comments 2

#250; Post pod tytułem "Jezu, Gośka, dodała coś nowego"

Och, pragnę zakomunikować, że z dniem dzisiejszym pokochałam każdy jeden pieprzyk i innego rodzaju brązowawą plamkę na moim ciele!
Szczególnie wtedy, gdy szukając Pierwszego Zdania – owe Pierwsze Zdanie urosło do rangi zjawiska w myślowo-emocjonalnego w mojej głowie – kręciłam się bez sensu przed lustrem, zobaczyłam duży, brązowy pieprzyk na moich plecach, wyglądający z, hm, Ulubionego Rodzaju Dekoltu Pani Od Biologii.

Ostatnio generalnie cieszą mnie najmniejsze rzeczy, nie wiedzieć czemu! Myślę, że jest to spowodowane nadejściem wiosny, a także zwiększoną ilością ubrań w mojej wiosenno-letnio-wczesniojesiennej garderobie. Cieszy mnie to, że pada deszcz! Cieszy mnie to, że wychodzi słońce! Cieszy mnie, że na GG Radio leci “I Wanna Hold Your Hand”! Cieszy mnie, że w Biedronce nie ma tortilli! Cieszę się, gdy ładnie opaliły mi się nogi! Cieszę się, gdy wstaję rano i obserwuję budzący się do życia dzień! Gdy słońce niczym rozżarzona lawa wyłania się zza ospałych wieżowców! Cieszę się nawet gdy ktoś się na mnie głupio patrzy, no doprawdy!!!

A teraz confession: Z racji tego, iż dziś rano drugi raz zbudziłam się o szóstej trzydzieści w dodatku kompletnie wyspana i tego, że szłam do szkoły dopiero na dziewiątą pięćdziesiąt – więc miałam około trzygodzinną namiastkę weekendowego poranka – weszłam na Pudelka i piłam cudowną imitację włoskiej kawy …z Netto 🙂 Czytałam jakiś bezsensowny wpis o Ibiszu, który zobrazowany był starą okładką Vivy, na której znajduje się on ze swoją nagą od pasa w górę, ciężarną i byłą żoną – tą, która teraz “święci tryumfy” w Tańcu z Gwiazdami. Potem na Viva.pl czytałam wywiad przeprowadzony z okazji tamtej sesji, gdzie obydwoje jako rozemocjonowana para, może nawet małżeństwo, zachwycali się swoim potomkiem, informacją o ciąży i generalnie jej przebiegiem. Na pozostałych zdjęciach w jakiejś tandetnej, niskobudżetowej scenerii znajdował się – jeszcze nieodmłodzony – K. Ibisz, jego wspomniana małżonka w kreacjach, które w najmniej korzystny sposób eksponowały jej zaokrąglony brzuch i beznadziejnie podkreślały jej błogosławiony stan. Okej! To jest naprawdę nieważne! Tym, co mnie zaintrygowało było to, że była Ibiszowa opowiadała jak to była w sklepie i pani ekspedientka kazała jej zdjąć okulary. Była Ibiszowa zapytała “Dlaczego?”
Pani ekspedientka odpowiedziała “Bo tak dziwnie się pani oczy świecą. Jest pani chora?”
Była Ibiszowa odpowiedziała “Nie, mam się dobrze”
Na co pani ekspedientka zdecydowanym tonem “W takim razie jest pani w ciąży”.

Jak wspomina była Ibiszowa w dalszej części wywiadu, był to dokładnie piąty dzień.
Ciekawa jestem, czy kobieta i jej ciało naprawdę jest tak zdradliwe. Phi! Ostatnio często myślę o swoim przyszłym życiu, także po części w obliczu rozważań na temat rychłej zagłady. Wiem, że głupio to brzmi i być może nie wiem co mówię, ale chyba nie mogę się doczekać stanu, kiedy będę w ciąży. Wiecie… Przekonać się o wspaniałości i wyjątkowości ludzkiego ciała… Doznać największego cudu…

Ostatnimi czasy, ilekroć mi się nie chce sprzątnąć w kuchni, zmyć naczyń, wynieść śmieci lub chociażby wykonać bardziej prymitywnych zadań, jak np. powtórka z biologii, myślę o dwóch osobach, konkretniej dwóch kobietach, które w moich oczach są ikonami, inspiracją i, hm, mobilizacją, Michelle Obama i Yoko Ono. Obie te kobiety nie mają ze sobą wiele wspólnego, niemniej jednak są dla mnie silnymi i niezależnymi jednostkami, które zasługują na uwagę ze względów zgoła innych niż znane nazwisko.

