comment 0

#268; 1

O tak. Błogość.
Nawet nie poczułam szczególnego, głębokiego wydechu związanego z oficjalnym początkiem wakacji, gdyż moje personalne wakacje rozpoczęły się już jakieś dwa miesiące temu, tylko jakieś dziwne panie zwane nauczycielkami usiłowały mi je uprzykrzyć i zakłócić wymachując przed nosem rozporządzeniem ministra o obniżaniu sprawowania. Czym przepraszam?!
Chyba znów zacznę sobie odliczać kolejne dni wakacji, ażeby trochę bardziej unaocznić sobie upływający czas, bo, na miły Bóg, dasz wiarę, że ostatni raz w życiu miałam zakończenie roku w czerwcu? Następny raz w czerwcu będę ewentualnie prowadziła swoją małą pociechę odpieprzoną w miniaturkę garnituru i muchę lub w zwiewną sukieneczkę i białe, koronkowe podkolanóweczki. Ostatni raz pisałam sprawdzian z chemii? Z fizyki? Ostatni raz pani na woku dostarczała mi nowych utrapień? Ostatni raz beztrosko obiecywałam sobie, że za rok będę miała pasek? Niesamowite, upływający czas mnie przeraża. Albo nie, raczej zadziwia, o!

Tym samym myślę sobie, że, hm, nikt tak naprawdę chyba nie realizuje hasła bądź motta “żyj tak, jakby każdy dzień był twoim ostatnim”, “żyj tak, aby wszystkim zrobiło się smutno jak odejdziesz” i tak dalej. To pewnie jedno z moich idiotycznych stwierdzeń, które zostanie wyśmiane szybciej niż postawię kropkę na końcu tego zdania i na które sama za jakiś czas będę z niedowierzaniem i szyderczym uśmiechem kręcić głową, niemniej jednak bardzo chcę poznać taką osobę. Naprawdę. I dowiedzieć się co u niej słychać. Wiadomo że zawsze generalizuję na swoim przykładzie, ale naprawdę są osoby, które nie mają dołów? Upadków? Które mają same wzloty? Które z każdego dnia wyciskają maximum tak jak moja superoszczędna mama wyciska każdą cytrynę aż ze skórki nie zacznie spływać zwykły brud? To takie piękne słowa, prawda? Aby korzystać z każdego dnia, carpe diem, nic nie odkładać na później, nie czekać, nie użalać się, ale… Naprawdę??? Ostatni dzień może być cudowny i przeżyty bez chwili wytchnienia, może być też spędzony na usilnym wciskaniu własnej twarzy w poduszkę, prawda? Hm. Trudno jest sobie chyba wybrać motto życiowe, tak samo jak trudno odpowiedzieć automatycznie na pytanie “Jakimi słowami zaczynałaby się twoja autobiografia?” Gdyby ktoś zapytał się mnie o to teraz, w tym momencie, najpewniej odpowiedziałabym, że “Najbardziej lubiłam nosić czarną bieliznę”, ale nie określa to przecież całego mojego życia, moich przekonań, wierzeń i idei. Pierwsze zdanie nigdy się nie liczy.

Niedawno gdzieś mimochodem powiedziałam, że w zeszłym roku myślałam, że moja praca jest najgorsza na świecie, że to w ogóle wielkie nieszczęście i utrapienie, że każdego dnia musiałam się do tego zmuszać i silić na uśmiech (oczywiście przesadzam, mamo, nie czytaj tego!), a w tym roku dopiero zaczęła mi się ona podobać i tak dalej. Wczoraj jeszcze bardziej utwierdziłam się w tym przekonaniu, gdyż doszłam do wniosku, że przebywanie w grupie tak silnych, dorosłych i ustatkowanych kobiet jest niesamowicie, hm, inspirujące. Wszystkie z nich są matkami, większość nawet babciami, większość – za wyjątkiem jednej – narzeka na swoją wagę, wszystkie przeklinają w ten śmieszny sposób a’la Gośka z Lejdis – raczej Gośka z Lejdis przeklina a’la wszystkie kobiety tego kraju i nie przepuszczą żadnej okazji, żeby się napić, co nie oznacza oczywiście, że są alkoholiczkami, tym bardziej w miejscu pracy. Nie jestem pewna, czy udało mi się dokładnie oddać tę atmosferę i co sobie teraz myślisz, ale czułam się doprawdy niesamowicie siedząc niezauważona w ich towarzystwie (bo przecież nikt się jakiejś małolaty nie pyta, czy mi też polać, chociaż zostałam niemiłosiernie nafaszerowana tortem i różnymi wypiekami).
Zauważyłam też, że do moich zwykłych kompetencji jak mycie szklanek i wycieranie sztućców należy też, hm… po prostu muszę być miła. Muszę się udawać zainteresowaną i rozbawioną, gdy miłe panie w przelocie informują mnie o takich rzeczach jak: “ależ mi cieknie z nosa!” (na co ja myślę: “byle nie do zupy!”), “coś mnie drapie w gardło” (na co ja myślę: “chyba w gardle”), “ja nie wiem, ja już nic, kurwa, nie wiem”, “poprasowałam pościel w domu i leży już z tydzień na stole, no nie ma jej kto do szafy powsadzać!”, “chyba mi paznokcia źle dokleiła, bo dzisiaj byłam {ogląda swoje świeże tipsy z każdej strony}”, “ale mi nie smakuje ta kawa”, “brzuch mnie boli, jakieś wzdęcia mam czy, kurwa, co”. Ja oczywiście cały czas spoglądam z zaciekawieniem, uśmiecham się i mówię “yhym”.

Obejrzałam film “Vicky, Christina, Barcelona” i jest on jakoś dziwnie we mnie… zacietrzewiony.
Nie wstrząsnął mną przecież aż tak bardzo, nie poruszył, nie wzruszył, nie zaszokował. Nie dowiedziałam się z niego nic nowego; nie zburzył moich ideałów i przekonań, jednak jest w nim coś pięknego i interesującego, wiesz? Olson mówi, że ten film jest o miłości o tym, że ma ona różne oblicza i pewnie ten temat niepojętej miłości jest dla mnie tak nostalgiczny i wprawia mnie w ten dziwny, idiotyczny nostalgiczno-romantyczno-marzycielski nastrój, którego nie mogę z siebie WYPLENIĆ.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s