comment 0

#379; schönes Wochenende

Piosenka na ten moment: The Kinks – Sunny Afternoon. Chociaż afternoon wcale nie jest sunny, to jest chociaż leniwe. Rozmawiałam właśnie przez 10 minut z moimi rodzicami, na przemian z mamą i tatą. Tata podniecony, bo wysłałam mu na jego własną prośbę moją listę wymarzonych prezentów na święta, a on przeanalizował każdą pozycję, zatrzymał się przy pierwszej pozycji (Julian Casablancas – Phrazes for the Young 2009, CD) i pytał jak bardzo tego chcę, gdyż po przeliczeniu wychodzi więcej niż 10 zł za piosenkę, moja mama przeżywała mój dzisiejszy jeszcze niezrobiony obiad składający się jak to często bywa z makaronu / ryżu plus coś. W takich chwilach, wiem, że za mną tęsknią – kiedy mój tata dzwoni bez powodu lub zadaje po stokroć to samo pytanie, a moja mama pyta się dokładnie co dzisiaj jadłam lub co zamierzam i dokładnie instruuje jak to zrobić.
Ech, jakbym ja nie tęskniła.

BYŁAM W NIEMCZECH, no Boże tak bez ogródek!
Spędziłam cudowny tydzień mojego życia w Marburgu, który pomimo wielu uprzedzeń i wielu niewiadomych okazał się być pod wieloma względami niezapomnianym.
Nie czuję w ogóle świąt w tym roku, do tego pewnie przyczynia się też pogoda, bo teraz np. leje deszcz a nie śnieg, temperatury są dodatnie, a do mojej świadomości nie dotarło jeszcze, że jest połowa grudnia, gdyż wyjeżdżaliśmy do Niemiec 4-go, w niedzielę z samego rana, nawet nie o świcie. Oczywiście taki tygodniowy pobyt zawsze się wydłuża, bo przygotowywania do niego zajmują trochę czasu, potem samo pakowanie i emocjonowanie się, jak to będzie… O 6:30 siedziałam na swojej walizce na peronie na stacji Poznań Główny czekając wraz z pozostałymi na opóźniony pociąg TLK. Czekał nas cały Boży dzień w pociągu, 5 czy 6 (teraz nie pamiętam, chociaż niektórzy mówią 7) przesiadek, tyle różnych pociągów, a jedyne opóźnienie mieliśmy w Polsce i to bolesne w skutkach, bo musieliśmy czekać dwie godziny w Szczecin Główny na kolejny pociąg.
A Szczecin okazał się taki brzydki. Ten port jakiś z innej epoki, brudny i śmierdzący, kebab niedobry, jedyna atrakcja to piwo Bosman.
Cała podróż i wszystkie te przesiadki to jedna wielka walka o zajęcie sobie dobrego miejsca, gdyż jechaliśmy na bilecie weekendowym, który obejmował 5 osób i w tymże pięcioosobowym gronie trzeba było się, w miarę możliwości, trzymać. Zadziwiające, jak niektóre osoby potrafią mieć zero subtelności, wyczucia sytuacji i potrafią sobie tak po prostu egzystować osaczając otoczenie i najbliższych swoim jestestwem. Takie osoby nazywamy potocznie ‘lamami’, a gdyby się dobrze rozejrzeć, to jest ich bardzo dużo. Tak dużo, że można by je weiterklassifizieren, w gruncie rzeczy stworzyłabym z tego odnóże nauki i zrobiła habilkę. Ale o tym potem…

Jak wyjechaliśmy o 6:30 tak o 21:30 pisałam do mamy smsa, że dotarłam, pada deszcz, nie wiem gdzie jestem, nie wiem gdzie idę, ale żyję i jestem na miejscu.
Dworzec. Gorszy niż w najgorszym wypizdowie w Polsce, ale powiedzmy, że niech im będzie, że był remont. W deszczu czekała na nas grupka ludzi, każdy szybko się odnalazł, mniej więcej do kogo przynależy i zaraz mogliśmy pójść do domu. Ja należałam do tej szczęśliwej-nieszczęśliwej grupy i miałam nocować wraz z czterema pozostałymi dziewczynami z Polski, tak więc niby tak super i niby tak fajnie, no bo razem i zawsze to raźniej i się na pewno nie zgubimy i na pewno będzie fajnie, bla bla bla.

