comment 0

#399; "Goś, nie drukuj tak"

Co za numer?!

Jest ta godzina, a ja mam dylematy, czy pisać pracę czy robić milion innych rzeczy. Wybieram milion innych rzeczy, czyli ćwiczenia intelektualne, bo taki stosik książek i gazet pootwieranych na artykułach czekających na przeczytanie. Wszędzie może czaić się inspiracja albo może nawet przykład do napisania jakiejś pracy semestralnej, a co tam!

W klasie maturalnej zaprogramowałam swój mózg na intensywne wyszukiwanie i skanowanie wszystkiego dookoła pod kątem przydatności danego zagadnienia do tematu prezentacji maturalnej na ustnym polskim. Wszystko się nadawało, ze wszystkiego można było coś wycisnąć, wszędzie czaiło się jakieś natchnienie. Teraz przestawiłam nieco swój mózg i wszędzie dostrzegam różnice kulturowe bądź inaczej uwarunkowane trudności w przekładzie – do diaska! Maldito sea! (Czy źle mówię?)

Niektóre procesy nigdy się nie kończą, nauka jest jednym z nich.

Wczoraj byłam na koncercie Olafura Arnaldsa. Odnotuję sobie to w moim pamiętniczku, bo, przepraszam, w przeciwnym razie raczej ciężko będzie mi to zapamiętać. Event ten, mimo że sympatyczny i nader ciekawy, nie zapadnie chyba głęboko w mojej pamięci, nie wzbudził potrzebnych do tego emocji.
Miło, że odwiedziłam w końcu Blue Note, a zarzekałam się, że pójdę jak na adapciaku w Zakopanem była impreza w naszym pokoju 303 i staliśmy na balkonie z kolem, który okazał się być tam barmanem, więc oczywiście wszyscy się umawialiśmy, że spotkamy się tamże ‘jak będziemy w Poznaniu’. Byliśmy w Poznaniu i nawet dalej jesteśmy, aczkolwiek w Blue Nocie nigdy się nie spotkaliśmy. Reality.

Sądzę, że opłacało się zapłacić te dziesięć złotych więcej, by mieć miejsce siedzące na balkonie, brakowało tylko wyściełanych foteli i małych lampeczek.
Najpierw grał support w postaci niepozornego pana wyposażonego w białe słuchawki, syntezator i coś, co nie wiedziałam z początku o co chodzi, ale zorientowałam się, że to skrzypce elektryczne. Skrzypce. Lubię skrzypce, skrzypce są takie oldschoolowe i naprawdę lubię ich dźwięk. Ale coś mi przeszkadzało w tym dziwnym plastikowym opakowaniu na struny. Nie podobały mi się też utwory, które były dziwnym bełkotem nut przerywane pojękiwaniami nie po naszemu, wszystko jakby z otchłani, jakby z oddali, jakby nie stąd, nie na miejscu, nie na tutaj.
Potem przyszedł ten moment, kiedy po godzinie strojenia pianina i kolejnej pół przeczekania, pojawił się na scenie niepozorny kolo, w koszuli, granatowym swetrze i ogólnym wyglądzie przyszłego zięcia moich rodziców, zasiadł przy pianinie i ta część wieczoru zdecydowanie bardziej mi się podobała. Pianino ma przyjemny dla ucha dźwięk, działa kojąco i uspokajająco, w ten magiczny sposób przenosi mnie gdzieś indziej i coś sprawia, że z rozrzewnieniem mówię “ooo”. Piosenki niczym z filmu. Bardzo subtelne, acz wyraziste w swojej formie. Delikatne, acz takie nieoczywiste. Nie potrafiłam rozróżnić jednego utworu od drugiego, wszystkie zlewały się z upływem czasu w jedną monotonną całość. Każdy pojedynczy utwór był cudny, ale gdy zaserwowano je w niespełna dwugodzinnym ciągu, przyprawiały o sen i raczej posępny humor. Jak gdyby człowiek nie był w stanie się aż tak długo zamyślać, aż tak długo wczuwać się. Olafur, a jego imię pisze się z akcentem nad o, Ólafur bardziej, był niby śmieszny pomiędzy utworami, opowiadał anegdotki jak to grając koncert w zeszłym roku byli mega upici i że to wtedy napisał swój utwór “Poland”, że gorzka żołądkowa to jego ulubiona wódka i takie tam. Gibał się przy tym pianinie, jak gdyby napierając na niego, jakby wyciskając każdy dźwięk z osobna.
Najbardziej chyba zapadła mi w pamięć solówka na skrzypcach.
Generalnie oceniam cały wieczór bardzo pozytywnie, aczkolwiek nie zakochałam się, nie stałam się wielką fanką jego twórczości, niekoniecznie chcę kupić wszystkie jego płyty czy rozkoszować się jego muzyką chociażby na YouTubie. Zaliczam go do udanych, bo rozerwałam się kulturalnie, przeznaczyłam pieniądze na kulturę i poszerzyłam nieco swoje horyzonty, uzupełniłam worek doświadczeń.

Teraz słucham sobie Arctic Monkeys.

Na zmianę z Sam Cooke.
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s