comment 1

#301

W nader natężonej zimowej scenerii ostatnich dni łatwo wyróżnić dżentelmena w otaczającej szarzyźnie, nieprawda? Dżentelmen to ten, który zatrzyma się nawet kilka kroków przed tobą i poczeka, aż wyjdziesz z jednokierunkowego pasu ruchu wyznaczonego przez panią/pana odśnieżającego, aby nie skazywać cię na przedzieranie się przez zlodowaciałe zaspy i zasepki.

Dopadła mnie znowu specyficzna ironia losu, bo znowu – jak zawsze – jestem chora we wszelkie święta, ferie, weekendy. Oczywiście, że to przypieczętowuje moją pilność i zorganizowane na co dzień, niemniej każdemu należy się zwolnienie lekarskie, nawet szyte grubymi nićmi.

Aha, mój feryjny (feriowy?) wyjazd jak co roku się nie odbywa, choć powinien, więc spędzam dni w pustym domu starając się możliwie urozmaicić czas. I tak wertuję przestarzałe żurnale i ubrania w mojej szafie, staram się je wietrzyć, czyścić, prać, prasować, potem układać kolorystyczne lub pod względem pór roku czy też materiału – segregacja to niesamowicie relaksujące zajęcie, całkiem jak to niżej wspomniane pranie ręczne, co z reguły jest następstwem. Słucham nowych, nieznanych piosenek i zakochuję się w coraz to nowych artystach, jak np. dzisiaj w Ninie Simone. Doorsi mnie nie zachwycili, chociaż przeczytałam całą arcyciekawie napisaną książkę o ich frontmenie, ale myślę, że zadziałał tu ten sam mechanizm jak w przypadku Marka Hłaski. Już wiesz, dlaczego raczej nie zainteresują mnie bitnicy, Doorsi i Hłasko.

Co bardziej natycha, dźwięk pianina czy cisza?
Innymi słowy, co bardziej wzmaga wyobraźnię i pobudza myślenie?
Ostatnio przyszła mi do głowy myśl, która do wszystkiego pasowała i wszystko się zgadzało: wyobraźnia zawsze odwiedza te same, znajome tereny. Nie da się chyba wyłączyć tej półkuli mózgu odpowiedzialnej za myślenie, kojarzenie i widzenie pewnych obrazów. Tak samo nie można czytać książki bez wyobrażania sobie jej akcji, wizualizacji bohaterów i ich perypetii. Otóż co mnie uderzyło to to, że zawsze podświadomie w mojej wyobraźni są te same miejsca.
Czytałam czwartą część Harry’ego Pottera – “Harry Potter i Czara Ognia” – gdzie na początku jest mowa o tej małej wiosce, gdzie popełniono tajemnicze i nikczemne morderstwo na tej rodzinie i podejrzany był stary ogrodnik, który to był jakimś wojennym weteranem, zdziwaczałym samotnikiem i mieszkał w jakiejś opuszczonej chatce. Opuszczoną chatką w mojej wyobraźni był dom mojej babci – co oczywiście nie znaczy, że moja babcia mieszka w ruderze. Jego stara kuchnia – kuchnią mojej babci, o czym być może przesądził fakt, że w filmie scena śmierci tego starucha pokazana jest poprzez gwiżdżący czajnik, którego nikt nie wyłącza, a moja babcia zawsze wstawia wodę na herbatę jak przyjeżdżamy i patrząc się w okno, jedną ręką podpierając bok, czeka aż zagwiżdże.

Innym przykładem, który od razu przyszedł mi na myśl to jak czytałam biografię Janis Joplin i na początku, a jakżeby inaczej, opisana jest jej młodość – choć w dwudziestosiedmioletnim żywocie trudno rozróżnić dzieciństwo, młodość, a dorosłość – spędzana w suto zakrapianych obskurnych barach, pubach i lokalach, gdzie “różnych ludzi się spotykało i różne rzeczy robiło”. Wnętrze jednego z takich klubów z zapleczem muzycznym wyobrażam sobie miejsce, gdzie pracuje moja mama, chociaż faktyczne przeznaczenie obydwu miejsc ma mało wspólnego. Po prostu to wnętrze.

Kolejny przykład – “Ferdydurke”. Prześmiewcza scena ukutej intrygi, kiedy to dwóch kawalerów o tej samej porze przychodzi do niczego nie spodziewającej się dziewczyny wdzięcznym imieniem Zuta (które, nawiasem mówiąc, Word i edytor tekstu na blogspocie podkreśla jako błąd) w mojej wyobraźni kreuje się w …Porąbce, uroczej miejscowości, gdzie kiedyś byłam na “zielonej szkole” i spałyśmy wespół z dziewczętami z klasy w uroczym, bodajże, ośmioosobowym pokoju, który tak cudownie wyglądał w katalogu, a w rzeczywistości okazał się jedynie marną namiastką. Pokój miał żółte ściany, osiem jednakowych łóżek nakrytych czerwonym pledem w kratkę, identyczne szafki nocne i kilka dużych szaf, a z okna było widać wąską górską, wiejską drogę, przydrożny sklepik i góry, porośnięte lasem. Było to bodajże pierwsze piętro, może drugie i nie wiedzieć czemu, właśnie z tego okna Zuta od niechcenia witała swoich adoratorów i to właśnie pod tym oknem, na właśnie tej drodze, stał dziad z gałązką w ustach.
(Człowiek z liściem na głowie.)
Może to ma jakieś podwaliny w psychologii, że podświadomie wyobrażasz sobie coś w miejscach, gdzie byłeś, a może tylko ja tak mam.
Marzę, aby dowiedzieć się tego w walentynkowy wieczór od fascynata psychologii, w śmierdzącym tytoniem i ludzkim oddechem lokalu, przy dźwiękach Niny Simone. “Revolution”.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

1 Comment so far

  1. O, tak. Już kilka razy trzeba było na zaśnieżonej niemiłosiernie drodze przepuścić drugą osobę jako pierwszą. Jeżeli była to kobieta, to tym większa przyjemność. 🙂

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s