Czego się nauczyłam? Że takie myślenie to błąd i nigdy więcej.

Szłyśmy pieszo, bo to ponoć blisko. Było ciemno, padał deszcz, poskręcałyśmy w kilka uliczek i stanęłyśmy przed wysokim budynkiem, czekając jakieś dwadzieścia minut aż ktoś łaskawie otworzy drzwi. Nikt nie otworzył, więc trzeba było wejść bocznym wejściem, gdzie w zupełnej ciemności, przez błoto i kamienie trzeba było nieść walizkę, bo nie było możliwości jej ciągnąć.
Wchodzimy. Było światło. Jakieś drzwi, jakiś korytarz, jakieś rowery. Na ścianach pełno plakatów, dziwnych zdjęć, plakaty z kina, teatru. Nagle półokrągły pokój z oknami, po brzegi wypełniony różnymi przypadkowymi przedmiotami, na podłodze trochę niezagraconej przestrzeni – łóżko i materac, nasza niemiecka koleżanka powiedziała, że tu mogą spać dwie osoby. W pokoju było pianino. Gdzieś przemknął czarny kot. Manekiny, peruki, kask astronauty. Pełno książek. Półka z przyprawami w słoikach. Kilka przypadkowych foteli. Mnóstwo różnych pierdół. W rogu było rozwieszone czyjeś pranie. Wszystko z początku robiło naprawdę pozytywne wrażenie – że tu jest tak artystycznie i w ogóle taka bohema, ale super, przecież ja o czymś takim czytałam, w ogóle hipisi, to była taka totalnie inna epoka. Potem zaprowadzili nas na wyższe kondygnacje, po drodze okazało się, że to miejsce było kiedyś szpitalem (na co zastanowiło mnie czy psychiatrycznym), stąd też było bardzo przestronne, ogromne klatki schodowe i same te piętra, gdzie ludzie mieszkali też były spore. Na wyższych piętrach było tak samo, gdzieś tam ktoś grał na gitarze, wszędzie różnokolorowe ściany i ludzie w kapturach lub wełnianych czapkach. Skoro miejsca noclegowe zostały już rozdzielone, zeszłyśmy na dół, żeby się rozpakować i pewnie pójść spać. Wkrótce okazało się, że nie ma gdzie położyć walizki w pozycji horyzontalnej, nie mówiąc już o jakimkolwiek miejscu na rozpakowanie się, czy chociażby wyłożenie najpotrzebniejszych rzeczy. Wkrótce potem telefon od dziewczyn nocujących na górze, że mają zasrane prześcieradło i wszędzie jest syf i biegają psy i one jadą generalnie do domu, bo jest taki syf i czy mogą spać z nami. Przyszły za chwilę pod osłoną nocy i popsioczyłyśmy wspólnie na zastane warunki, ale koniec końców poszłyśmy spać, bo nikt już nie miał pytań po tak długiej podróży i po takich wrażeniach. Spałam na 90-centymetrowym materacu w swetrze bardzo mocno przytulona do Natalii.

