comment 0

#214; John Lennon – I Don’t Wanna Be a Soldier

Zabawne.
To śmieszne jak KAŻDA co bardziej – wedle własnego mniemania – atrakcyjna dupa ze szkoły myśli, że jakikolwiek cudzoziemiec znajdujący się przez dłuższy czas w najbliższym otoczeniu… kocha właśnie ją!
Dupa w kolejce w bufecie zachwycała się, jak “ten Meksykańczyk się na nią patrzał”; dupa na włefie zachwycała się jak to “ten Wietnamczyk” ją zaczepia.
Tak, miłe misie, wszyscy kochają właśnie was!
<3!

Płyta na dzisiaj: “John Lennon/Plastic Ono Band” John Lennon with Plastic Ono Band (1970).
Nie ma to jak sygnować kawał beznadziejnej i eksperymentalnej muzyki dobrym nazwiskiem, “cnie”? Pierwsza solowa płyta po rozpadzie Beatlesów. Ja oczywiście nie miałam takiego uczucia, niemniej jednak wyobrażam sobie jakim szokiem dla wszystkich musiała być ta płyta: po wszystkich wspaniałych kompozycjach “późnych Beatlesów”, łącznie z ostatnią wspólną – GENIALNĄ – płytą wydaną w tym samym, 1970 roku, “Abbey Road” Lennon dostarcza kilka piosenek, które brzmią całkiem jak gdyby ktoś pozostawił włączony magnetofon (zważ na ówczesne możliwości technologiczne, 39 lat temu, misiu) na noc i zachciało mu się pobrzdąkać na gitarze nad ranem.
Podzielę się spostrzeżeniem: Im dalej w las, tym piosenki wydają się lepsze. Może nieprzypadkowo na okładkę wybrano zdjęcie przedstawiające… Właśnie. Na pierwszy rzut oka widzimy drzewo na łące skąpanej w słonecznym słońcu, przy bliższym wejrzeniu widzimy dwoje młodych ludzi, najwyraźniej drzemiących w słońcu, John & Yoko.
Płyta zaczyna się głuchymi dźwiękami kościelnych dzwonów, tych wybijanych przy wszelkiego rodzaju pogrzebach, żałobach i uroczystościach upamiętniających. Pierwsza piosenka to “Mother”, w której Lennon KRZYCZY “Mother, you had me, but I didn’t had you”, wyrażając ból i cierpienie związane ze wczesną utratą matki właśnie w tym momencie życia, kiedy obydwoje zaczęli się do siebie zbliżać.
Uwagę przykuwa piosenka “God”, w której na początku Lennon umieszcza niesamowity cytat: “God is a concept by which we measure our pain”. Mogę się założyć, że ten wers przetłumaczony na wszystkie języki świata znajduje się na ogólnoświatowych stronach wikiquote. Następnie Lennon wymienia “I don’t believe in…”. Kolejno leci, “Magic”, “I-Ching”, “Bible”, “Tarot”, “Jesus”, “Hitler”, “Kennedy”, “Yoga”, “Zimmermann”, “Beatles”.
Kennedy umieszczony jest między Buddą a Jezusem.
Zimmermann to prawdziwe nazwisko Boba Dylana.
Beatles – wiadomo; gdybyśmy chcieli wnikać, można zauważyć, że to akurat słowo jest wypowiedziane głośniej, wyraźniej i dobitniej.
Istotę piosenki wyjaśniają jej ostatnie wersy, w której Lennon śpiewa: “I was the dreamweaver, but now I’m reborn/I was the walrus/Now I’m John”.
(Jest taka piosenka “I Am The Walrus”, która zaliczana jest to jednej z najznamienitszych kompozycji Lennona-Beatlesa).
“And so dear friends/You just have to carry on/The dream is over”.
Zaskakujący jej sam tytuł piosenki, skoro Lennon wyraźnie informuje wszystkich wszem i wobec, że “sen się skończył”, Beatlesi obrócili się w proch i już nie powrócą, że on jest innym człowiekiem i innym artystą, to dlaczego obarczył to wszystko tytułem “Bóg”? W wielu filmach dokumentalnych mówią, że Lennon od zawsze chciał być Jezusem, “tylko takim grającym na gitarze”. Zawsze zazdrościł Jezusowi chwały, potęgi, glorii, splendoru… Tak bardzo, że w sześćdziesiątym szóstym powiedział, że Beatlesi są popularniejsi od Jezusa, znaczy tak nie powiedział dokładnie, ale wyrwano jego słowa z kontekstu, tak że Ku Klux Klan chciał ich zabić, ludzie palili ich płyty, na koncertach padały strzały… Myślę, że miał rację i te słowa są nawet dzisiaj aktualne; dla młodych ludzi wszystko jest ważniejsze, poza Kościołem… Weźmy muzykę, Internet, wszelkiego rodzaju xboxy i co jeszcze… Kościół???

