comment 0

#272; 55

Przez cały ten czas, między nocą a pracą i pracą a nocą, kiedy to nie siedziałam bezsensownie na internecie po części w ramach ochrony środowiska (po co siedzieć na komputerze w upalny, słoneczny, lipcowy dzień, skoro dobiegające z dworu głosy rozwrzeszczanych dzieci, skrzekot mew i huki śmieciarki zapraszają mnie do wyjścia z domu i wystawienia pucołowatej twarzy do słońca?) a po części w imię wypowiedzianej walki z bezsensowną rutyną, której symbolem stał się komputer, bazgroliłam w najlepsze i zapełniałam kolejne to strony mojego specjalnie kupionego na ten cel pamiętnika. Dosłownie siadałam rano i pisałam co mi przyszło do głowy. Robię tak, a bynajmniej myślę o tym w ten sposób, od momentu, kiedy przeczytałam tą w gruncie rzeczy nieciekawą biografię Boba Dylana (taką w czarnej okładce, z dużymi, szarymi literami układającymi się w zacny napis D Y L A N), kiedy to Dylan – a jestem przekonana, że już o tym mówiłam – na wielokrotnie zadawane pytanie o to, jak powstają jego teksty odpowiadał, że bardzo często idzie do kawiarni czy w jakieś inne tego klimatu miejsce i wypróżnia się. Nie czyta gazet, jak inni “tekściarze”, żeby się zainspirować (“O, zginął żołnierz w Afganistanie, napiszę o trudach wojny, to taki zajebisty temat”), tylko pisze to, co w jego głowie. W ten cudowny, literacki, metaforyczny (krócej: “dylanowski”) sposób przelewa na papier swój umysł i myśli uformowane w piękne, piękne, piękne, piękne teksty. Kiedyś w Vanity Fair był taki ciekawy artykuł Bob Dylan’s Mind czy tam What’s In Dylan’s Mind czy coś w ten deseń, on mówi o tym, co teraz myśli i wymienia rzeczy, które przychodzą mu do głowy. Wszystko jest nawet zilustrowane takim ciekawym ryunkiem, który jak nie trudno się domyślić przedstawia wnętrze jego głowy i wszystkie te rzeczy, o których mówi. To przybrane nazwisko musi mieć w sobie jakąś magię, bo teksty Jakoba Dylana są niemalże tak samo cudowne. Akustyczny charakter jego płyty i podobieństwo wszystkich kompozycji do siebie może wydać się nużący, ale jeśli potraktujemy to w kategorii, hm, poezji śpiewanej, to doświadczamy istnej muzycznej ekstazy.

“This End of the Telescope”
Vocals, Guitar and Bass by Jakob Dylan

I WAS BORN IN THE SUMMER OF SAM
SMALLER AND SOONER THAN PLANNED
IN THE SPITTING IMAGE OF MAN
RAISED BY WOLVES ON THE FAT OF LAND
CLEAR OF ROMANCE BEAUTY AND DAMNED
TOMORROW WILL COME IF SHE CAN
JUST WANT A WOMAN WHO CAN WALK ON A WIRE
WITH A TREMBLING GLASS IN HER HAND
OVER THE HILLTOPS THE FIRE ENGINE ROLLS
DOWN THE VALLEY DEEPER STILL IT GOES
GOT MY WEAPONS OUT LAYING LOW
ON THIS END OF THE TELESCOPE

ALONE YOU RAMBLE THE WHOLE OF THE WORLD
THROUGH BLACK WATER JUNGLES FOR BLISS
IT’S FEAST OR FAMINE YOU EAT WHAT YOU KILL
THERE’S NO NEED TO BRING GOD INTO THIS
MY HEART IS HEAVY AND PRESSED TO THE BONE
SOME PEOPLE TOO HEAVY TO HOLD
SALUTATIONS TAKE ME AS I AM
YOU CAN HAVE ME OR LEAVE ME ALONE
SUN KISSED LEMONS IN A GRAVE BELOW
HERE IN DEATH YOU SEE NEW ADVENTURES GROW
I SEE YOU AT LAST BUT MOSTLY GHOSTS
ON THIS END OF THE TELESCOPE

