comment 0

#194; spanie na czas, charkanie na odległość, plucie do dołka, sranie do skarpetki

Piosenka: “Johnny B. Goode” Judas Priest
Książka: “Ciemna strona Waszyngtonu”

Cisza jest bardzo inspirująca.
Powiedziałabym nawet, że natychająca, o ile takie słowo funkcjonuje w poprawnej polszczyźnie.
Kiedyś któraś z pisarek powiedziała, że nie potrafi się skupić nie słysząc stukotu maszyny do pisania, dlatego jest w stanie zapłacić każdą cenę za starego typu maszyny do pisania, uzupełniając swoją kolekcję coraz to nowymi zabytkowymi pozycjami. Patrząc jak litery powoli wyłaniają się spod iglicy, układając się w słowa, zdania, zapełniając strony…
Ja też ostatnio spostrzegłam, że łatwiej mi się tworzy na komputerze. “Tworzyć” to za dużo powiedziane. Biała kartka mnie oślepia, długopis nie nadąża za myślami, szybko gubię wątek, poddaję się i zaczynam bazgrolić na marginesie.
Nie wiem, czy już to mówiłam, ale w pewien sposób zawsze zazdrościłam księżom. Tego wolnego, harmonijnego trybu życia, pozbawionych zgoła “przyziemnych trosk”.
Mówiąc “przyziemne troski” mam na myśli opłacenie rachunków, u3manie siebie i ewentualnej rodziny, kupowanie jedzenia, ciuchów, obuwia, organizowanie budżetu domowego i tego typu rzeczy.
Jednym z nielicznych wspomnień jakie zachowałam z licznych, bezcelowych godzin spędzonych za młodu w Kościele, jest pewien ksiądz, pewne kazanie i pewne rekolekcje.
Pamiętam, że było to jedno z popołudniowych spotkań, kiedy to ksiądz pobłażliwie uśmiecha się do dzieci, chodzi między ławkami i ochoczo podtyka dzieciom mikrofon pod buźki, które wybuchają śmiechem i chowają się za kolegę. Po czym ksiądz widząc wyraźną niechęć współpracy, bierze za gitarę i zaczyna śpiewać jakąś radosną piosnkę, ku uciesze dzieci, że ksiądz nareszcie dał sobie spokój z tą pogadanką.
Ksiądz bardzo wyraźnie powiedział, że ludzie boją się ciszy.
Pamiętam, że w tym momencie potok jego słów mnie zainteresował, ja sama zatamowałam potok myśli w mojej głowie i zaciekawiłam się, jak ksiądz uargumentuje swoją bądź co bądź kontrowersyjną tezę.
Powiedział, że ciszę się stale zagłusza. A to muzyką, a to rozmową, a to telewizor dudni w tle uniemożliwiając zwykłe rodzinne rozmowy typu “Jak minął dzień?” (tu bym coś zaśpiewała, ale nie zaśpiewam)
Że młody człowiek nawet spacerując ma w uchu słuchawki.
Że ludzie nie spędzają czasu na czytaniu książek, czyli czynności, która skłania do refleksji, zamiast tego oglądają filmy, telewizor, grają w coś lub rozmawiają przez telefon.
W codziennej pogoni nie ma miejsca na przystanek stop. Nikt nie wsłuchuje się w swój wewnętrzny głos.
Oczywiście ksiądz, jak to ksiądz, miał na myśli to, że ludzie się boją ciszy, bo gdy przystaniemy i wejrzymy w głąb samego siebie, ujrzymy Jezusa, który “już się zbliża/Już puka to mych drzwi/Pobiegnę go przywitać/Z radości serce drży”, a tego się boimy, tego nie chcemy i tym podobne.
Ja, niemniej jednak, myślę sobie, że ludzie nie zaglądają już w głąb samego siebie, bo boją się, że ujrzą żałosną osobę. Szczątki dawnej świetności. Wypalone sumienia. Że gdy zdejmiemy z siebie całą otoczkę, odrzucimy markowe ciuchy i cały swój kreowany wizerunek, pozostanie nagi, wcale nie za ciekawy i wartościowy człowiek. Więc wypełniamy momenty ciszy głośną muzyką i innymi zakłóceniami, uszkadzając nie tylko swoje bębenki słuchowe, ale też duszę.
Jakkolwiek “katolicko” to zabrzmiało.

Najbardziej odczuwam owe uczucie “inspiracji” w niedzielę, gdy wypoczęta i pełna energii obudzę się we wczesnych godzinach porannych, lub zawsze, ilekroć urwę się z lekcji bądź lekcje w jakiś cudowny sposób zostaną odwołane i znajdę się w pustym domu we wczesnych godzinach popołudniowych.

Pomyślałam dzisiaj, że niepotrzebnie się tak śpieszę, wiesz…?
Jeszcze niedawno szyderczo opowiadałam o facecie, który został wyniesiony na piedestał za jego genialne poradniki traktujące o ideologii życia “slow” – samodzielne przygotowywanie posiłków, obserwowanie przyrody, wracanie do takich zajęć jak robienie na drutach, haftowanie obrusików na ręcznie wyciosane stoły i tym podobne, ale dzisiaj pomyślałam sobie, że to takie… fajne.
Że facet nie jest geniuszem, on nam po prostu przypomniał o prostocie życia.
O pięknie, jakie kryje się w prostym życiu, zgoła innym niż “Simple Life”.
W dobie, gdy kobieta im więcej ma zajęć i bardziej wypchany terminarz, tym bardziej czuje się spełniona zawodowo i życiowa, facet w ubraniach z wełny organicznej wydaje się światełkiem w tunelu szarej cywilizacji.
Szybko chodzę.
Szybko jem.
Szybko śpię.
Po co tak szybko chodzę? Przecież wychodzę wystarczająco wcześnie z domu.
Myślę sobie, że to pewnie dlatego, że dość często chodzę sama, a nie zawsze mam na to ochotę, więc chcę jak najszybciej przemieścić się z punktu A do punktu B. Zasapana stoję oparta o ścianę klatki schodowej, bo straciłam całą energię po drodze stawiając większe i większe kroki, że nie mam już siły wewlec się na górę.
Po co szybko jem? Nie dość, że szybkie jedzenie powoduje zgagę i niestrawność, to nawet nieestetycznie wygląda. Zauważyłam to szczególnie dzisiaj, kiedy zjadłam miskę płatków śniadaniowych z miodem i orzechami na kolację w około 2 minut. Brak racjonalnego wyjaśnienia.
🙂

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s