#278

Moja mama mówi, że Stacha jej powiedziała, że w momencie, gdy odczuwasz pragnienie i w związku z tym sięgasz po coś do picia, to już w tym właśnie momencie jesteś odwodniona. Oczywiście nie w takim sensie, że zaraz znajdziesz się na pogotowiu, a niemiła pani ze służby zdrowia będzie na ciebie łypała wrogim wzrokiem, ale poziom wody w twoim organizmie jest jakkolwiek niższy aniżeli powinien być, tak?

*

Z racji tego, że obok mojego zacnego nazwiska piszę od tego brand new roku szkolnego “trzecia a”, nabrałam już sporej perspektywy i to nie tylko jeśli chodzi o ubiegłe lata spędzone w tej mojej wciąż jeszcze obecnej szkole, ale także o mój cały dotychczasowy proces edukacyjny realizowany w różnych placówkach, czyli w zasadzie moje całe dotychczasowe życie…
Zauważam jeden dość znaczący pozytyw; w liceum przewartościowano moje wartości. Na nowo zdefiniowano pewne pojęcia. Zmieniono poglądy. Dano do myślenia.

Osobą, którą na pewno zapamiętam będzie ksiądz, który uczy nas drugi i ostatni rok i który przede wszystkim zmienił kompletnie moje zdanie na temat eutanazji. Pamiętam jak na tamtej pamiętnej katechezie wykrzykiwałam bezsensownie podniosłe hasła typu “Jaka faza, ksiądz zmienił moje życie, łaaa!”, ale po chwili refleksji doszłam do wniosku, że to naprawdę fantastyczne. Jeśli chodzi o temat (problem?) eutanazji i moje ustosunkowanie się do niego, to miałam zdanie wyrobione czysto na podstawie dzienników informacyjnych. To znaczy, usłyszałam w “Faktach”, “Wiadomościach” czy gdziekolwiek indziej o zrozpaczonym rodzicu, który prosił władze o pozwolenie na uśmiercenie swojego dziecka, bo leży w śpiączce od ponad dwudziestu lat i przez cały ten czas nie było ani cienia nadziei na chociażby poprawę jej stanu, co dopiero wybudzeniu, więc ja natychmiast, przeżuwając kanapki z pomidorami z dużą ilością przypraw, wypaliłam, jakie to jest bez sensu, tylko problem i tak dalej.
Pewnego dnia, już nie pamiętam przy jakiej okazji, wspominaliśmy na religii coś o eutanazji, wygłosiliśmy – my, młodzież – nasz arcymądry osąd, że to tylko problem, troski i utrapienie dla rodzica czy też opiekuna, na co ksiądz wygłosił swoje zdanie, które z pewnością równało się ze stanowiskiem kościoła. Ksiądz ten łamie wszelkie stereotypy papuśnego księdza, który grozi palcem na samo słowo ‘antykoncepcja’, nie tylko jeśli chodzi o jego ubiór i gadżeciarskie zegarki, ale też po prostu podejściem do młodzieży. Gdy rozochocona młodzież na ostatniej godzinie żywo o czymś między sobą dyskutuje, on stoi z ciepłym wyrazem twarzy i po prostu się im przysłuchuje czy też nie, może po prostu się na nich patrzy. O tej eutanazji powiedział, że czytał kiedyś książkę o kobiecie, która długie lata przebywała w śpiączce po ciężkim wypadku i jej rodzice też myśleli o eutanazji, ale nagle ona się cudownie wybudziła, wróciła do pełni zdrowia i sił i postanowiła napisać książkę o swoich przeżyciach. Mówiła, że będąc w śpiączce, leżąc bezwładnie na łóżku dokładnie słyszała i zdawała sobie sprawę ze wszystkiego co działo się wokół. Słyszała też lament jej rodziców i ich rozmowy z lekarzami, wiedziała, że oni chcą ją ot tak, po prostu odłączyć od aparatury, ZABIĆ ją, ale nie mogła nic zrobić… Nie mogła nawet mrugnąć czy poruszyć palcem… Nie była w stanie dać żadnego znaku, aby pokazać, że ona żyje, że nadal ma nadzieję i że cały czas gorliwie się modli, aby Bóg nie pozwolił jej umrzeć…
Prawdziwe refleksje dopadły mnie w niedługi czas po tej lekcji i doszłam do wniosku, że właśnie dzięki takim osobom kościołowi wcale nie grozi klęska i śmierć naturalna poprzez swoje konserwatywne poglądy w tak niesamowicie kosmopolitycznym i liberalnym współczesnym społeczeństwie, jak utrzymują pesymistyczni sceptycy religijni. Kościół musiałby co najwyżej na nowo zdefiniować niektóre pojęcia, ale – co najważniejsze – potrzebni są właśnie takie osoby jak nasz ksiądz. I chociaż muszę to przyznać, że nie zawsze biorę czynny udział w katechezie, to staram się zachować w miarę światły rozum, aby zrozumieć kościół w czysto poznawczym sensie, chociażby po to, aby mój przyszły ślub nie był istnym festiwalem hipokryzji.

