comment 0

#172; 3297

Gdzieś tam w zakamarkach mojego umysłu ułożyła mi się notka rozpoczynająca się słowami “święta, święta i po świętach”, ale byłby to zbyt dosłowny cytat wszystkich buraków, które sobie ustawiają taki opis na gadu w związku z powyższym zacznę od tego, że jestem w takim stanie, kiedy okropnie mi się nudzi i szkoda mi samej siebie za to, że nie potrafię sobie znaleźć sensownego zajęcia. To w sumie też powinnam skreślić, bo za bardzo mi zalatuje moją J-Style-koleżanką-z-klasy.

Wiesz, przeczytałam dzisiaj książkę “Buszujący w zbożu”.
“The Catcher in the Rye”.
Muszę powiedzieć, że mi się spodobała, bo była zawsze jakąś tematyczną odskocznią od książek, które zazwyczaj czytam (biografie, kroniki, wspomnienia, morderstwa, śledztwa, dochodzenia, interpretacje, teksty piosenek etc.).
Ogólnie książka jest wciągająca i podobała mi się jej forma, czułam się jak gdybym czytała czyjegoś bloga, pamiętnik.

Nie napiszę o tym, że święta się skończyły.
Nie napiszę o tym, że nie mam gdzie iść na Sylwestra.
Nie napiszę o tym, że mój żołądek jest niebezpiecznie nabrzmiały.
Nie napiszę o tym, że od dwóch czy trzech dni nie jestem głodna, chociaż pochłaniam ilości jedzenia wskazujące na coś zupełnie przeciwnego.
Nie napiszę o tym, że popłakałam się wczoraj, gdy jak zwykle oglądałam swoje ulubione sceny z “Seksu w Wielkim Mieście” i gdy w Sylwestra Miranda dzwoni do Carrie, żeby jej powiedzieć o tym, że ona (Miranda) myślała, że jak się ma rodzinę to nie spędza się Sylwestra samemu przed telewizorem z chińskim żarciem, na co Carrie odpowiada, że właściwie to spała i Miranda ją zbudziła, ale nic nie szkodzi, na co Miranda serdecznie przeprasza i każe jej iść spać i nie robić sobie kłopotu, po czym Carrie kładzie się z powrotem do łóżka, ale po zrywa się i postanawia pokonać całą drogę pieszo aż na Brooklyn (gdzie mieszka Miranda), bo przecież w Sylwestra taksówki nie jeżdżą i Carrie biegnie przez prawie pusty New York w czepku z cekinów do Mirandy, ta staje jak wryta w drzwiach dokładnie w momencie, gdy w telewizji odliczają już czas… 4… 3… 2… 1… I Carrie mówi do Mirandy: “You’re not alone”. Po czym się ściskają, płaczą, śmieją i przystępują do wspólnej konsumpcji wyżej wspomnianego chińskiego pożywienia.
Nie napiszę o tym, że dostałam od taty tą samą książkę, którą dostałam uprzednio na urodziny (Marylin Monroe: Ostatnie Seanse) i chociaż nic nie powiedziałam zrobiło mi się niewyobrażalnie przykro nie dlatego, że nie dostałam tego, co tak bardzo chciałam (The Beatles: Niepublikowane fotografie), ale bardziej dlatego, że mój tata nie wiedział, że już tą książkę mam. Tak, właśnie dlatego. Dlatego, że nie wiedział.
Nie napiszę o tym, że jestem bardzo ciekawa na co tata mi wymieni ową nieszczęsną książkę, miejmy nadzieję, że to jednak będzie ta moja wymarzona -> dzisiaj w necie znalazłam niezmiernie pocieszającą informację o tym, że Empik należy do jednych z nielicznych wyrozumiałych sklepów, gdzie można zwracać produkty do 30 dni od daty zakupu (mam nadzieję, że mój tata nie poczynił zakupów w listopadzie, bo może nie zdążyć)
Nie napiszę o tym, że przez dwa dni

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s