#262; "Gorzej jak Andżelina Dżoli z chudą giczą na dywanie w Cannes!"

Człowiek to, jak wiadomo, psychicznie i anatomicznie bardzo skomplikowana konstrukcja.
Dość powiedziane, iż na pojęciu “człowiek” zbudowany jest cały, absolutnie cały świat, wszechświat, antymaterie, dzikie węże, thank you very much.

Odkąd na krótkiej przerwie w szkole tknęłam książkę Kingi Dunin “Zadyma” i “Czego chcecie ode mnie, Wysokie Obcasy?”, na określenie sił wyższych w pojęciu społeczno-obyczajowym lubię używać słowa “patriarchat”, choć do tej pory wyraziłabym swą myśl bezosobowo.
Apropos! Kinga Dunin jest około pięćdziesiątki; w swojej książce “Czego chcecie…” zamieściła dość znaczący cytat, który znajduje się nawet w mojej również świeżo odkrytej w domowych zasobach książce “Wielka Księga Złotych Myśli” na stronie sto siedemnastej: “Patriarchat ubiera kobiety w szpilki, żeby wydawało im się, że są wywyższone, ale jednocześnie, żeby nie podskakiwały”.*
Na potrzeby niniejszego wpisu, patriarchatem, czyli ową moją siłą wyższą, są media i wszelkie inne tak silnie oddziałujące na nas czynniki socjospołeczne. Wiesz, we wszystkich filmach kobiety sukcesu, w gazetach wyzwolone feministki śmiało kroczące Nowym Światem, kobiety na życiowych zakrętach idące z wiatrem i tego typu rzeczy. Wszystkie te radosne historyjki sprawiają, że kobiety czują się pewne siebie jako społeczność, a zarazem każda czuje się cudownie piękna i cudownie indywidualna, gdy zamaszystym krokiem wkracza do futurystycznego centrum handlowego, aby poprzymierzać służbowe garsonki w Van Graafie. Bo nie zapominajmy, że kobieta sukcesu pracuje w wielkim biurze, a w nocy imprezuje.
Uogólnienie.
To pewnie dlatego większość młodych kobiet/dziewcząt, czy to świeżo po studiach, czy to świeżo po szkole średniej, wiążą swoją rychłą przyszłość raczej z oszklonymi biurowcami aniżeli z działalnością na rzecz ochrony goryli w południowej Afryce.

Hm, jak zawsze przez zbyt obszerny wstęp zapomniałam meritum mojego wpisu, hmmmm…
Aha, no tak! Już wiem.

Wszyscy wokoło nam wmawiają, że jesteśmy zabiegani, czyż nie?
Spoglądamy na swój pusty kalendarz nawet w środku tygodnia, nie zauważamy żadnych spóźnionych lub goniących nas terminów, żadnych zaległych sprawdzianów, żadnych imienin cioci, błoga cisza i pustka! Po czym zapełniam puste miejsca tak absurdalnymi rzeczami jak “wywietrzyć pośćiel”, “wyprać czarny sweterek”, “kupić sobie rajstopy” i tym podobne. (Uogólniam tym razem na własnym przykładzie).
Nawet reklamy w telewizji! Najpierw reklamują chrupiącą panierkę na kurczaczkach w KFC gorąco zachęcając nas tym samym do pakowania w swoje żołądki niewyobrażalnych ilości modyfikowanego jedzenia i wspierania zachodnich koncernów, a z drugiej strony namawiają nas do wzmacniania swojej odporności i dostarczania organizmowi żywych kultur bakterii poprzez suplementy diety, witaminy, najnowsze technologie zawarte w jednej pigułce i tak dalej.
Trzeba pić Actimel, bo to najprostszy sposób, żeby w zaganianym życiu wzmocnić swoją odporność.
Trzeba jeść Activię, która naturalnie reguluje pracę jelit, bo po zjedzeniu dobrze opanierowanych kurczaczków w KFC, nie mamy czasu na spożywanie zdrowszych pokarmów, ale nie martwmy się – jogurt załatwi wszystkie nasze problemy – jogurt załagodzi wszystkie nasze bolączki.
We wszystkich reklamach typu “niewyraźnie dziś wyglądasz” wszyscy szarzy ludzie wkoło są zabiegani, ich płaszcze trzepocą na wietrze, teczki wypadają z rąk i autobusy odjeżdżają tuż przed nosem.

Doprawdy nie potrafię ogarnąć ani oczyma wyobraźni, ani też potęgą umysłu, dlaczego każdy tak bardzo chce, abyśmy się spieszyli.
Pewnie dlatego, żeby na weekend każdy odpoczywał, najlepiej za miastem, wspomagał małe przedsiębiorstwa gastronomiczne, napełniał wózki sklepowe, zapełniał garderoby i domowe biblioteczki nowościami z najwyższej półki.

