comment 1

#293; Merry xmas from Poland

O, właśnie przeczytałam news, że kobieta, która wcześniej trzy razy poroniła i której powiedziano, że już nigdy nie będzie mogła mieć dzieci urodziła siedząc na toalecie nie wiedząc, że jest w ciąży.

Książki zawsze mnie inspirują w ten sposób, że zaczynając czytać cokolwiek zaczynam intensywnie i mimo woli rozmyślać o czymś zupełnie innym, nie związanym z istotą książki. Po prostu; wyrazy przepływające przed moimi oczyma działają napędzająco na mój umysł, tak więc dzisiaj w kontekście książki “Granica”, której początek – czyli ta część, nad którą się jeszcze zastanawiam, okazał się przyjemnie interesujący, myślałam o tym, czy i jak bardzo szkoła zabija geniuszy i wyplenia wiarę we własne możliwości i logiczne myślenie. No bo mieliśmy na przykład ostatnio z geografii głupią kartkówkę z rolnictwa, a ja byłam obklejona ściągami i wielce zadowolona, bo wypisałam sobie milion państw i jakichś różnych bzdetnych czynników, a gdyby padło pytanie “Co to jest rolnictwo?” to z początku nie wiedziałabym co napisać, bo nie ma tego na ściądze, potem próbowałabym coś wymyślić i przypomnieć sobie, czy widziałam to gdzieś w podręczniku, następnie porozglądałabym się po klasie, po ich skupionych, zakłopotanych twarzach i niechlujnych przedziałkach, w końcu pan by zebrał kartki, a w rezultacie uzyskałabym jakieś marne pół punkta za podjęcie próby logicznego myślenia. A przecież każdy wie co to jest rolnictwo, nawet ma pewne rolnika w rodzinie, przecież w tym kraju i na świecie generalnie to takie powszechne.
Nie potrafisz ukuć żadnej definicji, dlatego, że w tym właśnie kontekście nie przychodzą mi do głowy jakieś arcymądre słowa typu “uwarunkowanie”, “specyfika” czy coś takiego. Powiem to po raz wtóry, iż nie chcę dołączyć do grona sfrustrowanej młodzieży i żywo wtórującym jej rodzicom, którzy biadolą jaka to polska szkoła jest beznadziejna i uboga we wszystkich kontekstach, niemniej sądzę, że deklaracja samodzielnego kształcenia dzieci w domu jest jak najbardziej odpowiedni.
O, pamiętam nawet kiedyś coś takiego w Wyborczej; na kanapie, w zwykłym urządzonym na jakże popularny żółty kolor pokoju siedziała na zwyczajnej, lekko wysłużonej kanapie czteroosobowa rodzina ubrana w śmieszne swetry – aczkolwiek nie tak “epickie” jak te Marka Darcy’ego z “Dziennik Bridget Jones” – sfotografowana w zwykłej codziennej sytuacji, bez zbędnej pozy i strojenia się do zdjęć. W artykule i załączonym wywiadzie mówili o tym, że zdecydowali się uczyć swoje dzieci w domu, gdyż wzmocni to ich więzi rodzinne, a także pozbawi dzieci bezsensownych kompleksów typu “Mamo, kup mi nowy telefon, bo Aśka też ma”. Całkiem dobry pomysł, czyż nie? Pod warunkiem, oczywiście, że masz jakieś doświadczenie pedagogiczne, bo to dość ryzykowne być nauczycielem swojego dziecka, jeśli jesteś (i, jakby się wydawało, zawsze byłaś) gospodynią domową, nazywaj to jak chcesz, a twoje najstarsze dziecko jest starsze niż ty, kiedy je urodziłaś. Oczywiście, wpadając na taki cudowny pomysł trzeba napisać masę pism do szkół i pewne różnych Ministerstw Oświaty i innych placówek, a także zderzyć się ze znajomymi psiapsiółkami, które w swoim konserwatyzmie będą świdrowały się wytuszowanym okiem znad filiżanki herbaty przy najbliższym spotkaniu-pogaduszkach, z rodzicami, a nawet panią z sekretariatu szkoły, do której twoja pociecha nie uczęszcza. Głupia odmiana pozornego społecznego wyklęcia, całkiem jak nastoletnie ciąże.
Home schooling – jak trafi mi się taki temat na maturze rozszerzonej z angielskiego to opowiem właśnie o tej rodzince na tej kanapie w tym żółtym pokoju i pozwolę sobie nawet w mojej wyobraźni przyodziać ojca rodziny w sweter Marka Darcy’ego! Już nawet niech ma na imię Marek!

Szkoda, że nie znam jakiegoś konkretnego przykładu na to, że szkoła zabiła w kimś geniusz, zanim miał on się ochotę i okazję rozwinąć albo chociaż zanim młodzieniec osiągnął magiczną granicę 12 lat, kiedy to się odstawia pierwsze pyskówki.
Chociaż “geniusz” to może za poważne słowo, ale wyobrażam sobie, że ktoś ma unikalny talent tworzenia postaci z drutu miedzianego czy też ktoś jest dobrym fristajlowcem (faka maka fo), ale w szkole będzie tylko raz po raz zbesztany za to, że śmiał się ze słowa “kutasy” w Panu Tadeuszu, zamiast zachwycać się nad geniuszem trzynastozgłoskowca.
O właśnie, kim jest dzisiaj geniusz? To jakieś kolejne pytanie rzucone w czasoprzestrzeń i pozostawione bez odpowiedzi, które łączy się z pytaniem o sztukę. Kiedyś zrobię sobie bardzo dokładny katalog takich pytań i będę się modliła, marzyła i fantazjowała, że kiedyś spotkam osobę, która odpowie mi na te pytania, powie coś, co mnie zatka, chociażby wierszyk czy też ten fristajl, a przy okazji będzie w sobie łączył cechy Ashtona Kutchera, Colina [jak on tam się nazywał, ten słitas z “Bridget Jones”, na pewno nie Farrella] i takiego jednego z Dargobądzia 🙂 BĄDZA!

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

1 Comment so far

  1. Powiem szczerze (choć nieskromnie), że we mnie szkoła geniusz zabiła. Jak nic!

    Taki jeden z Dargobądza :)))))))

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s