była jeszcze w porządku, o czym świadczy chociażby fakt, że spędzała z nami nudnego w cudzysłowie Sylwestra, zamiast się klawo bawić w ekskluzywnym lokalu pod tytułem Hala na Warszowie. Wraz z warszawskim ziomkostwem.

Świeże knoty już się wypaliły, chryzantemy zmarzły i zmokły, niektóre nagrobki pewnie zostały już zniszczone, w wąskich alejkach między grobami kręci się mniej ludzi.
Czemu zawsze 1 listopada jest brzydka pogoda?
Żeby ludzie płakali? Przecież ksiądz mówi, że to radosne święto. Jeżeli kiedykolwiek płakałam nad grobem to może nie tyle za tą zmarłą osobą, co za tą smutną perspektywą, że moi rodzicek iedyś umrą, że ja kiedyś umrę. Bo gdy dzieje się coś naprawdę smutnego, to wydaje mi się, że to wszystko dzieje się gdzieś koło mnie. Obok mnie. Jakbym jechała pociągiem i obserwowała te wszystkie szybko przemijające obrazy zza szyby…

Chociaż ja jestem być może ostatnią osobą, która tutaj powinna się wypowiadać i cokolwiek oceniać, jestem zdania, że poważnym problemem współczesnego Kościoła jest jego komercjalizacja. Bez żadnego sensu jest tutaj stwierdzenie, że Kościół katolicki idzie z duchem czasu, ulega cywilizacji i innym procesom współczesnego świata.
Wg mnie Kościół nie potrzebuje zmian, a co za tym idzie, księża nadal powinni żyć w ascezie, może nie w ascezie, ale na pewno w ubóstwie, powinni być filantropami spędzającymi dnie na ubóstwie. Wszelkie śluby, pogrzeby i inne patetyczne uroczystości, bez których ludzkie życie miało by całkiem duży sens (nieprawdaż?) powinny być za darmo. Nie rozumiem, dlaczego za to wszystko trzeba tak dużo płacić. Weźmy na przykład pogrzeby, bo to weekendowe odwiedzanie tematów to wciąż taki, jak to mówią, hot topic. Płacimy księdzu za pogrzeb (chociaż nie robi łaski, że się pomodli i sypnie ci piachem na – za przeproszeniem – łeb), płacimy grube pieniądze za nagrobek firmie kamieniarskiej, płacimy za trumnę i za organizację pogrzebu odpowiedniej firmie, płacimy za znicze, kwiaty, wiązanki, szarfy i nawet za każdą literkę na nagrobku. Płacimy za miejsce na cmentarzu, za ławkę i obsypanie grobu żwirem. Płacimy księdzu za mszę w rocznice śmierci. Płacimy za składniki na pieprzony rosół i bigos, bo przecież rodzina przyjechała też na stypę.
Zawsze jakimś krzywym okiem spoglądam na te panie w polarowych beretach z saszetkami zapinanymi w pasie, które tuż pod bramą cmentarza do ostatniej chwili sprzedając chryzantemy i znicze po hurtowych cenach. Myślę, że nawet ja o wiele bardziej bym się cieszyła, gdyby moje własne dzieci, wnuki, prawnuki i wszyscy umiłowani w duchu bracia i siostry przyszli do mnie z kwiatami zerwanymi z własnego ogródka aniżeli z najbardziej rozpasłym bukietem jakichtamkolwiek kwiatów, jakie można dostać w mieście, bo przecież musi być na bogato.
Podsumowanie, wniosek, streszczenie; dziwnie bezsensowny aspekt mojego życia, z którym niestety spotykam się na każdym kroku i w którym muszę uczestniczyć z uśmiechem na twarzy.

Chociaż wszyscy płakali i ronili łezkę stojąc nad grobem, mi weekend upłynął w dość radosnej atmosferze. Uśmiech co prawda nie pojawiał się na mojej twarzy tylko dlatego, że było mi niemiłosiernie zimno, bo po raz pierwszy odczułam, że jest już głęboka jesień, a nawet zima, a nawet Syberia, ła!

Całkiem przypadkiem w kółko słuchałam sobie piosenki Guns n Roses – Don’t Cry.
Po prostu miałam na to ochotę.
Wiecie, to że nie płakałam to chyba kolejny przykład na to, że w zasadzie jestem niewyobrażalnie śszczęśliwym dzieckiem. Chociażby to, że większość moich bliskich żyje, a moi dziadkowie zmarli przed moim urodzeniem, więc smutku nigdy nie zaznałam. Jak mogę tęsknić za dziadkiem, który nigdy nie spojrzał mi nawet w oczy…? Który nie przeczesał mi włosów wielką dłonią i nie uśmiechnął się przez łzy?

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s