comment 0

#408

Nagle musiałam sobie przypomnieć, że trzeba uważać w toalecie, bo nagminnie zdarzają się podglądacze. O, jest też napis, górujący nad tłumem niczym motto: “Find a job you like and you’ll never have to work a day in your life”.

Co ty powiesz.
W międzyczasie ja mam zawsze irracjonalny stres przed podróżowaniem pociągiem. To nie to samo, co na początku, kiedy całe życie elegancko obwożona po świecie samochodem musiałam zacząć nagle korzystać z kolei polskich i to na własną rękę, to znaczy, że podróż pociągiem nie odbywała się w ramach wycieczki klasowej, przy czym moje uczestnictwo zaczynało się i kończyło na uiszczeniu odpowiedniej kwoty u klasowego skarbnika i stawienie się na miejscu zbiórki o odpowiedniej godzinie. Zorientowanie się w oznaczeniach pociągu, spółkach, do których należą, miejsce przesiadki, peron, tor i ulgi na bilecie przysparzało mnie o bezsenność – naprawdę nie mogłam spać noc przed, to nie jakiś tam tylko frazes – jednak z czasem mi oczywiście przeszło, tak że teraz jestem już wprawiona w boju i często służę za podręczną informację turystyczną, gdy zdezorientowani ludzie pytają mnie, z którego peronu odjeżdża warszawski pociąg i jakie jeszcze pociągi odjeżdżają z drugiego. Nie trudno się połapać w Szczecinie Dąbiu, doprawdy – wszystkie pociągi jadące w Polskę plus ten jadący do Świno odjeżdżają z toru drugiego przy peronie drugim.
Stres, który odczuwam teraz, to stres, abym nie spotkała żadnego znajomka.
Znajomek – czyli osoba, którą znam z widzenia lub trochę bardziej, często poprzez kogoś, osoba, której najczęściej nie lubię, którą tylko kojarzę, często z opowieści, jednak jej twarz jawi mi się nagle cudownie znajoma w szarym tłumie podróżujących i często jak przypuszczam vice versa, bo wiele razy zdarzało mi się spędzać bite 5 godzin kształcąc się w sztuce small talku, a były to bolesne treningi.

I jeżeli nauczyłam się czegoś mieszkając już przeszło rok w tym mieście, a będę go zawsze nazywała “tym miastem”, żeby nie było, to że wcale nie trzeba się rzucać na szyję znajomym z widzenia, nie, nie trzeba z nimi rozmawiać, nie, nie trzeba pytać co u nich i odpowiadać na wścibskie pytania. Uśmiech, często tylko uśmiech, jak gdyby pozdrowienie werbalne było już kolejnym krokiem ku kontaktowi.
Nie wiem jakie to podejście, wielkomiejskie, europejskie czy jakby to inaczej sklasyfikował, niemniej jednak jest ono wygodne i nie grozi niezręcznymi sytuacjami.
Przecież jestem zajęta. Przecież właśnie się spieszę. Mój tramwaj będzie za dwie minuty, przecież i tak nie zdążymy się nagadać. To zrozumiałe.
Tak właśnie spotkałam kiedyś moją ulubioną panią od hiszpańskiego na przystanku nieopodal mojego czasowego miejsca zamieszkania, ucieszyłam się nie lada, ona pozdrowiła mnie oczywiście uśmiechem, spontanicznym, takim lekko jakby wyławiającym z tłumu i na pewno miłym, a gdy ja zmierzałam, by stanąć trochę dalej mijając ją zawahałam się, obróciłam się krok za nią, ale wokół własnej osi, bo gdy zauważyłam, że ona jest zaabsorbowana tępym studiowaniem wielkopowierzchniowej reklamy, udałam, że zahaczyłam o coś torebką.
Nie, żeby była to sytuacja stresująca, dziwna czy godna jakiegokolwiek wspominania, ale pomyślałam sobie tak sama ja – problem w spotykaniu znajomych to mam ja.
Bo kogo chcę uszczęśliwić na siłę i dla kogo być miła? “Cześć” wystarczy. Co z tego, że chodziłam z kimś do podstawówki. A do liceum? Jeżeli nie byłam z kimś w zażyłym kontakcie, to jest to tylko obłuda, a obłudne są relacje ze wszystkimi tymi osobami, które nie były u mnie w domu, że tak obiorę takie kryterium.

A gdy mój spóźniony pociąg przyjechał do Poznania, ja z jak zwykle za ciężką walizką i drugą torbą plamami z przeciekających pojemników z jedzeniem obnażających swoją zawartość mijałam oczekujących na tramwaj na Dworcu Zachodnim, ujrzałam nagle dziewczynę, z którą… Spędziłam dzieciństwo to za dużo powiedziane, bo przywołuje na myśl skojarzenia opatrzone ciepłymi wspomnieniami, jak to każdy dzień i często noc spędzałyśmy razem, bo rodzice się kolego… NIE! To nie tak, dziewczyna, która była w tej wielkiej grupie dzieciaków, z którymi spędzałam całe dnie na podwórku, z którymi robiło się bazę i grało w zbijaka, które wołało się przez balkon i wzajemnie. Z racji, że wyprowadziłam się stamtąd, gdzie ona wciąż mieszka, 11 lat temu, ciepło o nich wszystkich myślę i zrobiło mi się tak miło na jej widok, a nie widziałam jej całe tych 11 lat, ona rozmawiając przez telefon powiedziała do mnie takie radosne “Cześć”, na co ja też odpowiedziałam “Hej” i mimo że właśnie z nią miałabym o czym porozmawiać, z nią może i nawet bym chciała, to pozdrowiłyśmy się tylko krótko, krótkie skinienie ręki, błysk zębów, jak gdyby nigdy nic, jakbym dopiero co z nią rozmawiała, jakbym dokładnie wiedziała co u niej słychać.
Można. Można. Kolejny krok na nauce do nieprzejmowania się, co sobie ktoś pomyślę. Liczy się to, co pomyślę sobie ja i moi rodzice.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s