comment 0

#317

Poziom głodu jest wprost proporcjonalny do poziomu stresu.
Głód. Głód. Kojarzy się z Pajacykiem, wojną, Afryką i dziećmi w anegdotkach o Mariah Carey.

Im bardziej jestem zestresowana maturą, tym więcej jem w tym fajnym barku.
A zauważyłam to dzisiaj, kiedy to schodząc tam na dół nie miałam na nic ochoty i nie rzucałam się łapczywie na jedzenie tylko dlatego, że tam było. Zadowalając się tylko herbatą – bądź herbą, jak to się mówi w pewnych kręgach; przezabawne słowo – stwierdziłam, że w zasadzie nie jestem głodna, bo ten niemiecki mnie wcale tak nie zestresował.

Najdziwniejsze uczucie to to, kiedy nauczyłeś się czegoś na maturze.
W tym sensie, że na maturze z angielskiego w listeningu wpadło ci jakieś miłe słówko, którym później błysnąłeś w pracy pisemnej bądź też w sensie takim, że to, czego nie wiedziałeś na maturze, a dowiedziałeś się z przykładowo rozwiązanego arkusza na Interii, wedrze się w twoją pamięć na długie lata.

Ja osobiście żadnych tego typu przypadków nie odnotowałam, ale nauczyłam się, jak stres się ze mną obchodzi. A obchodzi się dość łagodnie, muszę powiedzieć.
Myślałam… Aha, dużo rzeczy sobie myślałam, o drugiej z nich będę musiała stworzyć nowy wywód.
Myślałam, że się nie stresuję, bo nie dostaję drgawek, paraliżu, nie oblewa mnie zimny pot, nie blednę i nie wypadają mi włosy garściami. Nie, nie stresuję się. Robi mi się tylko niewyobrażalnie gorąco, a wypieki przekraczają moje wyobrażenia o odcieniu czerwieni na mojej skórze. Mam też taką dziwną, na pozór zaskakującą, przypadłość. W stresie zaczynam dużo gadać, nawet do jakich osób których przecież tak dobrze nie znam, bo cóż to za znajomość, skoro widywałam tylko kogoś na szkolnym korytarzu bez dłuższego kontaktu wzrokowego? Normalnie zadowoliłabym się widokiem rozmawiających osób, wypełniając tylko przestrzeń, robiąc frekwencję, sztuczny tłum, wypełniając pustkę i bardziej uniemożliwiając przejście schodami, a tu proszę bardzo, w nastroju przed- i tużpomaturalnym trajkoczę jak najęta do przypadkowych osób wokoło. Podniecona i rozemocjonowana uspokajam się wtedy, gdy nasza groźna pani woźna syczy na mnie złowieszczo z końca korytarza.

Tak więc dzisiaj już o 15:15 siedziałam podekscytowana przed klasą i zastanawiałam się, kto będzie drugim egzaminatorem. Zobaczyłam nagle nieco zdezorientowaną blondynkę, która obcym wzrokiem patrzyła się na zgromadzonych uczniów i najwidoczniej zmuszona potrzebą zapytała, wskazując, czy to damska toaleta.
Tak, damska.
W minutę później, zorientowawszy się, że mam tylko cztery minuty (to save the world), udałam się do toalety, gdzie zorientowałam się, że to pani z innej szkoły i to na pewno ona jest tą drugą osobą!

Ta sytuacja damska toaleta/egzamin tuż-tuż przywołały moje wspomnienia z 2007 bodajże roku, kiedy na początku tegoż roku byłam w Warszawie na konkursie. Tam też czekała mnie część ustna, która miała dokładnie formę obecnej nowej matury, a ja wówczas myślałam, że to niesamowity trudny materiał do prezentacji. Pamiętam nawet bardzo dokładnie obrazek i pytania do niego, które – tutaj różnica – widziałam. Na obrazku była biała pani przymierzająca buty w sklepie sportowym otoczona gromadką czarnych dzieci. Nie wiem, czy i jakie rasa miała w tym kontekście znaczenie, ale nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek. Pod spodem było pytanie “Ist Einkaufen ein Genuß für dich. Warum? Warum nicht?” Powiedziałam, że nie wiem, co to znaczy ‘Genuß’, a miłe panie szybko pospieszyły mi z pomocą, mówiąc z zatroskanym, nieco pobłażliwym uśmiechem – “macht Spaß”.

