comment 0

#209; Dziś rano wstałam pół godziny za późno, nałożyłam za dużo pianki na włosy, przypaliłam tosty i oglądałam "Kawa czy Herbata?".

Tak, oglądam poranny program “Kawa czy Herbata?”, zawsze jak jest przerwa na Tefałenie Dwadzieścia Cztery; dla twojej wiadomości: na Tvn24 też są reklamy.
Moim zaspanym oczom ukazała się para prezenterów, pan i pani. O pani wspominano ostatnio na Pudelku, pan mnie wyraźnie irytował swoją postawą – jakby to określił Tomasz Jachimek – “ła, ła, ła”. Pomyślałam, że pani (lub pani stylistka) w interesujący sposób połączyła różne faktury i odcienie beżu. Pan mówił o dzisiejszych solenizantach (czy tam jubilatach, jeden czort). Ugryzłam obficie umaczanego w keczupie tosta. Połknęłam, pan mówił: “(…)ejn, urodzony w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, czterdzieści dwa lata temu (…)”.

Myślę sobie: “O, wy ciecie!” Dzisiaj są urodziny Kurta Cobaina. Czterdzieste drugie.

Kilka dni temu zastanawiałam się, czemu na dwóch stronach o zgoła innej tematyce widzę nagle dość solidnych rozmiarów artykuły wspominające KC.

http://www.huffingtonpost.com/sahil-kapur/rememberingkurtcobain-a_b_167473.html

Wiesz, od niego tak naprawdę zaczęło się moje wielkie i trwające aż do dzisiaj zainteresowanie zmarłymi gwiazdami rocka. (“Rocka” to duże uogólnienie, ale to taki powszechnie przyjęty frazes, więc niech już będzie. “Let It Be” jak śpiewali _______ [dokończ zdanie].)
Nadszedł szczenięcy okres w moim życiu, a o ile dobrze pamiętam były to wakacje dwa tysiące czwartego roku, kiedy postanowiłam wybrać się z moją siostrą do biblioteki.
Moja siostra, z racji tego, że jest starsza, miała kartę “na górze”, więc mogłam wybrać sobie coś z niezliczonych regałów książek… gdyby jeszcze chciało mi się szukać. Przeczytawszy wszystkie części Harry’ego Pottera, najbardziej interesującą książką “na górze” była dla mnie “Wielka Księga Hipnotyzmu Molly Moon” czy coś w tym rodzaju. (Przepraszam Cię, jeśli bardzo kochasz Molly Moon, a ja nie pamiętam dokładnie tytułu książki. Pardon.)
Jednakże dopadło mnie wakacyjne znużenie w swej najprostszej postaci i postanowiłam jakoś spożytkować tą niewyobrażalną ilość wolnego czasu; przerwać nieustanne czekanie wieczora. Sięgnęłam wobec tego po książkę z półki z nowościami, “Morderstwo Kurta Cobaina”. Przez mój szczenięcy, trzynastoletni mózg przeleciała ulotna myśl, że skądś znam tego kolesia. Nie, poczekaj. “Miłość i śmierć. Morderstwo Kurta Cobaina”. Taki był dokładny tytuł. Już wtedy doszłam do wniosku, że niewyjaśniona śmierć to coś niesamowicie interesującego, szczególnie gdy u szczytu sławy umiera genialna osobowość – tego wtedy nie wiedziałam. Przeczytałam tą książkę bardzo szybko jak na ówczesne możliwości, w przeciągu, bodajże, dwóch dni. Interesowało mnie to, bardzo. Broń, kalibry, zawartość narkotyków we krwi, śmiertelne dawki, Ameryka, lata dziewięćdziesiąte, teorie spiskowe, odtwarzanie wydarzeń, przesłuchania, wywiady… Najbardziej zainteresowała, a raczej zaintrygowała, mnie informacja o sześćdziesięciu ośmiu (dokładnie, to akurat bardzo dokładnie pamiętam) nastolatkach, którzy mieli po trzynaście czy czternaście lat wtedy, którzy popełnili samobójstwo w kilka godzin, dni lub tygodni po nieszczęsnym 8 kwietnia 1994, kiedy to przez ich wypełniony grandżową muzyką mózg przeleciała informacja o samobójczej śmierci ich idola. Młodzi ludzie, szczeniaki, którzy zrobili to tylko dlatego, że tak postąpił ich idol, stali się inspiracją dla prywatnego detektywa i dla autorów tych “dochodzeniowych” książek.
Zastanowiło mnie, co musi być takiego cudownego w muzyce, że popycha to ludzi do takich przeraźliwych i autodestrukcyjnych czynów.
Więc z jakiegoś prowizorycznego programu do ściągania plików ściągnęłam dwie piosenki zespołu Nirvana, które najszybciej mi się ściągnęły. Były to, pamiętam jak dzisiaj, “Come As You Are (live)” i “Lithium (live)”. I do dnia dzisiejszego, ilekroć słucham tych piosenek, a zazwyczaj nie słucham, bo wiesz jak jest…
Nie lubię gdy coś jest za bardzo rozreklamowane. Komercyjne. Spopularyzowane. Słucham Beatlesów, ale nie przepadam za “She Loves You” czy “Twist and Shout”. Toleruję Metallicę i nawet lubię niektóre utwory, ale nie włączam sobie w domu “Nothing Else Matters”. Słucham Nirvany, ale nie słucham “SMELS JAK TEN SPIRYT”, przy Led Zeppelin nie słucham “Stairway to Heaven”, przy Red Hot Chilli Peppers nie słucham “Otherside”. Dobra, oczywiście przesadziłam z tym ostatnim, ale wiesz o co kaman. Taki sam syndrom jest z przereklamowaniem towarów w telewizji; film “Kochaj i tańcz” wchodzi do kin 6 marca (nawet pamiętam jakąś przypadkową datę), a już mam go dość po cotygodniowych rozmowach w “Dzień Dobry Tvn”, reklamach i wszechobecnej medialnej ekscytacji.
Jak powiedziałam, Kurt Cobain był pierwszy na mojej prywatnej liście Wielkich Zmarłych, od niego zaczęła się też dziwna retrospekcja. Dziwna retrospekcja, czyli cofanie się mojego zainteresowania. O jeny… Chodzi mi o to, że jak co jakiś czas znajduję sobie nowy “obiekt zainteresowania”, to z każdą kolejną osobą coraz bardziej cofam się w czasie.
Patrząc po dacie śmierci, najpierw interesował mnie Kurt Cobain, potem kilka osób z tych wielkich zespołów rockowych lat osiemdziesiątych, tzw. “dinozaury rocka”, potem chyba dopiero nadeszły lata sześćdziesiąte i tu już – że tak powiem – hurtem, Beatlesi, Dylany, Rolling Stonesi, nawet Kennedy i co jeszcze, a ostatnio Buddy Holly, trochę Elvis Presley, a nawet The Everly Brothers, czyli wczesne lata pięćdziesiąte. Rozumiemy? Retrospekcję?



