#259; Jak tam dzidzia?

Niewiarygodne jak seksistowski kształt ma zakończenie karnisza! No doprawdy, sprawdź sobie sama! Chociaż może tylko ja mam jakieś vintage karnisze, w co powątpiewam. Dochodzę do wniosku, że do wszelkiego rodzaju zakończeń najlepsza jest kobieta. Aha.
Apropos! Żyjemy w tak niesamowicie wyemancypowanym i równouprawnionym społeczeństwie, gdzie kobiety powszechnie i publicznie buntują się przeciwko przedmiotowemu traktowaniu i sprowadzaniu ich społeczno-obyczajowej roli do czysto kalkulacyjnej roli MNOŻENIA (się), ale, drogie panie, jak często w kontaktach ze zmaskulinizowanym patriarchatem zakładamy większe dekolty? Zakładamy nogę na nogę, wprawdzie nie w tak szalenie erotyczny sposób jak Sharon Stone w “Nagim Instynkcie”, ale zawsze…? Więc, proszę popatrzeć, pitu-pitu, a tajna broń jak znalas.

Wszelkie feministyczne pobudki dzisiejszego świata, gorąco podejmowane dyskusje, konwersacje i debaty umieściłabym w jednej beczce tuż obok problemów ochrony środowiska, zanieczyszczenia klimatu i wielu różnych problemów społeczności lokalnych, jako problemy “atamowe”, bo najczęstszą reakcją jest zdawkowe “a tam!”. Zrobimy smutną minę na jakimś niesamowicie interesującym odczycie czy wykładzie, złapiemy się z politowaniem za twarz, założymy ręce w ten charakterystyczny sposób, zrobimy podenerwowany-współczujący wyraz twarzy, a jak tylko skończy się dziennik w telewizorze czy jakikolwiek inny przekaz problemu, wybudzamy się z żałosnego letargu i pytamy męża czy nie zjadłby kiełbaski, bo “świeże kupiłam”.
(Na co mąż odpowiada: “Cicho, film oglądam”.)

Ja {oglądam teledysk “November Rain” na Forfantiwi}
Tata {udaje się na balkon, przy okazji luka co robię/co oglądam}: O, twój idol (w sensie Axl Rose}.
Ja: To nie jest mój idol {dziwnie się patrzę}.
Tata: No, twój to jest jeszcze całkiem dobry.

Ja: Dostałam dzisiaj esemesa, żebym poszła na eurowybory.
Mama: Od kogo?
Ja: No nie wiem, “Parlament UE” pisało.
Mama {ogląda “Na dobre i na złe”; ‘przyjmą nas w każdym szpitalu, teraz potrzebują anastezjologów’}
Ja: No, mama, idź na wyboryy…
Mama: Uspokój się, film oglądam.

Wczoraj z okazji dwudziestej rocznicy pierwszych prawie wolnych wyborów (bla bla, łapię się na tym, że znam informacje z paska na Tefałenie Dwadzieścia Cztery na pamięć) były te wielkie koncerty, gdzie polskie i nie tylko gwiazdy śpiewały swoje wielkie przeboje z okresu swojej świetności, czyli z lat osiemdziesiątych, czyli ze stanu wojennego.
Mój Boże, ile razy – na nasze szczęście lub nie – Markowski musiał śpiewał “Autobiografię” od tamtego czasu? A “Chcemy być sobą”? ‘Chcemy być zomo…’
Oglądałam wszystkich tych podstarzałych rockmanów z przerzedzonymi siwymi, ale wciąż obowiązkowo długimi włosami, w wysłużonym dżinsowym odzieniu, z głosem niekiedy odmawiającym posłuszeństwa…
Ja: Jezu, jakie to jest dla mnie śmieszne. Śmieszne i żałosne.
Tata: Co?
Ja: No, że oni już tacy starzy i w ogóle, a pali głupa, że dalej jest młody i ma długie siwe włosy i myśli, że jest fajny.
Tata {spogląda pogardliwie} A co ma nie być? A co młodzież teraz potrafi?

Koniec dyskusji.
The end.
Schluss.
FIN!

Moi rodzice mają niewyobrażalną cechę i umiejętność sprowadzania wszystkiego do jednego tematu. Przychodzę ze szkoły i mówię im, jak to pani na niemieckim mile połechtała moje nabrzmiałe ego (okej), a oni po zdawkowej odpowiedzi rozprawiają jaka to ja jestem leniwa, nie sprzątam w pokoju i “jakby ci się chciało to byś miała sześć zero”. Chyba w Totolotka.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s