CLOSER THAN EVER COVERED IN BIRDS
A BONE COLORED MOON FILLS THE WEST
THROATS WILL BE SLASHED AND FLAGS WILL UNFURL
AS TIME WILL DIVIDE US IN GANGS
YEARS OF PROGRESS DIGGING THE SAND
COMPANIONS WE MADE DIDN’T LAST
LOUSY LOVERS DO WELL WITH THEIR HANDS
BUT I’LL REACH YOU LIKE NOBODY CAN
SLOW AND EASY YOU LET YOUR PADDLE GO
DOWN AT THE BOTTOM THERE IS MORE HELL TO ROW
I SEE CLEAR AT LAST I LOVE I LOATHE
ON THIS END OF THE TELESCOPE


No, w każdym razie bazgroliłam sobie tak w moim kilkakrotnie już reaktywowanym pamiętniku, gdzie na przykład pisałam sobie pseudorecenzje przeczytanych książek, tworzyłam długachne listy ulubionych piosenek; jedna ma około 100 pozycji i robiłam nieudolne rysunki ludzkich głów. Pewnego razu zastanawiałam się… Jak to jest… Z tym całym tworzeniem, pisaniem, wierszy, tekstów czegokolwiek. Intryguje mnie ta kwestia od mniej więcej roku, bo najpierew byłam (i nadal jestem) pod wrażeniem Dylana i jego tekstów, a potem płynnym ruchem, ani się obejrzałam!, a już byłam pod urokiem duetu autorskiego Lennon/McCartney. Najbardziej nie mogłam się nadziwić lekkości, z jaką wszystkie piosenki powstawały, wiesz, chociaż w ich wczesnej twórczości teksty nie były tak znaczące, ewentualnie ich twórczość schyłku działalności jako zespół, a już najbardziej solo. Celowo użyłam pojęcia “duet autorski”, bo to właśnie przez Lennona i McCartneya powstał …inny duet autorski, mianowicie Jagger/Richards. Więc zastanawia mnie, jak to jest i dochodzę do wręcz oczywistego i nasuwającego się wniosku, że każdy jego zdolny i skłonny! Każdy ma ukryty, drzemiący talent autorski albo to instrument tak cudownie cię inspiruje. Nigdy szczególnie nie przepadałam za zespołem The Rolling Stones i nie przepadam chociaż przeczytałam trzy książki na ich temat i zanurzyłam koniuszek palca w basenie z ich kompozycjami i muszę powiedzieć, że ich piosenki, które znam, mogę policzyć na palcach jednej ręki. Wprost niewiarygodne jest to, że nagle Mick Jagger, który jako przykładny uczeń i wzorowy synek, jak to ujął, “trochę podśpiewywał”, i Keith Richards, który grał na gitarze zaczęli pisać wcale znośne piosenki, dlatego, że ich światły menadżer był pod wrażeniem sukcesu Beatlesów i przekonał ich, że oni też potrafią tworzyć. Więc może sekret tkwi w tej osobie, tutaj pod postacią menadżera zespołu, który węsząc potok napływającej gotówki i komercyjnego sukcesu nakłoni cię do pisania tudzież po prostu wyjęcia twojej pracy z ciepłego dna szuflady? MOTYWACJA, może o to chodzi?
Tak samo zastanawiam się na przykładzie Michaela Jacksona, który przecież znakomitą część swoich utworów pisał sam. Skoro wiemy, że Michael Jackson to cudowne i cudownie utalentowane dziecko nie tylko dotknięte lecz wręcz rażone bożym paluszkiem, które zachwycało zarówno białą jak i czarną publiczność swoją charyzmą i nienaturalnym jak na kilkuletniego malca charyzmą, to skąd u niego objawił się nagle w nastoletnim wieku talent do pisania piosenek?
Albo może co, każdy obdarzony ciekawym głosem, czyli każdy ten, który śpiewa, ma talent pisarski?
Z drugiej strony są przecież też ludzie, którzy tylko piszą piosenki tworząc pewien katalog, z którego to potem wybierają wytwórnie promujące swoje nowe gwiazdy…
Zadziwiające, niemniej i tak będę głęboko wierzyła w to, że każdy potrafi tworzyć. Trzeba chcieć i trzeba próbować, pamiętając, że ze swojej nieumiejętności rymowania lub dobrania odpowiednio górnolotnych słów można uczynić atut i, hm, znak rozpoznawczy.

