comment 0

#304; :*

Ludzi-
lubię obserwować i wdzierać się do wnętrza ich głów ogólnie, ale najbardziej fascynuje mnie swoboda prowadzenia niezobowiązujących konwersacji zwanymi pogaduszkami.
Z tego tytułu moje trzy ulubione grupy to ludzie w supermarkecie, najczęściej kasjerki, robotnicy (z prawdziwego zdarzenia; jak taki Krzychu co kładł kafelki na balkonie) i …moja babcia.
Pamiętam jak byli robotnicy i babcia po jednej – dosłownie jednej! – minucie rozmowy z dopiero co poznanym robotnikiem, a z resztą co to za poznanie, “dzień dobry”, bo jak się komuś pakujesz do domu to raczej, opowiada mu już o swojej chorobie, podwyżkach, zmarłym synu i innych, dosyć prywatnych niesnaskach rodzinnych. Istna paradoksów parada.
Ta spontaniczna i totalnie nieinteligencka łatwość rozmowy z przypadkową osobą – to, że nie zastanawiasz się rozpaczliwie co dana osoba sobie o tobie pomyśli… Jak przypuszczam, dokładnie to ostatnie decyduje o tym, że zdecydowanie wolę słuchać.

Sklep pod twoim domem. Panie kasjerki, pomimo nakazu noszenia jednakowego uniformu w charakterystycznym kolorze, eksponują złotą biżuterię zdobiącą różne fragmenty ciała. (Sądzę, że w pewnym wieku po prostu zaczynasz nosić złotą biżuterię.) Trwała i zostawiający smugi lakier do paznokci w żaden sposób nie korespondują z frotowymi skarpetami w drewnianych chodakach. Ten typ pań, który jedna do drugiej mówi “złotko”/”złociutka” lub “kochanie”/”kochana”.
Przy jednej kasie były aż trzy.
Jedna najwidoczniej już skończyła pracę i kupowała dużo mięsa i ziemniaki.
Druga, ta co ją kasowała, mówi: A co, ty już do domu? – powiedziała zawadiackim tonem przeciągając ostatnią sylabę w nieskończoność.
Ta pierwsza: No do domu, a co. A pewnie, pranie wstawię, kolację potem mężowi zrobię i już będę miała spokój, oczywiście, że tak – odparła całkiem rozochocona.
Trzecia stoi z boku i się leniwie przygląda, a druga mówi do niej: O, ale masz kolczyki…
Trzecia: No, a niedawno bym zgubiła. Mój powiedział, że już mi nic nigdy nie kupi
Pierwsza: A mój to…
W tym momencie rozległ się dziki dzwonek wzywający kierownika zmiany, żeby przekręcił kluczykiem w kasie. Na co dwie miłe panie, oprócz właściwej pani kasującej, stwierdziły, że już pójdą.

W pewnym momencie na swojego lubego po prostu zaczynasz mówić “mój”, co nie?

O, każdy zna to uczucie, kiedy musisz coś zrobić, a wszystko wydaje się bardziej interesujące niż ta konkretna czynność. W skrajnych przypadkach nawet ściana i jej pewne niedoskonałości, rysy i odpryśnięta farba wydają się być takie fascynujące i zwyciężają w bezprecedensowej konfrontacji z biologią czy jakąś matematyką. Gdyby nie to ono, wokół byłyby same orły… Sokoły… Herosy.
To właśnie samo uczucie towarzyszyło mi przez całe ferie, gdzie Manhattan Upper East Side skusił mnie bardziej niż moja maturalna prezentacja, na którą zapatruję się jako inauguracyjne przemówienie Baracka Obamy i tak też samo mam zamiar ją potraktować!

Znalazłam sobie jednak niezwyczajne usprawiedliwienie, dlaczego wieczorami nie analizuję jakiegoś bohatera, nie zastanawiam się nad pobudkami jego poczynań i nie zgłębiam otchłani jego osobowości. Spędzanie czasu z moją siostrą wydawało mi się o wiele ważniejsze i cenniejsze. Nawet jeśli planowałam sobie cudowne i równiutkie czternaście dni ze wstawaniem wraz z pierwszymi, mroźnymi strużkami światła i ukończenie prześladującej mnie prezentacji, to nawet to bezsensowne siedzenie na naszej-klasie i oglądanie najnowszych zdjęć starych znajomych około północy wydawało się tak cudownie błogie…
W ogóle za każdym razem jak moja siostra przyjeżdża do domu, a jest to średnio raz w miesiącu, to wydaje się być taka inna. To pewnie całkiem naturalna reakcja z mojej strony, nie widziałeś kogoś, kogo tak dobrze znasz dłuższy czas i nagle przypominasz sobie, że jej oczy marszczą się w ten zabawny sposób, gdy się śmieje.
Że wargi odchylają się o jakieś dwa centymetry.
Że włosy mają te jasne refleksy.
I że tych piegów jest aż tyle! I to w środku zimy!

Jakoś w tym tygodniu właśnie uświadomiłam sobie zmianę jaka zaszła w tym domu i być może też w moim życiu, odkąd moja siostra się, hm, wyprowadziła. Nie ma jej za ścianą i nie pójdziesz już spontanicznie zapytać się “Co u ciebie”. Nie możesz zanurkować w jej szafie, gdy rano piętnaście po siódmej nie masz co na siebie włożyć, bo wszystko okazuje się być w praniu albo po prostu wszystko wydaje się złe.
Nie pójdziesz do niej, gdy właśnie pokłóciłaś się z rodzicami bądź z jednym z nich.
Nie masz od kogo pożyczyć kosmetyków i poprosić, żeby ci “popsikała lakierem, ale nie dużo”.
Nie ma z kim wyjść na miasto, na spacer, z kim się pośmiać przy rodzinnym obiedzie i do kogo po prostu przyjść na pogawędkę.
Bo w końcu nie ma jak powylegiwać się na cudzej kanapie.
I chociaż czasem denerwuję się, że powraca niczym zaginiony pielgrzym wrzeszcząc, że nie ma jej szczoteczki do zębów czy też jej szamponu do włosów, to mimo wszystko lubię jak przyjeżdża tak bardzo, że nawet wychodzę po nią aż na peron!

Ech, no cóż – twoja siostra studiuje i bardziej rozumiesz “Stepy akermańskie”.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s