Dzisiejszego dnia czytałam artykuł o Yoko Ono z polskiej Vivy z początku tego roku, kiedy to kolorowe magazyny kobiece rozwiązały swój nieuchronny problem doboru tematu artykułu i postanowiły opublikować na swych łamach mniej lub bardziej obszerne biografie Yoko Ono z okazji jej wizyty w Polsce z wystawą swoich prac. Tak, misiaki, wystawa – tak, misiaki, prace.
Yoko Ono dla wszystkich znana jest głównie i przede wszystkim jako żona Lennona. Myślę, że większość – jeśli nie wszystkie – osób, które poznały ją jako awangardową artystkę nowojorskiego undergroundu już …nie żyje. No cóż. W końcu Yoko urodziła się w 1933 roku w Tokio, co oznacza, że w tym roku kończy 76 lat. Postrzegam ją jako kobietę z niesamowitym życiorysem, której przeżycia zapełniłyby karty niejednej książki i niejednego scenariusza filmowego, nie mówiąc o jej własnych wspomnieniach.
Jak wyczytałam w dzisiejszym artykule (to znaczy, artykuł nie był dzisiejszy, ale wiesz o co mi chodzi), Yoko pochodziła z dobrego domu. Rodzina ze strony matki była założycielami największego banku lat 20. XX wieku w Japonii; ojciec to niepoprawny romantyk, pasjonat muzyki i sztuki, który przede wszystkim był jednak lekarzem i ekonomistą. Od małego rodzice posyłali swoją małą pociechę na lekcji śpiewa i gry na pianinie; ojciec codziennie mierzył jej palce, żeby zmartwiony stwierdzić, że jak na pianistkę są one za krótkie. Przy stole uczona była rygorystycznej etykiety; musiała podawać herbatę znamienitym gościom, dygać i poruszać się z gracją przystającą dystyngowanej damie, wszystko to w wieku zaledwie kilku lat. Uczęszczała do szkoły razem z dziećmi cesarza. Potem – najpewniej w ramach post-szczenięcego buntu – wyjechała do Nowego Jorku z jakimś awangardowym artystą, z którym ledwo wiązali koniec z końcem, ich mieszkanie było istną meliną, przez które przewalały się tumany często przypadkowych osób. No cóż, takie były czasy, że dosłownie każdy uchodził za awangardowego artystę, wystarczyło wyglądać trochę inaczej i odważnie wygłaszać swoje opinie. Jak mawiano “Awangardę czuło się w powietrzu”. {Tym ciekawsze jest to, że słowo “awangarda” to kwestia osobistej interpretacji.} Przez cały czas usiłowała się “przebić” i organizowała happeningi, np. “Obraz do podeptania”. Polegał on – jak nazwa wskazuje – na tym, iż w pomieszczeniu było rozłożone białe płótno, na którym ludzie – pod czujnym okiem obserwatorki Yoko – zostawiali ślady swoich butów. Pomimo braku akceptacji ze strony środowiska artystycznego, nawet tego undergroundowego, Yoko nie zniechęciła się i dalej tytułowała się artystką, chociaż ze względu na marną sytuację finansową, musiała zatrudnić się jako kelnerka.
W tysiąc dziewięćdziesiąt sześćdziesiątym szóstym poznała Lennona, który – przyprowadzony przez znajomego – przyszedł na jej wystawę. Na ironię zakrawa fakt, iż Yoko nie wiedziała kto to jest John Lennon, mimo iż rok ’66 to właściwie schyłek Beatlemanii. Już podczas pierwszego spotkania Yoko zaintrygowała Johna i vice versa, głównie dlatego, że oboje wydawali się rozumieć siebie nawzajem; John rozumiał artystyczną wizję i światopogląd Yoko, Yoko rozumiała Johna, arcy-znanego, zmęczonego człowieka szukającego stabilizacji.
Mimo że Yoko osądzana jest o rozpad Beatlesów, w rezultacie tak nie było. Zaprzeczał temu John Lennon, zaprzecza McCartney; sama zainteresowana mówi, że to nie jest jej sprawa, nie obchodzi ją to, zapytajcie ją o coś innego. W niemalże wszystkich filmach dokumentalnych jakie widziałam, przyjaciele i inne zaznajomione osoby jednogłośnie stwierdzają, że moment w którym John poznał Yoko był tak naprawdę końcem jego geniuszu i muzycznej płodności. Okres “John+Yoko” obfitował w płyty z kontrowersyjnymi okładkami, jak np. płyta “Two Virgins”, która przedstawia ich nagich, lub też, hm, intrygującą zawartością; para rozmawiała przy