Istnieje jakieś powszechnie obowiązujące, niepisane prawo w showbiznesie, że osoby urodzone pod ówcześnie spopularyzowanym nazwiskiem są wręcz automatyczne sławne. Istnieje też powszechne mniemane, że noszenie znanego nazwiska jest takie “cool”.
Opinia publiczna (w tym, niestety, ja) zachwyca się córką i wnuczką Elvisa, dziećmi Jaggera, Boba Marleya, synami Lennona, córką Cobaina i nawet córką Hulka Hogana. Dobra, skreśl to ostatnie.
Niejednokrotnie też zastanawiałam się i wręcz nie mieściło mi się w głowie to, że twoim ojcem jest ktoś tak znany itd… Ale teraz, gdy się głębiej zastanowiłam i chyba zmądrzałam, dochodzę do wniosku, że nie jest to wcale takie cudowne. Bo co z tego, że bez kiwnięcia palcem zarabiasz, a raczej spuścizna po twoim ojcu zarabia, dziennie około dziesięciu tysięcy dolarów, skoro wychowujesz się bez ojca? I całe życie się wychowywałaś? Co ci z tego, że wszyscy zazdroszczą ci takich, a takich rodziców, kiedy ty możesz sobie ich pooglądać na starych nagraniach z MTV?

Myślę, że jestem naprawdę pobłogosławiona (jakże to chrześcijańsko zabrzmiało!, chciałam napisać “blessed”), że żyję takim beztroskim, sielankowym życiem.
Czytałam dzisiejszego popołudnia nowe Glamour, gdzie był artykuł o 9-letniej dziewczynce z – bodajże – Jemenu, która została Kobietą Roku 2008 amerykańskiego Glamour za to, że w wieku 9 lat wystąpiła o rozwód, wyszedłszy za mąż w wieku lat ośmiu. Poza historią samej dziewczynki, była też po krótce opisana jej rodzina, miejscowośc w której mieszkała, warunki, w których się wychowywała… To, że musieli przeżyć za dwa dolary dziennie… Że często nie było wody i pieniędzy na chleb, ale pieniądze na (tu wpisz nazwę), roślinę o narkotycznym działaniu musiały zawsze być i wszystkie żony ojca (Koran dopuszcza cztery, pod warunkiem, że są równo traktowane) wraz z kilkanaściorgiem dzieci musiały żebrać…
Włączyłam chwilę potem telewizor i od razu załączył się jakiś anglojęzyczny kanał, chyba Mtv Dance… Leciała akurat jakaś idiotyczna reklama ubezpieczenia na samochód, a potem pokazali krótki filmik z ciemnoskórą, pięcioletnią dziewczynką. Pokazywali jak nosiła wodę, opiekowała się młodszym rodzeństwem, przygotowywała jedzenie dla całej rodziny, chociaż często nie było co jeść, każdy dostawał chociaż kęsa… Że nie ma szans na zwykłe dzieciństwo, na chociażby pójście do szkoły… Zdeprawowani ludzie zachodu pod hasłem “zwykłe dzieciństwo” rozumieją kolorowe ciuszki, godziny spędzone na zabawach w ogrodzie, najnowsze gadżety technologiczne albo chociaż lalki barbie… A taka dziewczynka po prostu chciałaby pójść do szkoły.
Głupio się czuję, kiedy stoję jak ten palant przed szafą każdego dnia zastanawiając się co ubrać.
Kiedy idę do mamy i skarżę się, że nie mam co ubrać, nie mam ciuchów.
Kiedy skarżę się, że nie chce dać mi pieniędzy na to czy na tamto…
Nawet nie chodzi o pieniądze i nie chodzi o ciuchy… Myślę, że powinnam się po prostu cieszyć, że w wieku 17 lat nie mam gromadki dzieci, nie jestem analfabetką i nie jestem mężatką przez przynajmniej połowę mojego życia.
Od teraz, ilekroć nie będzie mi się chciało odrabiać zadania domowego, pomyślę sobie o ludziach Trzeciego Świata. Nie o sobie, nie o własnej dupie i o tym, że chce mi się spać albo że obejrzałabym sobie “Sex w Wielkim Mieście” z Carrie i jej wspaniałymi butami od Manolo Blahnika… Będe w miarę możliwości kupowała Cisowiankę dla Sudanu i niech ona niczym magiczny talizman przypomina mi o tym, jak wdzięczna powinnam być moim przodkom za to, że lata temu osiedlili się na terenach Europy Środkowej.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s