comment 0

#320

Wreszcie znowu czuję się jak ja w swojej własnej skórze!
Ostatnie cztery miesiące były jakby wyjęte z rzeczywistości.

Pierwsze trzy miesiące spędziłam w pracy i była to jakaś masakra.
Chyba można tak powiedzieć, bo nie przychodzi mi do głowy żaden pozytywny aspekt.
Pod koniec maja, kiedy mega paka paprykowych chipsów Lays była symbolem zaliczenia ostatniej ustnej matury i kiedy wiedziałam już, od kiedy zaczynam pracę, wyobrażałam sobie ją jako, hm, ciekawe doświadczenie, wyrażenie mojej miłości do mody. Jak zwykle lubię przesadzać i dlatego wyobrażałam sobie pewnie, że dzięki mnie ludzie będą się lepiej ubierać, a manekiny na wystawie sklepowej lepiej się prezentować. Miałam jakieś niewytłumaczalnie cudowne wyobrażenie o pracy w sklepie, bo na blogu Garance Dore naoglądałam się tych Francuzek pracujących w butiku Isabel Marant i myślałam sobie, że w tym jebniętym Big Starze na promenadzie będzie tak samo. Że ja będę ubierała szare dżersejowe spodnie i militarną kurtkę na podkoszulek Alexandra Wanga. Nic z tych rzeczy. Ta praca kazała mi obcować z prostymi, prymitywnymi ludźmi z południa Polski, koleżanką-współpracownicą, która okazała się być największą idiotką jaką do tej spory spotkałam, a myślałam, że bywały już większe, i słuchać sieczki puszczanej przez radio każdego dnia przez 10++ godzin. Te dwa plusy nie są tutaj pomyłką.
Byłam skazana na wysłuchiwanie wielce pouczających wykładów mojej współpracowniczki o tym, jak to, o już wiem! Rozdawali pewnego dnia darmowe coca cole na promenadzie i był to nawet zabawny widok, bo była to niedziela i wyfryzowane panie w swojej najlepszej garsonce popijały te colę w mini puszeczkach. Ja mówię – Ciekawe czemu oni tak rozdają te cole. Na co moja koleżanka odpowiada – To dlatego, że nikt już nie kupuje coca coli. Taka jest prawda! Teraz jak ktoś już kupuje to albo Hop Colę albo Pepsi. Ile razy ja widziałam?! Nikt nie bierze coli przecież.
Mój Boże.
Codziennie byłam raczona jej arcymądrymi wywodami dotyczącymi życia.
Boże, ona znała odpowiedź na każde pytanie, a ja myślałam, że tylko mój tata jest taki mądry. Każdą taką swoją teorię kwitowała tekstem “taka jest prawda”, jak jakąś magiczną formułkę.

Po skończonej pracy, po jej definitywnym zakończeniu, byłam zmęczona, zestresowana, wykończona, miałam przesuszoną skórę, oklapnięte włosy, skórę o bardzo bladym odcieniu, podkrążone oczy. Czułam się nawet lekko otępiała, pod tym względem, że ciężko mi było sklecić porządne zdanie, ponieważ przez całe dnie się praktycznie nie odzywałam, bo nie miałam po co i do kogo. Wraz z pierwszymi dniami września rozpoczęłam więc żmudne działania mające na celu przywrócenie pełnię sprawności intelektualnej. Od samego ranka czytałam w całości artykuły na Wyborczej, Tvn24, Huffington Post itd.

Praca ta pozostawiła po sobie niesmak, złe wspomnienia, jeden numer w komórce, który w zasadzie mam zamiar zachować. Moje wyobrażenia o pracy w sklepie zupełnie się nie sprawdziły. Myślę, myślę i nie wiem co było pozytywnego – ubrania nawet nie były superszałowe, a tych kilka prostych koszulek, na które się zdecydowałam, zdążyły się już rozciągnąć w praniu.

Ten przykry okres został na szczęście zwieńczony tak cudownym doświadczeniem, jakim bez dwóch zdań był obóz adaptacyjny w Zakopanem, który był lepszy niż się spodziewałam! Był niesamowity! Nigdy nie byłam w górach, nigdy nie byłam na żadnym takim wyjeździe, gdzie nie znałam nikogo, nawet organizatora, ani jednej osoby, do której by się przyczepić podczas przydzielania pokoi! Ruszyłam więc dzielnie w świat z zadartym czołem, próbując się “zaadaptować” do tego, co mnie przecież czeka. Więc odwagi!
Nie będę tutaj wszystkiego szczegółowo opisywała, bo wszystkim już uzewnętrzniałam moje zachwyty.
Myślę sobie, że moja ostatnio ulubiona piosenka z solowej płyty Bruno Mars, której jeszcze nie ma, a która będzie 5 października, a którą mam zamiar kupić, nawet jeśli bym miała jeść jeden bochenek chleba przez dwa tygodnie, jest taką fajną metaforą okresu, w którym pracowałam i okresu w którym byłam na obozie. Liquor Store Blues

One shot for my pain
One shot for my sorrow
Get messed up today
I’ll be OK tomorrow

Big Star zostawił we mnie jak gdyby jakieś bolesne znamię. Haha, klatwę. Wszędzie widzę to logo. Reklamy na mieście. Znaczki na ciucach. Gwiazdkę przy spodniach.

Rafał – opiekun na obozie. Ujrzałam go na dworcu pierwszy raz i zaraz po jego długich, lekko lokowanych włosów do pozazdroszczenia, zwróciłam uwagę na jego jasne bojówki z Wranglera.

Filip – student geologii z Wrześni, włosy trochę dłuższe, też lekko poskręcane, miał sweter w serek z Big Stara w dwóch odcieniach błękitu.

Kasia – studiowała prawo i narzekała, że każą jej chodzić po górach. Miała jasne obcisłe dżinsy z Big Stara.

Michał – również prawo. Ze względu na nazwisko w jego obecności raczej nie mówiło się “puk, puk”. Jasna, polarowa bluza z Big Stara.

Kamil – politologia. Ubolewał, że największy idiota z obozu studiuje to samo. Polarowa bluza z kapturem. Big Star.

Szliśmy w stronę Krupówek i spośród straganów przepełnionych ciupagami, koszulkami z napisem Zakopane i innymi śmiesznymi typu “MAM WYJEBANE”, “CHOĆ NIE JESTEM DETEKTYWEM ZAWSZE ZNAJDĘ BUDKĘ Z PIWEM”, “NIE JESTEM GINEKOLOGIEM, ALE MOGĘ ZAJRZEĆ”, owieczkami i barankami różnej wielkości, mym oczom ukazał się wielki baner z tą najnowszą, szeroko omawianą w mediach kampanią reklamową. Big Star. Your Life. Your Jeans.

O, a nawet to! Moja ulubiona piosenka do śpiewania w łazience, pod prysznicem, w pokoju, gdy paradowałam w bieliźnie! Act Naturally!

They’re gonna put me in the movie
They’re gonna make a big star out of me
They make a film about a man that’s sad and lonely
And all I gotta do is
Act naturally

Bleh!

Zaczęłam słuchać Dżemu po tym jak po wspólnym muzykowaniu na pewnej niezobowiązującej popijawie w pokoju 300, czyli tym, który zamieszkiwałam, wszyscy – ale to absolutnie wszyscy – znali każde słowo piosenki “Wehikuł czasu”, podczas gdy ja nigdy nawet nie słyszałam melodii. No, nie znał może jeszcze Simonas, ale miał prawo – był z Litwy i mówił ośmioma językami, w których nie zawierał się ani angielski, ani niemiecki. Cześć, Simonas. Trzymaj się.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s