comment 0

#375

Ech, więc przyjechałam i skończył się mój bardzo długi weekend i nagle w ułamku sekundy, a dokładnie w tym, kiedy moje serce stanęło, bo nie nadążyło kołatać i czułam, że mogłam spokojnie umrzeć po pokonaniu tylu schodów z moją walizką wagi ciężkiej, przeturlałam toboły przez próg mieszkania i poczułam, że wróciłam, bo równo ustawiony przeze mnie rządek butów i zminimalizowana ilość kurtek kłębiących się na wieszaku – czyli stan jaki pozostawiłam – zamienił się w stan po przejściu tornada. Buty dosłownie się kłębiły i walały, kurtek wisiało tak dużo, że niektóre spadły na podłogę, gdzieś pomiędzy tym wszystkim leżały jeszcze parasole, kije od szczotki i te kratki do malowania wałkiem. Na samym środku stało wiadro z moczącym się, lekko już prześmierdłym mopem. I stał tam tak w swojej stateczności i jakby do mnie mówił, jakby mnie zapraszał, a ja pomyślałam, że tak dawno go nie widziałam.

Welcome home, pomyślałby niesprawny umysł, ale żadne to tam home! Z home, gdzie jest czysto i pachnie ciastem, a ja froterująca podłogę skarpetami (a potem nawet nie są brudne!) zamieniam się znowu w panią domu, którą moja mama wciąż nie może mi uwierzyć na słowo, że się stałam. W wolnej chwili nie pije się kawy i nie słucha Chilli Zet. W wolnej chwili zmywa się naczynia i próbuje odkleić resztki sosu z patelni. Ile to jest 15 minut przekonuję się rano, gdy zamiast kręcić loków, podkręcać sobie rzęs czy robić jakikolwiek makijaż, sprzątam kuchnię, wyrzucam stary chleb, składam deski do prasowania i układam wszędzie walające się sztućce, z których wszystkie są brudne.
Moje współlokatorki czasami mówią do mnie “mamo” 🙂
Tak w sensie “dobrze, mamo :)”. Gdy wychodzimy, to każę im się ubrać i nie wierzę na słowo, tylko każę pokazać sweter i że koszulka jest wsadzona w spodnie na taki mróz jak był wczoraj. Każę nie wracać za późno i nie robić głupstw. Pytam, co jadły na obiad i niewzruszona oraz arcypoważna oczekuję odpowiedzi, po czym wygłaszam kazanie z politowaniem, jeśli odpowiedzią była “zupka chińska” albo “yy, nic chyba”. Nie mówiąc już o tym, że jestem od nich o jakieś 15-20 cm wyższa, więc akurat wchodzą mi pod pachę, wprost do ukochowywania 🙂
A dzisiaj, dzisiaj postanowiłam być little miss perfect sitting at the train stop i pomimo tego, że bardzo późno (bardzo wcześnie) położyłam się spać, podjęłam wyzwanie udania się na wykład na ósmą, który w sumie lubię, bo jest interesujący, a który ostatnio jakimś okropnym trafem opuściłam. Przyszłam, zadowolona, że mam jeszcze tyle czasu, toż to dopiero 7:45, a na ławce na piętrze przed salą nie zastałam nikogo. A gdzie moje koleżanki, które zawsze okupują wejście od mniej więcej 7:30? (Jeżeli jedna z nich nie daj Boże się spóźni, to pozostałe dzwonią z jakby pretensją “No gdzie ty jesteś” już około 7:40 – że to jest niby już późno)
W tym krótkim momencie, kiedy lekko zasapana i z panieńskim rumieńcem stałam na szczycie schodów, przypomniałam sobie, że to przecież dzisiaj jest 10 listopada, a 10 listopada miało nie być wykładów i że nawet go odrabialiśmy i że mogłabym spać całe dwie godziny dłużej, co pewnie doprowadziłoby mnie do lepszego stanu i samopoczucia, niż to, w jakim się teraz znajduję, ale nieważne. Szkoda dnia, prawda?
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s