#255; ‘(Just Like) Starting Over’!

“Seks w wielkim mieście” zawsze poprawia mi humor, bo:

1. Sarah Jessica Parker nie jest najpiękniejsza na świecie, umówmy się, a mimo to miliony kobiet na świecie chciałyby być takie jak ona, a raczej jak jej garderoba.
Czytałam kiedyś w Machinie artykuł o jakiejś, hm, prostytutce? Nie, nie pamiętam, NAPRAWDĘ NIE PAMIĘTAM, w każdym razie była to jakaś intrygująca postać i z całego artykułu w głowie pozostał mi ino fakt, iż miała ona nienaturalnie wysoko obsadzony wzgórek łonowy. Nie potrafię sobie dokładnie wyobrazić wyglądu jej genitalii (i chyba nawet nie chcę), niemniej jednak ja z moją lekko zdeformowaną szczęką czuję się prawdopodobnie tak samo cudownie jak Kiki (tak, Kiki, właśnie to sprawdziłam!!!) ze swoim wzgórkiem łonowym. Z tego miejsca serdecznie pozdrawiam ją, jej wzgórek i niech spoczywa w pokoju, bo jak przypuszczam, nie ma szans, aby żyła.

2. Długotrwałe i intensywne oglądanie Carrie Bradshaw w pseudocodziennych okolicznościach sprawia, że czuję się fajna nawet wtedy, gdy mam sklejone oczy rano i gdy myję zęby.

3. Carrie Bradshaw wyglądała fabolous – jak mówią najstarsi górale – nawet wtedy, kiedy jej mieszkanie zawalone było kartonami z recyclingu; nawet w takich okolicznościach miała szalik od Chanel i spodnie od Martina Margieli.

Pewnego popołudnia wymęczyłam moje łącze internetowe, a także współdomowników, których to przerwy w dostawie internetu spowodowane moim kaprysem doprowadzały do szewskiej pasji, i postanowiłam uzupełnić swój ulubiony folder w kilka dodatkowych, nowych, ulubionych perełek. Właściwie nie powinnam tego pisać, bo to jakby samemu założyć sobie stryczek na szyję, niemniej jednak ściągnęłam sobie kilka wywiadów i innego rodzaju dwudziestominutowych wypowiedzi, wiecie… Zużyłam także trzy czwarte tuszu w mojej drukarce na wydrukowanie 53-stronicowego wywiadu z Playboya. Na miły Bóg! Wywiady w Playboyu są najlepsze na świecie! Są tak cudowne, że w połowie odechciewa mi się ich czytać, co – moim zdaniem – umieszcza je w tej samej kategorii co większość lektur szkolnych – wyjąwszy “Latarnika”, haha, taki humor z wieczora – i innych książek godnych przeczytania, bo umówmy się! Naprawdę dobrą książkę charakteryzuje to, że w pewnym momencie odechciewa ci się jej czytać. Bynajmniej tak wynika z mojego doświadczenia – to tak, żebym nie została zaraz zlinczowana przez stowarzyszenie zagorzałych wielbicielek niszowych pisarzy 🙂
W tym momencie zapomniałam co chciałam powiedzieć, a chciałam tylko napisać, że czytałam wywiad…
Aha!
I pewnego wieczora leżałam na łóżku, choć trzeba wiedzieć, że wieczór to w moim przypadku pojęcie względne, za oknem było jeszcze jasno, Matka Natura przygotowywała się do zachodu słońca… Leżałam i obserwowałam chmury, wiesz. To brzmi tak strasznie infantylnie, że wychodzę pewnie teraz na jakąś pseudoromantyczkę, która podziwia piękno przyrody, bo to takie “cool” ostatnimi czasy, NIE! Hm, odgapiłam tę sztuczkę od Yoko Ono, która na swoim, bodajże, majspejsie czy innej wesołej stronie internetowej powiedziała, że do rzeczy, które najbardziej i najczęściej lubi robić należy patrzenie na niebo ze swojego nowojorskiego apartamentu. Z TEGO nowojorskiego apartamentu. Z Dakoty.
Nawet jako tło na swoim profilu ma ustawione zdjęcie zrobione z okna, wiesz, te wszystkie budynki, drzewa…
Tak więc obserwowałam niebo tamtego wieczora, niczym Kopernik w wolnym czasie, i myślałam sobie, jakie to piękne i cudowne w swej prostocie!
Chmury najpierw są białymi puchami na błękitnym tle, potem lekko ciemnieją… Następnie robią się różowe, potem niebo z fioletu przeistacza się w otchłań granatu… Niesamowita technika relaksacyjna, muszę powiedzieć, no doprawdy!
Myślę sobie, że zadziwiające jest to, jak wiele dźwięków dziś znamy. Pomyślmy, ilu ludzi w historii ludzkości narodziło się, żyło i zmarło nie znając dźwięku lecącego samolotu, jadącego samochodu, karetki, straży pożarnej, policji… Nie znało szelestu foliowej reklamówki, pewnie nawet nie znało śpiewu niektórych ptaków… Nie będę dalej kontynuowała tej myśli, bo takie rozmyślania doprowadzają tylko do najbardziej bezsensownych wniosków, kiedy to człowiek dochodzi do smutnego stwierdzenia, że wszystko dzisiaj jest bezsensu, podczas, gdy wcale tak nie jest! Powiem jeszcze raz, jeżeli człowiek cały czas dąży do ulepszenia siebie, swojego otoczenia i nawet swojej sytacji materialnej, tak – odwieczny pociąg ku lepszemu – to dlaczego w pewnym momencie przystajemy i stwierdzamy, że to bez sensu? Że “kiedyś było lepiej, a teraz to…”? Myślę sobie, że to jakaś odwieczna ludzka cecha, która nie pozwala nam się cieszyć dniem dzisiejszym i z nieopisaną ekscytacją czekać na jutro, tylko rozważać dzień wczorajszy, przedwczorajszy i całą przeszłość, odkąd tylko sięgamy pamięcią. W końcu żyjemy na początku nowego stulecia, a każdy nowy rok – a co dopiero nowe stulecie! – to taki duży punkt, od którego zaczynamy wcielanie wszelakiego rodzaju zmian w życie. To tak jak z dietą i poniedziałkiem. Co dzisiaj jest?