włączonym magnetofonie, zostawiali włączony magnetofon na noc i tego typu nagrania umieszczali na płycie, która – o dziwo! – miała kilkutysięczny nakład, co wspaniale obrazuje magię i moc nazwiska “Lennon”. Na jednym z owych zaskakujących wydawnictw ukazało się nawet nagranie rejestrujące bicie serca ich umierającego dziecka, bowiem Yoko wielokrotnie usuwała ciążę. Wiem, że już o tym wspominałam, ale kiedyś nie znano antykoncepcji, więc niechanie ciąże po prostu usuwano, bez większej uwagi i lamentów. Im więcej ciąż się usuwa, tym ciężej potem zajść w ciąże, tak więc Yoko poroniła bodajże dwójkę dzieci Lennona. Jedno z nich zmarło krótko po porodzie i gdy wniebowzięci rodzice dowiedzieli się, że dzieciątko zaraz umrze, postanowili nagrać ostatnie minuty bicia jego serca. John+Yoko szokowali, zaskakiwali i skandalizowali. Brali udział także we wszelkiego rodzaju kampaniach i protestach; do najgłośniejszych należy kampania “Bed-in peace”. Udział w strajkach i protestach, publiczne oczernianie i oskarżanie urzędującej władzy, zwracanie uwagi opinii publicznej na “niewygodne” kwestie, które rząd wolał przemilczeć – wszystko to sprawiło, że Lennon stał się targetem rządu, FBI, CIA i czort wie czego jeszcze. Działalność polityczna Lennona została dość obszernie i ciekawie opisana w ksiażce “Kto zabił Elvisa Presleya?” [sic]; niedawno ujawniono także tajne akta FBI dotyczące Lennona. John+Yoko byli śledzeni, inwigilowani i bali się o własne życie. Trochę to smutne. W 1975 roku Yoko cudem zaszła w ciążę i cudem urodziła zdrowe i jedyne dziecko pary, Sean Ono Taro Lennon. Po narodzinach, John+Yoko jak gdyby zamienili się rolami, tak że John zostawał w domu, aby zajmować się synem i piec chleb, a Yoko zajmowała się interesami, głównie doglądając działalności firmy zajmującej się finansami i prawami autorskimi współmałżonka. Yoko Ono jest jedyną osobą we wszechświecie, która była niefortunnym świadkiem morderstwa współmałżonka. Jak już powiedziałam, generalnie jest kojarzona jako żona (i wdowa) po Lennonie, gdzieś może na drugim miejscu jako awangardowa artystka, nie można jednakowoż zapomnieć, iż jest to jedna z najbogatszych kobiet świata.
Zaskakujące i godne podziwu jest to, iż Yoko kończy w tym roku siedemdziesiąt sześć lat, a nadal tak ładnie wygląda, nadal jest pogodna, wygląda na szcześliwą i ma profil MySpace.
Właśnie ten jej profil MySpace uświadomił mi, że jest to doprawdy pozytywnie nastawiona do życia osoba, która, jak sama mówi, lubi patrzyć w niebo i cieszy się z każdej przemijającej chmury. Która cieszy się każdym dniem, która nie traci pogody ducha. Która siłę do działania odnajduje w najbardziej błahych aspektach codzienności, którą zadowala każdy uśmiech i która wciąż mówi o Johnie w czasie teraźniejszym.
Kupiłam niedawno numer Machiny, gdzie był króciutki artykulik “Trzy głębsze z Yoko Ono”. Były to właściwie, jak mówi nazwa, trzy pytania do niej. Nie potrafię ich teraz przytoczyć, ale pamiętam, że Yoko opowiadała jak to kiedyś zasadziła trzy nasionka w trzej różnych doniczkach. Do jednej z nich nie mówiła nic, do drugiej codzień mówiła “kocham cię”, a do trzeciej “nienawidzę cię”. Okazało się, iż nasiono traktowane obojętnie w ogóle nie zakwitło, a te “kocham cię” – najlepiej.
Innym razem na RollingStone.com znalazłam też coś podobnego, mianowicie pięć pytań do Yoko Ono. Jedno pytanie brzmiało: Jakiej muzyki słuchałaś, gdy miałaś tak z 14 lat”, na co Ono odpowiedziała, że w wieku 14 lat była bardziej zainteresowana znalezieniem sobie czegoś do jedzenia i miejsca do spania aniżeli jakąkolwiek muzyką, ale jeśli już miałaby wskazać to do jej ulubionych należy Chopin.

P.S. Jestem jak Wokulski. I “jestem fundamentalnie głupi”.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

2 Comments

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s