comment 0

#181; mój mózg naszpikowany informacjami z paska na tefałen dwadzieścia 4

Mając dziwne poczucie, że urodziłam się za późno, będąc codziennie świadkiem “cyrków” i dziwnych sytuacji o zabarwieniu absurdalno-humorystycznym na rodzimej i międzynarodowej arenie politycznej, wydarzeniem, które w moich oczach nagle urosło do rangi najważniejszego w moim szczenięcym życiu jest bez dwóch zdań listopadowy wybór Baracka Obamy na 44. prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz jego wczorajsze zaprzysiężenie.

Chociaż starsi panowie w źle skrojonych garniturach, zaproszeni do Tvn24 jako komentatorzy mający za zadanie wypełniać antenowe luki w czasie, kiedy to ogólnoświatowe kamery akurat nie pokazują Mr. Presidenta Obamy, zaperzali się, że z Obamy “taki mówca, a nie umiał powtórzyć kilku słów przysięgi” (odwołując się do tego momentu w zaprzysiężeniu, kiedy Obama najpierw poprawił prezesa Sądu Najwyższego, po którym to miał powtarzać tekst, a potem zaciął się i prezes Sądu Najwyższego musiał jeszcze raz przytoczyć jedno zdanie), dla mnie jest on bohaterem ostatnich dni, tygodni i miesięcy, a może i nawet bohaterem całego mojego dotychczasowego, wyżej wspomnianego szczenięcego życia. Prawdopodobnie podobną ekscytację odczuwały nasze babcie, gdy to one osobiście lub któraś z nich była w stanie zobaczyć Piłsudskiego, chociażby z odległości kilkudziesięciu metrów. Kiedyś słyszałam opowieść, że pewna znajoma rodziny widziała owego Piłsudskiego i była odtąd nader często zapraszana na wszelkiego rodzaju herbatki i inne proszone spotkania, aby ze szczegółami opowiedzieć wszystkim zgromadzonym szczegóły tego wydarzenia. Wyobraźmy sobie rzetelność i wiarygodność takiej opowiastki przy dziesiątej herbacie!

Obecne wydarzenia polityczne zbiegły się w moim przypadku z tematem książki, którą obecnie czytam. Wczoraj do późna tępym wzrokiem oglądałam prezydenckie parady w nadziei, że pokażą potem jakiś inauguracyjny bal albo w ogóle coś ciekawszego niż żmudnie przygotowywane programy artystyczne amerykańskiej młodzieży, a gdy potem poszłam się położyć do łóżka i sięgnęłam po książkę, bo zgodnie z moim przyzwyczajeniem, muszę coś przeczytać przed zaśnięciem, otworzyłam drugi tom “Sagi rodu Kennedych” i moim oczom ukazał się rozdział pt. “Inauguracja”.

“How appropriate!”

Przedwczoraj był Światowy Dzień Martina Luthera Kinga, gdzie media na całym świecie przypominały wycinki z jego sławnej mowy “I have a dream…”, wczoraj inauguracja pierwszego czarnego prezydenta USA, a dzisiaj czytałam kolejny rozdział bądź co bądź historycznej książki pt. “Żadania praw obywatelskich dla czarnych”.
W obliczu wszystkich tych wydarzeń, będąc świadoma sytuacji polityczno-społecznej Stanów w latach 60. XX wieku, uważam za rzecz… “wspaniały” to za małe słowo… Że po wszystkich uciskaniach, aktach dyskryminacji, upokorzeń, segregacji, mordowania, prześladowania i infiltrowania, czarny człowiek zostaje prezydentem, w kraju, gdzie – jak sam mówił podczas inauguracyjnej przemowy – jego ojcu odmówiono miejsca w restauracji.

Brakuje mi odpowiedniego słowa na koniec, więc postawię wymowną kropkę.
Albo stworzę emotikona, ukazującego na wpół wzruszonego, na wpół zdumionego człowieka ze łzami w oczach, przygryzającego wargi, ze łzami w oczach.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s