Było to wszystko w Instytucie Goethego. Krótko mówiąc, było to dość nowocześnie urządzone miejsce, które sprawiało wrażenie bardzo czystego i schludnego, wręcz minimalistycznego. Na ścianach i sztalugach znajdowały się różne plakaty, wszędzie dostępne były ulotki. Za przeszkloną ścianą z żaluzjami znajdowała się czytelnia. Czasami się odwiedza takie miejsce, gdzie wszystko jest ładne i oczywiste, ale czasem strach z tego korzystać, prawda? Jak np., nie wiem, cukierki w poczekalni. Ten Instytut wydał mi się właśnie jednym z takich miejsc.
Na dole było cicho i spokojnie, chociaż ludzi zbierało się coraz więcej. Mniej lub bardziej odświętnie ubrane dzieci, niektórzy z bagażami, zatroskani rodzice i przejęci nauczyciele. Również dość śmieszny obrazek: dzieci stoją i zmęczonym wzrokiem tępo wpatrują się w przestrzeń, zmęczone najpewniej długą podróżą lub po prostu zimowym dniem, rodzice dumni i skupieni, prężący się w pewnych sytuacjach niczym lwy gotowe pożreć.
Szczególnie matki, które farbują sobie włosy na czarno, a zmarszczki odkalkowały im całe życie na twarzy. Trzymają się one kurczowo skórzanego płaszcza przewieszonego przez ramię. Drugą rękę czasem trzymają na ramieniu swojego potomka, podświadomie chcąc zaznaczyć ich pokrewieństwo i jego przynależność.
Wąskie korytarze pomiędzy salami wykładowymi wypełnione były zmęczonymi oczekiwaniem młodymi ludźmi w wieku od lat 14-16. Niektórzy siedzieli na podłodze zaścielając cały korytarz wyprostowanymi odnóżami, inni bez sensu czytali ulotki, jeszcze inni nerwowo przesuwali palcem po liście z godziną rozpoczęcia poszczególnych części konkursu. Chwilę przed postanowiłam się udać do toalety. Być może to jakaś analogia.
Tam też było dosyć dużo kobiet. Odczekałam swoje w kolejce do umycia rąk. Obok mnie stały dwie młode panie. Na oko powiedziałoby się 25-30 lat. Fajnie obcięte włosy. Ładny, nieoszpecający makijaż. Modnie dobrane ciuchy; warstwy – layering – pożądany zimą i jesienią (lub nawet majem jak się ostatnio przekonujemy), szarości, beże i fiolety.
W toalecie panuje taka atmosfera anonimowości. Takie mam przynajmniej odczucie. To oczywiste, że każda kobieta bezlitośnie obcina drugą, pożera wzrokiem, ale nikt nie mówi słowa, cicha walka hipokrytek. Obok znajdowało się duże lustro, gdzie młode pani udały się, aby dokonać ostatnich poprawek przed opuszczeniem pomieszczenia. Jedna wcierała w swoje blond włosy piankę bądź też inny specyfik sprawiający, że jej włosy były śmiesznie nastroszone. Była niską, dość krępą na pierwszy rzut oka blondynką. Takie osoby określamy chyba mianem “krągłe”. To ona. Druga miała długą grzywkę i cudownie ścieniowane, kasztanowe włosy przy twarzy. Poprawiała sobie makijaż i mówiła z otwartymi ustami. “A wiesz, że w maju chyba jedziemy nad jezioro?” “No coś ty, a ty pracę już napisałaś?” “No napisałam, tylko jeszcze ostatnie poprawki, ale nad jezioro mogę jechać!” Powiedziała z entuzjazmem część zdania po przecinku dokręcając tubkę z tuszem do rzęs.
Gdy w kilka minut później nadeszła moja kolej i weszłam do białej, wręcz ascetycznej sali, wyposażonej w rzutnik, tablicę, biurko, kilka krzeseł, szafę i – a jakże – plakat. W komisji ujrzałam te same osoby, które w toalecie przed chwilą rozmawiały o wyprawie nad jezioro. Które sobie poprawiały włosy i makijaż! Ten uśmiech na początku pozbawił mnie wszelkiego stresu i w sumie było nawet całkiem sympatycznie, mimo że to taka z pozoru arcypoważna sytuacja.
Tak więc dzisiaj na maturze myślałam, że znowu dojdzie do tego śmiesznego spotkania ja-egzaminator w toalecie, ale pani pośpiesznie opuściła toaletę, nie myjąc rąk.

P.S. Odkryłam przy okazji dlaczego te tosty nie są takie dobre jak na chacie. Bo nie są posmarowane masełkiem.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s