#208; bełkot

Wygląda na to, że najbliższe otoczenie pogrążyło się w błogiej i obficie udekorowanej śniegiem stagnacji. Wszyscy są a) znużeni, b) głęboko zszokowani (że spadł śnieg), c) rozczarowani (że spadł śnieg, a miała być wiosna), i d) zrozpaczeni (tym, że w szkole robi się sprawdziany).

Wstąpiłam w beznadziejny okres przepełniony poczuciem “czekania” .
Syndrom podobny do niekończących się chwil spędzonych w poczekalni u dentysty.
Czekam na koniec lekcji.
Koniec dnia.
Koniec tygodnia.
W niektóre dni nawet czekam aż na zegarze wybije szósta (rano), kiedy nareszcie będę mogła wstać. Łóżko źle mi się kojarzy, gdyby się tak głębiej zastanowić, ale STOP! Teraz nie będę oddalała się w otchłań pesymizmu.
Czekam na wiosnę.

Nie napatoczył się żaden gorący temat podgrzewający dyskusję.
Ciężko mi zmusić mózg do myślenia w godzinach popołudniowych.
Odmawiam sobie przyjemności pod tytułem czytanie książek albo – przepraszam za wyrażenie – moczenie dupy w brodziku wypełnionym gorącą wodą (jak dla mnie to wanna), bo trzeba iść spać.
Spędzam długie godziny w łóżku analizując miniony dzień i zastanawiając się jaki będzie następny.
Puszczam wodze wyobraźni i pozwalam im mknąć… Często mówię sama do siebie, Przestań już wspominać. Przestań myśleć. Myślę, że błądzenie w otchłani własnego umysłu to stan podobny do snu. Analogiczny. Zamiennik. Marzmy, zamiast spać.
(Pomazać sobie można…)

Jakby to powiedziała pani P. – istny bełkot.
Nazwę tak moje udomowione zwierzę. Jakiekolwiek się natrafi.
Nawet gdy pewnego popołudnia zza szafy wybiegnie szczur – nazwę go Bełkot.
Bełkot.
Cip, cip!

(Jakby to powiedziała pani P.:
“Cip.

Cip.”)

Wiesz, przeczytałam kiedyś taką nudną książkę.
Nudną książkę.
Zbyt szczegółowa i nie-za-ciekawie napisana biografia Boba Dylana.
Weźmy takiego Dylana. Wszyscy się go pytają o inspiracje, o to co czyta, że pisze takie teksty, czego słucha, że tak gra, z kim rozmawia, że tak myśli.
Większość “tekściarzy” chodzi do kawiarni i innego typu małych kafejek, gdzie liczą na to, że spotkają interesujących ludzi lub po prostu natchnie ich aura i klimat pomieszczenia. Czasem czytają też najnowszą prasę lub przypadkowe książki, żeby się zainspirować.
Dylan, natomiast, powiedział, że czegoś takiego nie praktykuje. Czasami, w kawiarni lub nie, siada i “wymiotuje”. Wyrzuca z siebie wszystko. Wszystkie słowa, myśli przelewa na papier. Wszystko, o czym chciałby porozmawiać. Wszystko, co chciałby komuś powiedzieć, ale nie ma kogoś kto by go posłuchał. Wybitnie umiejętne próby naszkicowania własnego mózgu.

Płyta na dziś: “Bob Dylan” – Bob Dylan (1962)

Strona pierwsza:

  1. You’re No Good
  2. Talkin’ New York
  3. In My Time of Dyin’
  4. Man of Constant Sorrow
  5. Fixin’ to Die
  6. Pretty Peggy-O
  7. Highway 51
Strona druga:

  1. Gospel Plow
  2. Baby, Let Me Follow You Down
  3. House of the Risin’ Sun
  4. Freight Train Blues
  5. Song to Woody
  6. See That My Grave Is Kept Clean

Debiutancka płyta Dylana, którą nagrywał gdy miał 20 lat. Ukazała się, gdy miał 21.
Jak mówi Wikipedia i ja absolutnie się z tym zgadzam, to obraz młodzieńczych fascynacji Boba.
Na płycie znajdują się tylko dwie jego autorskie kompozycje.
Pozostałość to standardy bluesowe i folkowe.
Zadziwiająca jest fascynacja śmiercią i umieraniem w ogóle, na pierwszych płytach zazwyczaj spotykamy się ze zgoła odmienną tematyką.
Płyty słucha się… ciężko.
Z perspektywy czasu dochodzimy do wniosku, że płyta najprostsza postać najczystszego dylanowskiego geniuszu, niemniej jednak nie wydaje mi się, że płyta została uznana za atrakcyjną dla przeciętnego słuchacza wczesnych lat sześćdziesiątych. Chociaż nie można też zapomnieć, że początek dekady to nostalgiczny czas tęsknoty za prowizorycznym rock’n’rollem lat 50., tęsknota za Elvisem i smutek po śmierci Buddy’ego Holly’ego.
Jak dla mnie – najlepszą piosenką jest jedna z dwóch autorskich kompozycji Dylana, “Song to Woody”.
Jak wiadomo, nie każdy dwudziestolatek ma okazję i sposobność wydać płytę ze swoimi ulubionymi piosenkami. W dzisiejszych czasach, Bob mógłby co najwyżej wstawić się na YouTube’a, niemniej jednak chwała temu, który stwierdził, że niepozorny chłopiec żydowskiego pochodzenia ma potencjał.
Nie wydaje mi się, żebym sięgnęła po tą płytę drugi raz.
“Sięgnąć” to za dużo powiedziane.
Nie będę jej już szukać na Jutubie.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s