comment 0

#358; Multitasking

Jest kilka grup społecznych, które nie podlegają regule zaczynania wakacji o tej samej porze, co pozostałe. Oczywiście wyjąwszy wszystkich zatrudnionych, dla których termin ‘wakacje’ to tylko wspomnienie szaleńczej młodości, a w których słowniku istnieje teraz o wiele bardziej szlachetne “urlop”. Tacy bezrobotni. Kobiety w ciąży lub na urlopie wychowawczym. Tegoroczni maturzyści.

Wszyscy pozostali zaczynają wakacje o mniej więcej tej samej porze i kończy się dla nich właśnie ich pierwszy miesiąc. Pierwsza wypłata, jeden miesiąc krócej do tego samego.
Mimo że prawdziwe lato się jeszcze tak jakby nie zaczęło, bo upały były przecież w czerwcu, kiedy młodzież ostatnim stęchnięciem uczyła się na poprawy ostatnich sprawdzianów, “żeby mieć cztery” lub po prostu lepszą średnią i aktywnie uczęszczała w organizowanych przez placówki oświaty dni palenia głupa znane również pod dumnie brzmiącą nazwą Dzień Sportu, wszelkie środki przekazu napędzające ludzką świadomość przyspieszyły czas i zaczęły dramatyczne relacje o cenach tegorocznych podręczników, supermarkety prześcigają się w ofertach artykułów szkolnych i kto sprzedaje tańsze bruliony. I gdzie ładniejsze okładki.
Oglądałam dzisiaj “Fakty”, a tam właśnie sztandarowy temat mniej więcej tego okresu roku – podręczniki. Że rodzice się bulwersują, bo tyle, a tyle kosztuje wyprawka (co to za w ogóle słowo na wymarciu), że nie można już używać starych podręczników albo kupić używanych, bo zmieniają znowuż program nauczania, a po cholerę, oczywiście na zmianę z wypowiedziami tej feministycznie wyglądającej pani minister oświaty, nawet nie wiem, czy byłej czy obecnej, chyba obecnej, jak to zmienia się program nauczania, aby był efektywniejszy. Pani ze Związku Nauczycielstwa Polskiego wspomniała także, że to nie jest tak, jak ludzie myślą, że nauczyciele zmieniają sobie podręczniki, bo wydawnictwa oferują im za to jakieś profity.
Ciekawe, ja zawsze myślałam, że tak jest!
Nim Kamil Durczok zdążył skończyć komentowanie tego materiału, ja zaczęłam swój monolog i nawet moja mama nie była w stanie mnie od tego powstrzymać.
Po co kupować podręczniki, pytam się?
Oczywiście, jeżeli mowa o nauczaniu wczesnoszkolnym, kiedy to dzieci mają specjalne zeszyty w linie i zeszyt ćwiczeń, gdzieś te szlaczki przecież trzeba rysować, no i dobrze jakby kotek czy inny piesek spoglądał z rogu każdej strony, ale później? Tym bardziej w tych czasach?
Potrzebnych jest tylko kilka podręczników. Może ze dwa.
W zależności do jakiej szkoły się uczęszcza i na jakim poziomie, jednakże kupowanie pełnej, skrupulatnie skompletowanej wyprawki, łącznie z 96-kartkowym brulionem do każdego przedmiotu, dzienniczka ucznia i małego notesiku na ew. adresy czy też terminy wywiadówek, to nadmierna troska rodziców i po trosze wydawanie pieniędzy w błoto.
Może to ostatnie zbyt drastycznie brzmi, ale taki rodzic to pewnie myśli, że jak wyda te ciężko zarobione pieniądze na podręczniki dla dziecka to ze spokojnym sumieniem będzie mógł przez następny rok szkolny obserwować edukacyjne poczynania swojej pociechy.
Gdyby mu/jej nie szło, ma się zawsze w rękawie argument, że “ja z ojcem tak ciężko pracujemy, a ty nie możesz się nauczyć dobrze, dla kogo się uczysz, dla mnie czy dla siebie?”. Kupiłam ci książki, jesteś debilem skoro nie wkułeś ich na pamięć.
Chciałabym zobaczyć szczęśliwe dziecko, które uczy się z podręczników.
Kto nie uczy się w dzisiejszych czasach z internetu?
W tym miejscu skończę z uogólnieniami i będę pisała w pierwszej osobie.
Sięgam do książki, gdy nie ma czegoś na pierwszej stronie gogli. Gdy widzę, że szukanie dobrze się zapowiada, przeglądam jeszcze kilka następnych. W zależności od poszukiwanego zagadnienia, uciekam się też do stron anglo- lub niemieckojęzycznych. Jeżeli nie ma, zmierzam do biblioteki.
Oczywiście Internet zawodzi. I to często. Gdy np. uczę się na egzamin i nigdzie nie mogę znaleźć dużo o praskiej szkole strukturalistów. No doprawdy, jak może nie być tego na pierwszej stronie?!!
W ogóle nauczyciel, który wymaga na lekcji podręcznika i terroryzuje ucznia wpisywaniem minusów bądź ustnymi uwagami na temat nieposiadania owego naukowego atrybutu, jest dziwny co najmniej. Mieć podręcznik, żeby się w niego sępić i sprawiać wrażenie, że się nie gada?
Kupiłam parę takich w moim życiu. Najczęściej od polskiego.
Opasły podręcznik, najczęściej o beznadziejne metaforycznym tytule, który służył do pośpiesznego odczytania wiersza, po czym zaczynaliśmy notować dyktowaną interpretację wiersza. Od czasu do czasu zadanie domowe, które zrobiłam raz w życiu, dokładnie w pierwszej liceum.
Zajrzeć to sobie można do internetu. Szybko przeczytać wiersz też. Można też spotkać wiele różnych interpretacji, a jeżeli czyjaś twórczość bardziej mnie zainteresuje można też podyskutować o tym na forum (idylliczna opcja) lub polubić to na Facebooku.
Tak, jakby szkoła nie chciała pojąć, że zaczęła się era cyfrowa, co nie znaczy wcale, że nagle papier zniknie z naszego życia, niemniej jednak podręczniki to …hm, przeżytek?… Jakiego słowa tu użyć? Przebrnęłam przez tyle etapów systemu edukacyjnego w Polsce, a dopiero na studiach mi się podobało. Kupiłam jedną książkę, bo jakoś nie wyobrażałam sobie uczenia się ze sterty nieposegregowanych kartek, z której skorzystałam dwa razy – przed kołem zaliczeniowym i potem przed egzaminem. Uczenie się z artykułów, które dopiero co w zeszłym tygodniu ukazały się w jakiejś gazecie? Tak. Internetowy słownik i internetowe wydania książek? No ba!!!
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s