comment 0

#365

Niektórzy się cieszą, że sobota to sobota (dzięki Bogu wolny dzień na odsypianie kaca po wczorajszym), ja się cieszę z różnych rzeczy tego dnia, ale najbardziej z tego, że są Wysokie Obcasy. Przelatuję wzrokiem po nagłówkach Wyborczej i zabieram się za weekendowy dodatek. Czytam te wszystkie napisane zjadliwym językiem artykuły na te wszystkie tematy tabu i czuję się taka obeznana.

Ostatnio ćwiczę się w sztuce small-talku, a Wysokie Obcasy są w tym bardzo pomocne. Przypuszczam, że te prawdziwe na nogach też by były.


Ostatnio zamieścili taki bulwersujący list do redakcji. Tak mi się wydaje, że bulwersujący, bo na stronie internetowej jest pod nim dużo komentarzy, parę osób linkowało go nawet na facebooku ze swoim komentarzem; wszystkie typu “WTF”.


Młoda dziewczyna, przedstawiała się chyba jako trzynastoletka pisała o swojej matce i że generalnie nie chce taka być. Nie chce mi się go odszukiwać, więc piszę z pamięci: ojciec miał pracę taką, że często i długo go nie było w domu, a matka siedziała w domu i poświęcała się rodzinie. Codziennie wstawała rano, robiła śniadanie i szykowała do szkoły teraz tylko już jedno dziecko (właśnie tę autorkę tego listu), potem coś ugotowała, posprzątała, popieliła w ogródku i tak jej dzień zlatywał. Nie dbała o siebie, była otyła, związywała brudne włosy w jakiś wieśniacki kucyk i tak z dnia na dzień sobie egzystowała. Pointą listu było to, że w świetle tego powszechnego przekonania, jak to matki miały być wzorem dla córek, a córki dorastać w duchu wspaniałości własnej rodzicielki i chęcią bycia i często nawet robienia tego, co one, ona odcina się od swojej matki, wiedząc, że nie chce być i na pewno nie będzie taka jak ona.


Cudownie się składa, pomyślałam, coś podobnego zaobserwowałam ostatnio w swojej pracy.
I nie, nie pracuję ze swoją mamą.
Gdzieś już to pisałam, a może mówiłam?
W każdym razie pracuje ze mną taka Olka. Sprząta pokoje. Czekaj no, skopiuję sobie, bo już wiem, gdzie to pisałam. Zacytuję teraz samą siebie!

Ma te trzydzieści trzy lata, wiek chrystusowy i dalej tę postawę nabuzowanej dziewczyny z podwórka. Nie może ustać w miejscu tylko się gibie z nogi na nogę. Chodzi szybko i robi duże kroki. Rzuca paczkę papierosów na stół w ten męski sposób. Ma szerokie ramiona. Chłopak z podwórka zamknięty w ciele dorosłej kobiety i imieniu Ola. Tylko cycki jej urosły. Ale nieduże. No i ma dzieci. W tym jedno prawie w moim wieku. Cera niby ładna. Oliwkowa. Wiecznie opalona skóra. Ten intrygujący smutek w brązowych oczach. Są momenty, kiedy się uśmiecha, a wtedy obnaża swoje ciemne, zepsute zęby. Zastanawia mnie, czy to efekt palenia papierosów, strachu przed dentystą czy po prostu leczenia zębów na kasę chorych, czyli w zasadzie nieleczenia. Przykry widok w każdym razie.

Nie będę się tutaj teraz rozpisywać w tych kwestiach wysoce moralno-estetycznych, typu co to znaczy bycie matką, bla bla bla, rola rodzica w wychowaniu dziecka, bla bla. Być matką niekoniecznie znaczy być kurą domową. To znaczy być tą osobą podtrzymującą ogień w domowym ognisku.
Wczoraj zostawałam dłużej w pracy, bo SZEFOWEJ córka przyjeżdżała. Czułam się wielce zaangażowana w jej podróż, bo lądowała w Poznaniu i musiała potem z tego Poznania wrócić, no to pociągiem, no to ja jej ten pociąg sprawdziłam i powtarzałam co chwilę, ile ten pociąg jedzie do Szczecina, czyli o której będzie w tym Szczecinie, bo oni nie wiedzą, na którą tam po nią wyjechać, a gdzie ten bilet kupić, a czy u konduktora się płaci kartą, o-Jezu-nigdy-nie-jechałam-pociągiem-nie-ogarniam-tlk-a-inter-regio.


Z córką dawno się nie widziała, więc przygotowywała jakiś posiłek uroczysty z tej okazji. Powiedzmy. Od mniej więcej południa latała z siatami zakupów, myślę sobie, o Jezu, ale impreza. Około siedemnastej wpadła w końcu do kuchni, słyszałam tylko tłuczące się naczynia i nóż uderząjący o deskę. Jej córka miała być tu na miejscu ok. 20. Tak wcześnie zaczęte przygotowania, to pewnie coś grubszego się kroi. Och, pewnie jej ulubiona potrawa i generalnie podstawianie dziecku wszystkiego, co lubi i nie lubi pod nos, bo dziecko zrobiło łaskę i przyjechało (skąd my to znamy). Potem poszłyśmy zapalić, więc zapytałam się z czystej ciekawości, co tam przygotowuje specjalnego. A ona, że obiadu nie będą jeść, ale taką sałatkę z kurczaka robi. Aha. Sałatkę. Taka wielka okazja. Trzy godziny przygotowywania. Pojedz sobie, dziecko.
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s