Miasto samo w sobie jest urzekające. W ogóle ten pierwszy poranek był piękny. Łazienka była najbardziej zadbanym pomieszczeniem w całej tej komunie. W przeciwieństwie do pozostałych pomieszczeń, bo po dłuższym przebywaniu w tej komunie nie dało się nie zauważyć, że wszystko śmierdzi i jest generalnie zatęchłe. Zapach jak na strychu czy w garażu, w kuchni śmierdziało bardzo intensywnie spalenizną, śmieciami i takim po prostu brudem.
W planie mieliśmy powitanie w Herder-Institut. To oczywiście jeszcze nikomu nie mówiło. Marburg jest położony na różnych wzniesieniach i w rezultacie wszędzie jest pod górę albo z górki, domy położone są niemalże poziomo, samochody jadą pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Ten cały instytut też był na wzniesieniu. Niczego nie świadome dziewczyny ubrały się na tą okazję w botki na obcasie i na koturence, serdeczne pozdrowienia dla dziewczyn z Polski. Panorama miasta była niesamowita. Takie widoki kojarzą mi się z dzieciństwem i z Kotliną Kłodzką, a tam był jakiś wykład, gdzie jakiś instytut opowiadał nam o swoich badaniach i zasobach swojej biblioteki, gdzie znaleźć można było np. takie pozycje książkowe jak polskie słowniki czy leksykony, stare wydanie lokalnego wydania Wyborczej Trójmiasto i inne takie. Powiedziałabym, że suchar, niemniej jednak wszyscy wydawali się być bardzo podnieceni faktem, że jesteśmy z Polski i że tam jesteśmy.

W całym mieście były brukowane uliczki, świąteczne dekoracje, małe sklepiki, Frohe Weihnachten i mnóstwo studentów. No, młodych ludzi generalnie. Urzekająca jest ta cała niemiecka tradycja świąteczna, czyli Weihnachtsmarkty i Gluhwein. Mieliśmy okazję zwiedzić kilka niemieckich WG, a tam to szczególnie widać, bo ulice to i u nas są przystrojone i wesołych świąt piszą. Studenci sami w swoich nieogrzewanych mieszkaniach i w pokojach po 300,400 euro plus rachunki stawiają figurki reniferków i małych Mikołajków, w oknach sztucznym śniegiem malują aniołki, na ścianach wiszą światełka, a przede wszystkim kalendarze adwentowe! W Polsce ten zwyczaj chyba nie działa, ewentualnie wśród małych dzieci i tych, którzy mieszkają z rodzicami, co wiążę się z tym, że dostają coś na Mikołaja 6 grudnia i najczęściej są to słodycze, pod postacią Mikołajów i innych świątecznych stworów z czekolady czy też właśnie takiego kalendarza, pałaszowanego zwyczajowo za jednym razem, nie zważając na ponumerowane okienka. Niemcy nawet robią je własnoręcznie, wieszając na ścianie czerwone i białe woreczki z odpowiednią numeracją, a jeśli ograniczają się do kupienia gotowego, to umieszczają je dumnie na ścianie, przy czym każdy współlokator ma swój własny kalendarz podpisany imieniem.
Nie ma czegoś takiego jak szok kulturowy jeżeli mówimy o Niemcach, bo ich kultura wiele nie różni się od naszej, oder? Może jedynie takie małe zwyczaje, typu jedzenie śniadania na deskach zamiast na talerzyku, niemniej nie trzeba się specjalnie przygotywywać, szczepić czy dokształcać jadąc tam.
Nie wspomniałam tego chyba wyżej, ale już pierwszego dnia naszego pobytu tam, czyli po tej pierwszej nocce w nieszczęsnym miejscu zwanym Bettenhaus, przeprowadziłyśmy się do nowego mieszkania, które było uderzająco czyste, przestrzenne i minimalistyczne w porównaniu z tym co zastałyśmy wcześniej. Trafiłyśmy do dużego pokoju przedzielonego ścianką działową co tworzyło dwa mniejsze pokoje. W ‘jednym’ pokoju była sofa i łóżko, a w ‘drugim’ szafa i do połowy napompowany materac do pływania. W oddzielnym pokoju mieszkał człowiek imieniem Janis Joplin (a był to mężczyzna), który nie brał w ogóle udziału w naszym projekcie i nie miał z nami nic wspólnego, w tym miejscu powinno się docenić jego bezinteresowność – że udostępnił swoje mieszkanie pięciu obcym dziewczynom, które odkręcając grzejniki i puszczając ciepłą wodę nabijały mu kurewsko drogie marburskie rachunki. Widziałyśmy tę osobę raz, gdy przynosiłyśmy swoje rzeczy, a drugi raz, gdy nie miałyśmy akurat klucza (a była to sytuacja notoryczna), a on akurat był w domu, więc nam otworzył, po czym zniknął z pola widzenia szybciej niż byłyśmy w stanie mu podziękować. Pod tym względem postrzegam to jako niewielki minus, bo jednak nie było tej osoby, z którą można by było pogadać w domu o minionym dniu i tak po prostu jakoś się zapoznać. Nie chodzi już tutaj nawet o to śniadanie i ewentualny obiad, którym można by było nas poczęstować, po prostu o sam fakt konieczności częstszego używania niemieckiego, a nie tak jak my mogłyśmy rozmawiać swobodnie po polsku, gdy tylko oddaliłyśmy się od grupy naszych niemieckich przyjaciół.
Tylko raz w ciągu całego tygodnia udało mi się zjeść śniadanie, które nie byłoby jakąś bułką chwyconą w biegu. Cały ten nasz tydzień to w ogóle był Seminarwoche i nie była to byle jaka, ot taka sobie wymiana, macie tydzień wolnego w Niemczech i się cieszcie, tylko miała na celu opracowanie materiałów dydaktycznych, bla bla bla, tak czy owak mieliśmy coś zrobić razem. W tym celu podzieleni byliśmy na grupy i jeden cały dzień mieliśmy przeznaczony na robienie tychże projektów. Spotkaliśmy się więc pewnego dnia o 12, a musiałam wtedy sama dojechać autobusem i sama znaleźć numer domu i wtedy do zanim zaczęliśmy pracować zjedliśmy śniadanie.
Niemcy jedzą śniadanie tak inaczej. Polacy raczej przygotowują sobie bułkę z czymś, umieszczają ją na talerzu, zasiadają do stołu lub nie i szamią. Tak przeciętnie, śniadanie dnia powszedniego w wielu polskich domach mniej więcej tak wygląda. Niemcy natomiast, uznam to za normę, bo doświadczyłam tego już niejednokrotnie, jedzą śniadanie wspólnie, przy stole, gdzie stół jest normalnie zastawiany wszystkimi produktami, typu ser żółty, masło, salami (zawsze salami) itp. Jest kawa, są świeże bułki, jest jakiś sok i jest deseczka z nożem. Nie ma talerzyka, jest deseczka. Oszczędność miejsca i akcesoriów, no bo po co mi kłaść bułkę na czymś czystym, skoro mogę sobie zjeść ją od razu?

