comment 1

#246; "Don’t quote me on that"

Piosenką, która uprzyjemnia mi czas przez ostatnie kilka dni, jest “Płoną góry, płoną lasy” Czerwonych Gitar. Nie wiem, czy sobie zdajesz z tego sprawę, ale mówię całkiem poważnie. Cudowne jest brzmienie sitaru, które w gruncie rzeczy, jest tym co wyróżnia tę piosenkę spośród innych i sprawia, że jest taka ciekawa. Śpiewana tylko z gitarą zdecydowanie nie była by taka, hm, intrygująca. A sitar, oczywiście, po raz pierwszy w historii rockowej muzyki rozrywkowej został użyty przez zespół The Beatles, w piosence “Norwegian Wood” w wyniku rosnącego zainteresowania George’a Harrisona Indiami i kulturą indyjską. Tym bardziej, że Seweryn Krajewski i Czerwone Gitary to zdecydowanie nie ten typ muzyki, który się podśpiewuje w lekko podchmielonym towarzystwie. Spójrz, na weselu, kiedy wszyscy wujkowie, ciocie i kuzynostwo zaopatrzyło się już w odpowiednią – kolejną – ilość alkoholu, to nie machają lekko kieliszkami do rytmu piosenki Czerwonych Gitar, tylko do – przykładowo – Maryli Rodowicz lub Andrzeja Rosiewicza. Lub – o zgrozo! – Bayer Full (“majteczki w kropeczki, łoho-ho-ho!”). Jeżeli twoja rodzina śpiewa Bayer Full – serdecznie ją ode mnie pozdrów.

Właśnie usłyszałam Tinę Turner sprzed około dwudziestu lat śpiewającą piosenkę “Help”. Wiesz które “Help”. Znasz to “Help”. (“Kryśka, błagam Cię! MAREK!”)
Rewelacja przez duże “r”, wiecie. Najlepszy kower to ten, kiedy dany zespół lub osoba bierze piosenkę i przerabia ją na swoją modłę. Dokładne odtwarzanie piosenek jest takie mało profesjonalne, chociaż uważam, że “Working Class Hero” w wykonaniu Green Daya różniące się od oryginału gitarami, tak – elektryczna zamiast akustycznej – jest całkiem znośne, a nawet bardzo znośne. Tina Turner nie zaśpiewała tej piosenki podrygując jak małoletni podlotek. Zaśpiewała ją wolniej i z niesamowitym uczuciem, tak, że tytułowe “Help” naprawdę stało się wołaniem o pomoc. Autentycznym wołaniem o pomoc, które gdzieś zaginęło w skocznej tonacji oryginału.

Piszę sobie te wszystkie bzdetne rzeczy, bo to wszystko – zachwyty nad konkretnymi osobami, zespołami, piosenkami i mnóstwem innych rzeczy – krąży po mojej głowie, ale jakoś nie mam okazji się z tym nikim podzielić, ba, nie wyobrażam sobie, żebym zaszła rano do szkoły, przywitała się z misiakami i zaczęła głośno zastanawiać się nad tym, jaki to interes zrobił McCartney i inni, że sprzedał wszystkie prawa do swoich piosenek Michaelowi Jacksonowi.

