comment 0

#157

Według mojego dzień w dzień skrupulatnie ustalanego planu, za dokładnie osiem minut powinnam z całych sił skupiać się na biologii, ażeby uruchamiając mój spryt nauczyć się wszystkiego dobrze, szybko i trwale, kontynuując tym samym moją dobrą passę, która zaczęła się po zebraniu, czyli mniej więcej tydzień temu.
Zastosuję teraz jedną z metod rozładowywania stresu, czyli uzewnętrznianie uczuć.
Od kilku dni noszę ze sobą książkę i gazetę. “Marylin Monroe. Ostatnie seanse” i “Politykę”. Wczoraj wieczorem postanowiłam poczytać sobie w łóżku gazetę. Czytałam artykuł o światowym kryzysie. I nagle naszła mnie jakaś smutna myśl, że kryzys może dotknąć mnie, że ja też jestem obywatelem świata, nawet jeśli mieszkam w Polsce i pewnego szarego, zimowego dnia, rodzice przyjdą zasępieni do domu, oznajmią mi, że zwolnili ich z pracy i musimy oszczędzać, także nie mogę siedzieć wieczorami przy komputerze, nie mogę myć codziennie głowy i niestety musimy zakręcić ogrzewanie. Powiedziałam o tym mamie, a mama powiedziała, że nie mam się czym martwić, bo kryzys Polski nie dotyka w takim stopniu jak USA, bo polskie banki tak bardzo ryzykownie nie inwestowały jak te amerykańskie itd. Potem mnie ukochała i jednocześnie przeszły jej wszystkie pretensje o moje złe oceny, fantastycznie -> bilans ostatnich dni w szkole to 5 piątek. Fantastycznie! Jupijej, jak to mówą na Dżetiksie.

Może to moje dziwne zainteresowanie śmiercią znanych osób…?
Może to ta ostatnio przeczytana książka o Marilyn, która w zasadzie w całości traktuje o jej śmierci, depresji, zagubieniu, poczuciu zagubienia i samotności.
Może za dużo naczytałam się o Lennonie, który zginął niczym bohater pod drzwiami własnego miejsca zameldowania? Stając się tym samym w przekonaniu młodych osób herosem XX. wieku…

Chciałam jeszcze powiedzieć, że szkoła wywołuje ostatnio u mnie za dużo negatywnych emocji.
To znaczy, naprawdę denerwuje mnie to, gdy ktoś przezywa cały dzień sprawdzian, a po sprawdzianie chodzi gdzie się, ku*wa, da na skargi o to czy o tamto.

Tym, co mnie nauczyli rodzice i za co jestem im już dzisiaj bardzo wdzięczna jest to, że nie można się nad sobą użalać i trzeba z podniesionym czołem sprostać przeciwnościom losu, nawet jeśli największa przeciwność losu na dzień dzisiejszy to to, że pani na polskim za szybko dyktuje.
Wdeeeeeeeeeeeeech.
Wyddeeeeeeeeeech.

Nie mam zamiaru na wieczór rozpamiętywać poprzedniego dnia jak to mają w zwyczaju co bardziej rozpieszczone osoby w klasie, bo kto w niebogłosy wykrzykuje na polskim, że boli go ręka, jeśli nie osoba rozpieszczona?
Układ immunologiczny, welcome to.

Jak zwykle moja pozornie pesymistyczna notka przekształciła się w mini wybuch złości.
Taak, nawet zaczęłam szybciej pisać, ale cóż…
Przynajmniej nie zasnę z limfocytami T u boku…

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s