*

Ostatnio na podstawie najświeższych rozmyślań, ukułam pojęcie ‘patchwork osobowości’, które oznacza to, iż każdy z nas ma w sobie cząstkę innego człowieka. Nie bez przyczyny w końcu mój pulpit zdobiły kiedyś słowa Chucka Palahniucka “Nothing of me is original. I am the combined effort of anybody I’ve ever known.”
Osobiście podpisuję się pod tym obiema rękoma, bo każda kiedyś spotkana osoba, którą uznasz za wartościową i interesującą wywiera na ciebie jakiś wpływ, dzieli się z tobą interesującą wiedzą czy doświadczeniami i jego/jej słowa pozostają w twojej głowie, odbijając się głuchym echem w przeróżnych sytuacjach.
Nie chodzi wcale tylko o duchownych i ich ewentualny wpływ na twoje życie, ale ogólnie, wszystkie osoby, które w jakikolwiek sposób ciepło wspominasz. I tak do takich osób mogą należeć rodzice, członkowie rodzice, na przykład babcia, która przeżyła obydwie wojny, wujek, który się cztery razy rozwodził, ciocia, która urodziła dziesiątkę dzieci, znajomy, który rzucił swoje idealnie poukładane życie i poświecił się pasji wędkarstwa na Mazurach, chłopiec, który urodził się bez rąk i bez nóg, ksiądz, Lech Wałęsa…

*

Kurczę, nie wiem, ostatnio obudził się we mnie jakiś instynkt macierzyński czy coś w tym rodzaju, bo nie tylko uważam każde jedno dziecko za niesamowicie słodkie, to jeszcze w ten dziwny sposób rozczula mnie widok młodej mamy (czy tam kogokolwiek) z wózkiem… Czytam sobie z tej okazji forum Dobramama.pl, gdzie, jak to zwykle na forach bywa, są sympatyczne wpisy pokroju: “Miesiączkę dostałam w czwartek, dziś kochaliśmy się z mężem bez zabezpieczenia, aczkolwiek z finałem na brzuchu i tak poleżeliśmy kilka minut, ja zapomniałam, że się nie powycierałam i podotykałam się w miejsca intymne”, “O co chodzi z tym nacinaniem?”, “Masaż szyjki macicy kurewsko boli!”, “Poród naturalny jest piękny, ja czuję się kobietą, że urodziłam naturalnie, jestem dumna z siebie”, “Rano mi trochę wody odeszły, ale czułam się dobrze, więc nie wzywaliśmy karetki tylko mąż mnie zawiózł. Już w samochodzie czułam główkę, a nim dojechaliśmy do szpitala to miałam 9-centymetrowe rozwarcie i czarne włoski było widać”… I tym podobne.

*

Relax, this won’t hurt you
Before I put it in
Close your eyes and count to ten
Don’t cry, I won’t convert you
There’s no need to dismay
Close your eyes and drift away

Demerol, Demerol
Oh God, he’s taking Demerol

He’s tried hard to convince her
To be over what he had
Today he wants it twice as bad
Don’t cry, I won’t resent you
Yesterday you had his trust
Today he’s taking twice as much

Demerol, Demerol…

To wręcz zadziwiające, że niektórzy sądzą, iż Michael Jackson w 1997 w piosence “Morphine” przewidział własną śmierć. “Demerol, Demerol”… A tam, przewidział! Tak czy inaczej sportretował swoje niepojęte uzależnienie, dżizaz… Tak czy inaczej wciąż czekam na cudowną książkę typu “Kto zabił Michaela Jacksona”, która będzie wydana w twardej okładce z ładnym zdjęciem, a na kolorowych wkładkach w środku będą dokumenty z autopsji i wyniki toksykologiczne… Aaah… Potem niedwuznacznie wskażą osobę winną jego śmierci, tekst zilustrowany tymi amerykańskimi rysunkami z sali sądowej. Demerol, Demerol.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s