Ooo, nie lubię mówić o takich oczywistych rzeczach, ale to wszystko gwoli wstępu…
Apropos! Apropos! Apropos!
Hm, dokładnie tak – nigdy (bądź zazwyczaj) nie zabieram głosu w dyskusjach o tym, jaka jest nasza dzisiejsza młodzież i o szkodliwym i otępiającym wpływie Photobloga i innych na zgłębianie horyzontalnych głębi własnego umysłu – bo o tym najczęściej podejmuje się dyskusje, czyż nie?
Nie zabieram też głosu w dyskusji dotyczącej szczenięcych związków i nastoletnich miłości okresu wczesno-gimnazjalnego/licealnego, bo, hm, nie mam co powiedzieć – to po pierwsze, a po drugie, w moim skromnym mniemaniu (nawet nie w wyobrażeniu) prawdziwa miłość musi być przypieczętowana jakimiś przeżyciami, wzlotami i upadkami, patrząc na naszych dziadków, rodziców, a nawet – jakie to urocze – sąsiadów z naprzeciwka. Spacerki na plaży, “tańce-przytulańce” i pocałunki w świetle Księżyca to przeżycia godne… No wiesz co? Dajże spokój!

Zawsze się cieszę weekendem, bo w weekend nikt ode mnie nic nie chce, nikt nie wymaga (ewentualnie tylko mama: “Ma mi być posprzątane jak przyjdę!”) i – o radości, iskro Bogów – nikt nie narzeka nad uchem! Jupi.
Jeszcze do nie dawna co sobotę rano chodziłam do kiosku i od pani, która mówiła do mnie per “kochanie” lub “koteczku” kupowałam Wyborczą, zanim podrożała i kosztuje dwa i pół złotego – o zgrozo! Nie wiedzieć czemu dokładnie pamiętam jeden taki zwykły-niezwykły dzień, kiedy już wracałam do domu, pokonywałam wiatr wzmagający się za wieżowcem i pomyślałam sobie: “Boże przenajświętszy. Przecież to są wszystko ludzie”. Myślałam sobie tak o tym całym strachu i obawie związanym z mniej lub bardziej odległym dorosłym życiem, studiami (chyba w odwrotnej kolejności) i tak dalej, że nie podołam, bla bla bla i pomyślałam sobie właśnie, że… to są wszystko ludzie. Że nie ja jedna będę świeżym naborem studentów, tak? Że nie ja jedna będę nową osobą w mieście, nowa na uczelni i tak dalej, tak? Będę kroplą w morzu studentów, którzy w moim stereotypowym wyobrażeniu mają ogolone pół głowy, dready, obfite okolczykowanie i inne. Pools of sorrow, waves of joy.
Nawet jeśli kiedyś przyjdzie mi pracować w zakładzie komunalnym, to myślę sobie, że od tego w końcu też muszą być ludzie i wiesz co? Wydaje mi się, że będę o niebo mniej zblazowana aniżeli bym miała pracować w szklanym wieżowcu, gdzie jedynym przejawem naturalnej przyrody jest sztuczny kwiatek w doniczce na szklanym biurku, nosząc szpilki z aligatora. Czerwone!

W z perspektywy czasu niesamowicie smutnym wywiadzie z ósmego grudnia 1980 roku, Lennon, który – jak się zdaje – skupił całe swoje życie i życiową filozofię wokół słowa “Imagine”, mówił, że powinno się wyobrażać sobie przyszłość w pozytywnym świetle. Że on i Yoko byli wczesnymi pionierami ruchu przewidywania pozytywnej przyszłości, którego to zwolennikami teraz są sportowcy, biznesmeni i inne osoby. Chodzi o to, aby podejmując się każdego nowego przedsięwzięcia, wyobrazić sobie siebie w pozytywnym świetle. Biegniemy na 600 metrów – wyobraźmy sobie, że mamy poniżej dwóch sekund (łał!). Przystępujemy do matury z matematyki – wyobraźmy sobie, że 15 punktów to istotnie realny cel.

Unia Europejska, strefa Schengen i inne powiązane aspekty wydają się być spełnieniem marzeń nieodżałowanego Lennona, który śpiewał “Imagine there’s no countries”, “a brotherhood of man” i te de.

W tym wywiadzie Lennon także jakby krytykuje George’a Orwella i jego książkę “1984” (Wielki Brat, te sprawy) za to, że usiłował przepowiadać negatywną przyszłość, zło i tym podobne. I chociaż na całe nieszczęście wizja Orwella się spełniła, to po części isotnie jest jeden zero dla Lennona, bo Unia Europejska i strefa Schengen to ziszczenie się snu “imagine there’s no countries”.

Pozytywne myślenie to główny motor wszystkich moich działań, tym bardziej, że raz w roku na wiosnę w pierwszym kwartale roku nawiedzają mnie jakieś straszliwe demony przypominając mi lub też informując mnie o rzeczach, po których jestem zdołowana, zmartwiona, przygnębiona i boję się zasnąć. W zeszłym roku były to egzorcyzmy, a w tym roku – koniec świata.
Przestałam wyobrażać sobie koniec świata odkąd posłuchałam tego wywiadu i doszłam do prostackiego wniosku, że bez sensu jest się dołować i zamartwiać tym, czego nawet nie jestem pewna, że nadejdzie! Lepiej cieszyć się małymi rzeczami, choćby tym, że pada deszcz lub że właśnie przestało, amen.

*P.S. Kinga Dunin ma dokładnie pięćdziesiąt pięć lat. 1954.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s