Oglądałam sobie ostatnio wywiad z Seanem Lennonem z 1998 roku.
Ciekawe, czy długo i namiętnie rozmyślał wtedy o domniemanym końcu świata w 2000 roku.
Był to jakiś słabej jakości dokument z BBC, czy czort wie skąd, dotyczący jego samego – bo jakżeby inaczej – i jego debiutanckiej płyty. Pan z charakterystycznym telewizyjnym głosem w tle zachwycał się od samego początku, że “To on, to on!” To on jest tym Sławnym Synem! To on jest uwieczniony w piosence “Beautiful Boy” (‘Close your eyes/Have no fear/The monster’s gone/And your daddy’s here’), to on wystaje spod kołdry w akcji Bed-in Peace (chociaż w rzeczywistości to nie on, on był urodzony sześć lat później, misiaki), to dla niego tatuś zrezygnował z kariery muzycznej, żeby całymi dniami przełączać telewizor z jednej bajki na drugą, nosić go na rękach i piec chleb. Sean mówi, że jest trochę zagubiony, może nawet trochę zdesperowany, bo gdy wyszedł na światło dzienne, czyli wkroczył w życie publiczne, ze swoją debiutancką płytą czy nawet bez, to zaraz dostaje mnóstwo propozycji wywiadu, w gazecie, w telewizji, w radiu, okładek, sesji zdjęciowych, goszczenia w programie telewizyjnym, prowadzenia programu telewizyjnego, poprowadzenia prognozy pogody (!) i tym podobne rzeczy, podczas gdy doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że podczas takiego potencjalnego wywiadu może sobie opowiadać, co mu ślina na język przyniesie, może nawet obrażać najznamienitsze osobistości współczesnego świata, może obrażać głowy państw i twierdzić, że je własne gówno, ale ilekroć wspomni choć jedno słowo o swoim sławnym ojcu, nic innego się nie liczy tylko to jedno zdanie. Więc tym bardziej zastanawiające jest to, że w tym duchu świadomości i przeświadczenia szokuje opinię publiczną wypowiedziami typu: “My father was assasinated by an FBI-CIA connection”, ale jak sam mówi, nie chce wygłaszać swoich opinii i teorii n temat śmierci swojego ojca, bo nie chce zwracać na siebie uwagi w ten sposób. Chce być postrzegany jako indywidualna osoba, konkretniej jako muzyk, a nie jako syn, tego-a-tego, chociaż w niemalże każdym wywiadzie bardzo rozlegle opowiada na pytanie związane ze swoimi rodzicami, co z kolei też nie jest regułą, bo np. taki Jakob Dylan nawet nie używa słowa “dad”; raz tylko się spotkałam, że powiedział “he”. Wszystkie jego piosenki z ostatniej płyty są, muszę powiedzieć, bardzo dobre, chociaż wiem, że pewnie nie zwróciłabym na niego w ogóle uwagi, gdyby nie jego nazwisko. Nie jestem pewnie osamotniona w moim dziwnym i niewytłumaczonym zainteresowaniu dziećmi znanych osób, bo gdzieś tam w środku myślę sobie “Boże, jaka to musi być faza, gdy [tu wstaw nazwisko] jest twoim ojcem/matką…” Oczywiście nie mam pretensji do moich rodziców za to, że są, jak to się mówi, zwykłymi zjadaczami chleba, chociaż i tak są moimi idolami #1, niemniej jednak spędzam długie godziny oglądając zdjęcia na stronach różnych agencji informacyjnych i w grafice Google, zachwycając się jaki ten-a-ten jest podobny do ojca… Aha, i jeszcze! Ilekroć przeglądam sobie jakąś gazetę w obecności mojej siostry i podniecona wykrzyknę tryumfującym głosem “O Jezus, buty Stella McCartney!”, zawsze spotykam się z zarzutem mojej siostry, że podniecam się tak dlatego, że ma tak, a nie inaczej na nazwisko. Że ma takie proste i zwykłe ciuchy i istnieje w branży wyłącznie ze względu na swoje nazwisko. Otóż ja tak nie uważam, bo nikt przecież nie będzie nosił brzydkich ubrań z ładną metką, tak? Kiedyś miałam bluzkę Elite i myślałam, że jest najpiękniejsza na świecie, bo Elite to agencja modelek Johna Casablancasa, a wtedy zachwycałam się The Strokes i Julianem Casablancasem… Ze trzy lata temu.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

1 Comment so far

  1. Taka para ‘ojciec i syn’, która natychmiast mi się skojarzyła, to Tim i Jeff Buckley. Znam tylko muzykę syna; to ten, który swoim przeszywającym, głębokim głosem wyśpiewuje ‘Hallelujah’, piosenkę, którą na pewno znasz. Pewnie po części skorzystał z blasku swego ojca, który był wybitnym muzykiem (wszyscy tak mówią, więc zapewne tak jest, choć jego dyskografia jeszcze przede mną).Aż musiałam sobie włączyć Jeffa. Do którego legendy dołożyło się jeszcze to, że umarł młodo i tragicznie – utonął.Muszę kiedyś wrócić do The Strokes, bo dalej mam w pamięci, że to jednak mocne jest : D. Zwłaszcza pierwsza płyta, jejku, początki wielkiego szału indie rocka. Dopiero potem nawyrastało pełno gównianych kapel złożonych z dobrze ubranych dzieciaków nie potrafiących grać, najlepiej mówiących z jak najmniej zrozumiałym, robotniczym akcentem. Ważne, żeby NME miał o czym pisać.Wiesz, nigdy nie byłam na solarium.Mam wrażenie, że ‘Free as a Bird’ znam od zawsze. To jedna z takich piosenek, co do których zawsze myślisz ‘już to wcześniej słyszałam’. Dokładnie tak pomyślałam jakiś rok temu, kiedy pierwszy raz świadomie i z własnej woli zapoznawałam się dokładnie z dyskografią Beatlesów.Pozdrawiam i wesołych świąt ;*

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s