comment 0

#396

Bolą mnie oczy i od tych praktyk spędzanych na komputerze muszę zaklinać mój wzrok, żeby się nie pogorszył!

Jednym z pierwszych blogów, które zawsze obczajam to Garance Dore. Nie mam wielu rzeczy z nią wspólnego, poza tym, że żyłyśmy w tej samej strefie czasowej za czasów, kiedy jeszcze mieszkała w Paryżu, zanim przeniosła się do Nowego Jorku, do swojego boyfrienda-Sartorialista Scotta Schumana. Tym co nas łączy na tej jednej płaszczyźnie, ten jeden element to obsesja na punkcie włosów!

Na Boga.

Spędzałam boski weekend w Szczecinie, prawie że nadmorskie powietrze, krajobraz portowo-popeerelowski, miastko, bloczki, wszystko było. Były też moje słabe i spuszone włosy koloru rzygowin, była moja sztuczna niczym przyklejona grzywka, było moje sianko mniej więcej w okolicach brody, żyjące własnym życiem. Boże, powiedz, czyż nie próbowałam wszystkiego? Zupełnie jak Garance. Jej włosy się puszą, taki pudelek trochę, już nie mokra Włoszka, ale jeszcze nie loki. Ja próbowałam wielu rzeczy, jeżeli chodzi o domowe metody. Nie znam odżywki ani maski, nawet błoga regenerującego ze sklepowej półki, który doprowadziłby moje włosy do pożądanego stanu ‘ot-takich-sobie’ włosów. Co najbardziej frustrujące, na moje pytanie, co robisz z włosami, słyszę odpowiedź, że myję. Aha, bo ja właśnie widzę mega grube i zdrowe włosy. Widzę fale rodem z LA, z Sunset Boulevard, a tam myję i idę spać w mokrych.

Od tych kilku miesięcy, od kiedy to zaczęłam nosić grzywkę, mam obsesję i na jej punkcie. Prosta grzywka wcale nie jest prosta, a tak niewielu nożycorękich-amatorów zdaje się to rozumieć. Ścinałam sobie ją wielokrotnie sama. Czasami nożyczkami do papieru, czasami tymi ‘specjalistycznymi’ z zestawu małego fryzjera z ruskiego bazaru, czasami nawet chciałam podążać za trendami i obcinałam ją maszynką! Ale nie taką z trymerem – ręczną, jednorazówką Wilkinson. A co!
Oczywiście nie muszę dodawać, że nigdy mi nie wyszło… Zawsze nie tak wyglądała roztrzepana, nie tak się układała, gdy schła na powietrzu.
A w całej mojej karierze, a odwiedziłam już szeroki wachlarz fryzjerów i to, przepraszam bardzo, w dwóch miastach, tylko dwie osoby wiedzą jak ją dobrze ściąć – Roman i Beata z Albatrosa.

To Beata z Albatrosa pierwsza w swoim niewielkim saloniku w osiedlowej atmosferze poświęciła moim przednim włosom bez mała 15 minut, mówiąc przy tym, że grzywka to jest bardzo ważna, bo to ją widzimy pierwszą jak wstaniemy z łóżka, to przez nią patrzymy na swoją twarz i mówimy co to za piękna pani.
Przedtem i wiele razy potem był jeszcze Roman, który to grzywce poświęca więcej czasu niż pozostałej części włosów. 25 minut. Ta precyzja! Ten profesjonalizm! Żaden włosek nie jest obcięty przypadkowo, och, Roman, czemuż ty jesteś Roman?! Whip my hair back and forth.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s