W nocy niemiłosiernie zmarzłyśmy. Na materacu do pływania śpi się gorzej niż na podłodze. Spałyśmy jak bezdomni, w swetrach i kurtkach. Pominę przykry epizod, jak to pewnej nocy naprawdę byłyśmy bezdomne, gdyż nasze tymczasowe współlokatorki nie raczyły wstać i otworzyć nam drzwi o czwartej nad ranem. Nie powiem też jak niemiłosiernie wkurwiały mnie przez ten cały czas, siedząc, chodząc trójkami, nawet żeby zapalić światło, żrąc te gorące kubki i przeżywając czy im zimno czy im ciepło. Nigdy więcej mieszkania z głupimi lamami, wolałabym sto razy bardziej mieszkać sama z obcymi Niemcami czy nie wiem nawet w jakich warunkach niż słysząc tak idiotyczne rozmowy po polsku!

Wieczorem wszyscy zbierają się przy ratuszu na Weihnachtsmarkcie, a budka z Gluhweinem jest najbardziej oblegana. Gluhwein, 2,50 euro mit Schuss. Po zapłaceniu kaucji drugie tyle można sobie było zachować okazjonalny kubek. Strasznie mocne. Po trzech jest Jamajka, po czterech finał You Can Dance. Potem często szliśmy do jakiegoś pubu, a był to najczęściej Sudhaus. Nic specjalnego, pub jak pub, mnóstwo ludzi, Becks w butelce po 2,20 euro i uczenie Niemców polskiego.

