#233

Z okazji drugiego dnia wiosny, a także wszechobecnego światowego kryzysu gospodarczego, postanowiłam zrobić recycling w swojej własnej szafie, efektem czego siedzę właśnie w mojej ulubionej letniej sukience i myśli o lecie okraszam westchnieniami “Ah”. (Nie, nie takie “aaaah”. Krótkie “ah”, a’la pani P.)

Wróciłam właśnie przed chwilą z kościoła.
Chociaż nikt nie umarł, dzisiaj nie przypada rocznica śmierci nikogo bliskiego, nie ma żadnego chrztu, nikt nie bierze ślubu, to postanowiłam pójść do kościoła z własnej, nieprzymuszonej woli. Miałam nadzieję, że kościół ukoi moje paranoidalne lęki ostatnich czasów.
Bo wiesz, od jakiegoś czasu, a konkretnie odkąd się dowiedziałam, że Religa zmarł, a było to bodaj dokładnie dwa tygodnie temu, mam jakieś dziwne lęki… Że koniec świata niedługo nadejdzie, że nie wiem czy dożyję jutra… Że tragedia nadchodzi i takie rzeczy… Po raz kolejny sobie coś ubzdurałam, głęboko w to uwierzyłam i chodzę zasępiona, obawiająca się rychłej śmierci… To smutne. Bardziej nawet smutniejsze w obliczu globalnego ocieplenia, bo kryzys kryzysem, przepowiednie Nostradamusa przepowiedniami Nostradamusa, ale co mam powiedzieć, jeśli wiem, że wymierają pszczoły? Jeśli wiem, że anomalie pogodowe mają miejsce codziennie na całym świecie? Jeśli wiem, że moje cudowne miasto nie będzie istniało za kilkadziesiąt lat, bo nas zaleje? Tym bardziej boję się momentu owego zalewania, wiecie, mam w głowie iście dantejskie sceny, ludzie niczym w biblijnym potopie będą uciekać…
Z tej właśnie okazji zaczęłam oszczędzać energię, chociaż w porównaniu z wami, misiaki-pysiaki, i tak jestem cudownie energooszczędna. Nie leję wody podczas szorowania zębów, nie leję wody podczas namydlania się pod prysznicem, nie leję wody gdy golę nogi (i gdy co raz zacinam się na pieprzonej kostce), gdy udaję się do sklepu po paczkę chipsów i sok nie pakuję moich znikomych sprawunków w foliowe reklamówki, a ostatnio – taramram! – zaczęłam nawet kłaść się wcześnie spać, żeby wieczorami nie czytając wszystkich pierdoł w łóżku zużywając energię – wolę wstać wcześniej, szczególnie teraz, gdy słonko przyświeca od mniej więcej pół do szóstej. Wiem, bo dość często się w tych ramach czasowych budzę, budzona przez nieszczęsne, niżej wspomniane, ptaki.
[“Gr”, a’la pani P.]

Kościół w pewien sposób naprawdę działa kojąco.
Siedziałam z mamą na mszy dla dzieci, gdzie księża zabawiali opatulone w polarowe szaliczki z pomponikami siedzi niczym kukułkarze zabawiający przechodniów na rynku. Słuchałam wszystkich moich “ulubionych” piosenek, wiesz, “Idzie mój pan”, “Oto jest dzień”, “Pan Jezus już się zbliża, już puka do mych drzwi”… Zauważyłam, że im dłużej chodzę do kościoła, to znaczy im jestem starsza, tym więcej widzę. Co oznacza mniej więcej tyle, że ja urosłam i pnę się dalej w górę, a starsze babulinki, które nawet niektóre znam z widzenia, rosną, niestety, do ziemi – bez urazy. Jak już pewnie niejednokrotnie wspominałam lubię sobie patrzeć na ludzi, a kościół jest jednym z tych raczej nielicznych miejsc, gdzie w tłumie ludzi każdy jest raczej anonimowy… Przy czym jest to innego rodzaju zbiegowisko niż w, dajmy na to, centrum handlowym. W centrum handlowym ludzie, co prawda, też nie mają twarzy, ale każdy się tylko lansuje i myśli, że jest jedyny w swoim rodzaju i w ogóle “taaaki fajny”. Wszyscy gonią niczym małe szczury w nowootwartej kanalizacji. Wszyscy realizują ideę bezgranicznego konsumpcjonizmu. Karl Lagerfeld mówi, że obecny kryzys jest nam potrzebny, ba, od dawna było wiadomo, że do tego dojdzie, bo ludzie po prostu kupowali wszystko, co im wpadnie w ręce, a ci wszyscy sprzedawcy wraz z ludźmi od reklamy podtykali nam pod nos kolorowe produkty, po czym ludzie oślepieni kolorami, zapachami i dźwiękami wydawali pieniądze, pustoszyli portfele i konta bankowe, żeby mieć głupi tusz od Diora, kanapę z Ikei, bluzkę z Solaru, łaaaaa…
Jeżeli wszystko jest takie przewidywalne, to kiedy będzie koniec świata?

P.S. Nie smucę się, bo doszłam do wniosku, między innymi po dzisiejszej wizycie w kościele, jeżeli koniec świata nadejdzie, to nadejdzie. W końcu dinozaury też kiedyś umarły. Nic nie zapowiada się na to, że mój kraj, miasto i region nawiedzi jakaś naturalna katastrofa, bo jednak żyjemy w strefie minimalnego zagrożenia. Biblijny potop też kiedyś nadszedł. Wojna też kiedyś nadeszła. Dinozaury też kiedyś wyginęły.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s