Płyta ogólnie jest cienka, nie zawiera ani jednego przeboju ani – jak dla mnie – piosenki wpadającej w ucho. Nie wydaje mi się, żebym sięgnęła po tą płytę drugi raz, niemniej jednak ludzie w komentarzach na Jutubie zachwycają sie nostalgiczną piosenką “Isolation”.
Nic mnie nie urzekło.
O ile w Beatlesach od szaty muzycznej ważniejsze były słowa, niejednokrotnie absurdalne lub wprost przeciwnie – poetyckie teksty, tak tutaj uwagę bardziej przyciąga linia instrumentalna, a najbardziej linia basu… Słowa są zbędne, są niczym nieistotne dopowiedzenie…

Dzisiaj spędziłam dosyć wyciszony, ale wcale nie beznadziejny! Akuku!, dzień w szkole. Zabrałam nawet swój notes (dawniej nazywany pamiętnikiem), żeby notować wszelkiego rodzaju przemyślenia, ale – o dziwo! – nic mnie nie dołowało, nic mnie nie trapiło, nie zastanawiałam się nad niczym aż tak bardzo.
Aż tak bardzo.
Zauważmy, jak bardzo zmieniły się czasy.
Żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku i wydaje się nam, że jesteśmy tacy “hej do przodu”, jak to mawia starszyzna narodu polskiego, ale tak naprawdę świat w takiej postaci, jakim go znamy dzisiaj, istnieje… Ja wiem? Z trzydzieści lat.
Nie, nie wiem dokładnie, ciężko mi powiedzieć, ale ja to rozpatruję pod kątem biologiczno-społeczno-obyczajowym.

Weźmy taką Yoko Ono. Urodziła się w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku (1933!!!) w Tokio. Zamarzyła, żeby zostać artystką awangardową, wyjechała z rodziną do Nowego Jorku jako dziewiętnastolatka. W wieku trzydziestu lat urodziła córkę producentowi telewizyjnemu, którą ten jej potem siłą zabrał (krócej: porwał), poznała Lennona, z którym chowała się w workach i spędzała tydzień w łóżku na znak protestu.
Wspominałam już, że ta niebieska książka z biblioteki to najlepsza biografia Lennona? Aha. Tak więc, on tam mówi, że na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych bardzo starali się o dziecko, ale długo, długo nic. Więc chodzili do wszystkich lekarzy w okolicy i na całym świecie i wszyscy mówili, że niestety, proszę pana, z pańską spermą jest coś nie tak ze względu na prowadzony tryb życia, a macica małżonki “wygląda jak półksiężyc”.
Na początku lat pięćdziesiątych, czyli w latach szalonej młodości Yoko Ono, nie było środków antykoncepcyjnych i gdy dziewczyna zaszła w niechcianą ciążę to ją po prostu usuwała.
Dlatego po wszystkich tych niezliczonych aborcjach, własny organizm kobiety “wzbraniał” się przed zapłodnieniem i tego typu czysto biologiczne rzeczy.

Czyli popatrzmy: 50 lat temu kobiety usuwały ciążę, dlatego, że jej nie chciały, a także dlatego, że nie było tak rozwiniętej antykoncepcji – dzisiaj, 50 lat później, kobieta z ilością dzieci 3+ jest postrzegana trochę w kategorii “nieudacznika” przy dochodach poniżej tysiąc pińcet brutto; temat aborcji powoduje burzę w mediach, huragan w prasie.

To pod kątem biologiczno-społeczno-obyczajowym.

Nie trzeba daleko szukać, spójrzmy na nasz kraj, na Polskę.
Jak zmieniła się w wieku 20 – teraz już z hakiem – lat?

Spójrzmy na Amerykę!
Sam Barack Obama tak powiedział w swoim przemówieniu inauguracyjnym 20 stycznia 2009 roku, dokładnie 48 lat po zaprzysiężeniu J.F.Kennedy’ego: jeszcze 40 lat temu jego ojca wyrzucono by z restauracji, gdzie chciał zjeść obiad, chociaż miał pieniądze, a dzisiaj w obliczu wypełniających się jedna po drugiej przepowiedni Nostradamusa, wybieramy Afroamerykanina prezydentem. “-my”, bo w końcu żyjemy w globalnej wiosce.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s