Generalnie Niemcy mieli niezłą bekę z polskiego, bo mówili, że brzmi trochę jak arabski, trochę jak rosyjski i jest bardzo trzeszczący. Wielu z nich potrafiło wyłapywać nasze niektóre polskie słowa i je powtórzyć, typu “No my robimy właśnie prezentacje” – ‘PRESENTACJE’ itp. Stefan mówił, że jest śmieszne, że np. ktoś mówi po polsku, mówi, mówi, nagle słychać jakieś zbitki sylab typu “to-ma-to” i Niemiec tak nadstawia ucha zastanawiając się, czy ktoś właśnie powiedział “tomato” 😉 Albo jak słychać jakiś polski bełkot, ktoś ględzi, ględzi, ględzi, a nagle “Hessenticket” czy inne tam niemieckie słowo.
Oczywiście wymiana studencka nie byłaby wymianą studencką gdybyśmy nie nauczyli się kilku przekleństw i innych sformułowań mowy potocznej. Dodam też, że… Po prostu… Nigdy tyle i tak nie gadałam po niemiecku jak po alkoholu. I dużo osób tak mówi, więc to nie tylko moja urojona opinia (w sensie, że dużo osób też tego doświadczyło).

Co najważniejsze i bez czego nie miałabym tak miłych wspomnień i ciepłych myśli w tym temacie, to uprzejmość, ciepło i otwartość Niemców. Naprawdę, pojechałam tam, i wydaje mi się każdy z nas, z lekkim uprzedzeniem i gdzieś tam zakorzenionym stereotypem, że Niemcy to gbury i ‘nie podchodź’, niemniej okazali się totalnym przeciwieństwem. Nie chodzi tylko o te osoby uczestniczące w projekcie, bo z ich strony jakby nie robią łaski, że są dla nas mili, w końcu to my jesteśmy zu Gast etc., ale tacy zupełnie obcy, przypadkowi ludzie na ulicach. Pomocni ludzie w autobusie, gdy nie wiedziałyśmy czy dojedziemy tym do centrum. Miły pan w kebabie i w sklepie na kasie. Przypadkowi ludzie się uśmiechają i tam wszystko toczy się tak zwyczajnie takim spokojnym potokiem. Dobrze się tam czułam, bo bardzo to miasto przypominało mi Świno i inne takie małe w których kiedyś mieszkałam 😉 Było ładne dookoła, spokojnie, mili ludzie. Chociaż ta taka wzajemna życzliwość na ulicach i zwyczajny uśmiech na twarzy przechodniów był bardzo zarażający. W Polsce ludzie – wydaje mi się – chodzą raczej naburmuszeni, w pociągu czy tramwaju odwracają wzrok, chcą być sami, uciekają przed takim bezinteresownym kontaktem, chociaż na jednym wykładzie dotyczącym stosunków-polsko niemieckich i takich drobnych różnic kulturowych było wspomniane, że to właśnie Polacy, a nie Niemcy, dosiadają się do prawie już pełnego przedziału w pociągu, żeby nie jechać samemu trzech godzin tylko z kimś pogadać, ale chyba już tak nie jest. Aczkolwiek wciąż można spotkać sympatycznych ludzi w pociągu jak np. my spotkaliśmy babeczkę w pociągu relacji Szczecin Główny – Przemyśl Główny, która jechała do Krzyża i pracowała na poczcie. To ona powiedziała – a my jej oczywiście wszystko opowiedziałyśmy – że to może dlatego, że ten uśmiech jest taki zarażający, dlatego my też powinniśmy się uśmiechać. Jest nawet taki cytat, nie? Coś tam, coś tam, a świat odwzajemni twój uśmiech. Brzmi sztampowo, brzmi jak suchar, ale najwyraźniej to prawda.

Mogłabym tak opisywać w nieskończoność i mnożyć przykłady, dlatego Niemcy to tak wspaniały kraj, ale już nie tym razem 🙂 Muszę się też porozdzielać na inne rzeczy. 🙂

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s