Począwszy od lat pięćdziesiątych zeszłego stulecia, każda kolejna dekada przynosiła nową modę, muzykę i nawyki, przy czym każda wydawała się bardziej interesująca i frywolniejsza od poprzedniej. Dlaczego, wobec tego, ostatnia taka dekada to lata dziewięćdziesiąte? Czyżby pomysły się wyczerpały? Ambicje usnęły? Najwyraźniej, ciężko mi dostrzec piękno w charakterystycznych rzeczach nowej dekady nowego stulecia głównie ze względu na to, że żyję w tej kulturze i każdego dnia uważam ją za tak samo żałosną, jeśli chodzi o muzykę.
Jestem zdania, że technologia zabiła ducha muzyki.
O ile stworzyła nowe horyzonty, jeśli chodzi o promowanie muzyki, przekazywanie jej i organizowanie koncertów, tak najzwyczajniej brutalnie ukatrupiła jej ducha. Esencję, ekstrakt, wywar.
Dzisiaj najwięcej czasu spędzamy korzystając z popularnych zdobyczy technologicznych, czy to jest komputer/internet, czy też po prostu telewizor, czy też inne rzeczy typu konsole do gier i tym podobne. Biorąc pod uwagę jak bardzo wciągające, a wręcz uzależniające są te rzeczy, ludzie nie mają już czasu na myślenie, odpoczynek, wyciszenie i refleksje, w związku z czym nie powstają już takie fantastyczne teksty, bo brakuje inspiracji. Wyobrażam sobie, że kiedyś ludzie czerpali inspirację głównie z przebywania w takim a nie innym środowisku czy społeczeństwie; wyobrażam sobie wielodzietne rodziny i szczęśliwe dzieciństwa bez pozorów w cięższych czasach, a co najważniejsze wśród tego wszystkiego, ludzie gromadzili się przy wysłużonym kuchennym stole z ceratą i rozmawiali ze sobą. Mam jakieś takie wyobrażenie wielodzietnej rodziny z amerykańskiej prowincji, która jaka skromne, acz zawsze wspólne posiłki, wspólnie muzykuje i razem spędza czas. Życie innych ludzi, ich doświadczenia, ich zdania opinie i doświadczenia są najbardziej interesujące i inspirujące. To bez sensu, że zawsze tego typu przemyślenia sprowadzają się do boleśnie uogólniających teorii typu “a, ludzie dzisiaj to tamto-sramto”, “a, bo młodzież dzisiaj”, powiedziała I. zalogowawszy się na Photoblog.pl. Uogólnienia są złe, złe, bardzo złe i wcale nie myślę sobie, że ludzie stają się analfabetami i nie można zwalać całej winy na komputer. Komputer to tylko urządzenie, które nijak się ma do człowieka i jego umysłu. Fuj! Nie powinni nawet występować w tym samym teatrze, w tym samym zdaniu!
Wydaje mi się, że na dzień dzisiejszy prawdziwa muzyka to jazz, rap, blues i im podobne, w każdym razie, tak jak powiedziałam i czego próbuję tutaj cały czas dowieść, technologia, a co za tym idzie komercja, sprawiły, że muzyka nie znaczy dla ludzi tyle samo co kiedyś, nie łączy się z ideologiami i nie towarzyszy (ba, nie powoduje!) przemianom społecznym.
Cóż, oddajmy się błogiej rozkoszy płynącej ze słuchania… hmm, Pink Floyd – Comfortably Numb.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s