Boże, nawet Paul McCartney śpiewał “I believe in yesterday”, tak? Srej! Żadne yesterday, pysiaki!

Tak, ciekawe spostrzeżenia naszły mnie na dzisiejszej lekcji biologii, muszę powiedzieć, kiedy to rozdzielam moją uwagą pomiędzy analizowanie wyglądu pani od biologii – nie wiem czemu, ale z pewnych względów lubię się na nią gapić i myśleć, czy ma dobrą długość spódnicy i czasem nie za dużo włosów na twarzy, bleh, koncentrowanie się na lekcji a słuchaniem piosenki dudniącej gdzieś w potylicznej części mojej głowy (Na dzisiaj: “Getting Better”, ‘I used to be cruel to my woman/I beat her/And kept her apart from the things that she loved’).
Mieliśmy coś o rozwoju dziecka i koncentrowaliśmy się szczególnie na okresie dziecięctwa (DZIECIĘCTWA, dy, zy, i, e…); że dziecko w tym okresie jest takie chłonne na naukę, poznawanie nowych rzeczy, najbliższego otoczenia i tym podobne.
Więc pomyślałam sobie o tym, że talentu muzycznego tak naprawdę nie dziedziczy się w genach… Chociaż naprawdę nie wiem, gdyż nie posiadłam wystarczającej wiedzy biologicznej, ale nie wydaje mi się, żeby w skomplikowanym ludzkim organiźmie istniała swojego rodzaju struna, która z biegiem czasu jest uaktywniona bożym palcem i oto zostajemy muzykami, ta-dam!
Wiesz, czytałam ostatnio taki wywiad z, hm, Seanem Lennonem, który był, muszę powiedzieć, dosyć żałosny, bo opowiadał jakie to wspomnienia zachował ze swojego pięcioletniego okresu dziecięctwa spędzonego ze swoim ojcem i on tam mówi, że… Że cały czas ma w głowie obraz jego grającego na pianinie bądź w studiu, bądź jego w kreskówce “Yellow Submarine”… Więc gdy on pamiętał, że jego ojciec cały czas grał na pianinie, to on też chciał tak robić, dlatego, że jego ojciec tak robił, a dzieci zawsze chcą być tacy jak swoi ojcowie, prawda, szczególnie chłopcy! Tak więc od najmłodszych lat garnął się do pianina i brzdąkał na gitarze i myślę sobie, że to właśnie takie wczesne muzyczne przygotowanie i swojego rodzaju obracanie się w takim, a nie innym otoczeniu świadczy o tym, czy ktoś zostaje muzykiem czy nie. A że dzieci znanych osób przemysłu muzycznego często zakładają swoje zespoły i też są sławne, to jest to bardziej kwestia znanego i wyrobionego nazwiska, a nawet marki, która często ma niestety niewiele do czynienia z faktycznym talentem muzycznym, a co dopiero z jakimkolwiek dziedziczeniem czegokolwiek, poza wspomnianym nazwiskiem.

P.S. Boże, widzieliście temat rozprawki rozszerzonej matury z angielskiego? No na miły Bóg!
P.S1. Kolega-Cieć mówi, że nie rozumie (DOPRAWDY NIE MOŻE POJĄĆ!) fenomenu zespołu The Beatles.
P.S2. Robię dwutygodniową przerwę od korzystania z komputera w jakimkolwiek, innym niż edukacyjnym, charakterze. Hiatus 🙂

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s