comment 0

#415

Słucham Edith Piaf jako część odkrywania poszczególnych karteczek z imionami w mojej świadomości, dorabiania ideologii do pewnych terminów, w pozytywnym sensie.
Tak to często jest, Marlon Brando, Marlon Brando. Co Marlon Brando, poza tym, że jest na mojej torbie? Poczekaj, aż będę miała czasu, a pozwolę się ponieść zmysłom i za jednym zamachem, na wdechu, przez jeden dzień przeczytam, co mam przeczytać i obejrzę, co mam obejrzeć, np. Tramwaj zwany pożądaniem. Kolejne, Kotka na gorącym blaszanym dachu. Skowyt.

Hymne a l’amour.
La vie en rose.

Za nic nie mam pojęcia o czym śpiewa – choć, jak wnioskuję, pewnie o miłości – i nie chcę się nawet dowiedzieć, bo tak przynajmniej wyobrażam sobie piękne rzeczy. Bez narzuconej interpretacji, jak czytanie wiersza bez wpasowywania się w klucz maturalnych odpowiedzi.

Kilka rzeczy wiem na pewno.
Jeżeli kiedykolwiek będę miała jakiekolwiek (i gdziekolwiek) cztery ściany, które będę mogła nazywać swoim M (niezależnie od tego jak bardzo swoim), na pewno nie pomaluję żadnego z jego części na żółto. Na pewno też nie na zielono. Zdecydowanie będę też unikała jagodowego. Wątpię, żebym miała kota. Odkryłam nawet trzy kolejne imiona, jak moje dzieci na pewno nie będą się nazywały.

Przychodzę do domu i zastanawiam się czy są. Po chwili słyszę, że są. Nie sposób się nie zorientować. On krzyczy do kota. To niesamowite jak pod wpływem miłości do ukochanej mężczyźnie mięknie serce i nagle pała miłością do jej ukochanego zwierzaka. Często tylko słyszę zza drzwi “Tosia”, tym pretensjonalnym, silącym się na stanowczy tonem. To nawet nie jest Tosia przez duże “t”, nawet nie jest z wykrzyknikiem. To po prostu takie suche “Tosia”. Tak, suche. Właśnie suche. Jakby określenie zaistniałego stanu rzeczy. Akceptacja wydarzenia. Tosia. Nazwanie żywej materii.

Ludzie z mojego Instytutu piszą słowniki. Badają język. Ja prowadziłam również zakrojone na szeroką skalę badania nad językiem na moim lokum. Gdybym miała napisać słownik, to składałby się on z bodajże bez mała pięciu pozycji. Może nieco więcej, o ile chciałabym zawrzeć szeroki kontekst stosowania, ich pole semantyczne, bla, bla. Najczęściej używane słowa w tutejszym ‘dialekcie’ to: chamówa, herba, Tosia, papsiczek, Jot, Jotek, Manekin, makaron, szpinak. Moja druga współlokatorka natomiast, używa mnóstwo naleciałości. Mój tata by jej powiedział. Mój tata, którego drażni kaleczenie języka, tak że gdy ja zwracam się przykładowo do mojej siostry zwyczajowym “obczaiłam na fejsie”, “zalajkowałam” itd., tata mówi, że to przykre i straszne generalnie jak my ten język kaleczymy i czy już nie potrafimy normalnie mówić. Otóż, tato, potrafimy i na tym to polega. Mogę sobie używać głupich zwrotów, mogę używać wulgaryzmów i innych okazjonalizmów, że się tak wyrażę, o ile potrafię też posługiwać się wcale nienaganną polszczyzną, jak muszę. Gorzej mają niereformowalne jednostki, który mają ograniczony zasób słów, a gdy już chcą posługiwać się ładniejszym językiem to i tak go kaleczą, bo niczego nie świadomi mówią np. “firnament”. Mają rację ci, co mówią, że najpierw trzeba nauczyć się swojego języka, żeby brać się za inne. A w polskim, przepraszam bardzo, jest się czego uczyć.
Wracając do naleciałości – ona na zajęciach miała case’a. Kejsa, a niech to, będę przytaczać właściwą pisownię. Co to jest kejs? Kejs stadi. Cokolwiek to jest, ten termin powinniśmy wszyscy rozumieć. W ramach Euro 2012 jest didżital cołczem. Musi zebrać dużo lajków na fejsie. No nie wiem, trzeba zapdejtować fanpejdż na fejsie. Generalnie to zajmuję się mejlingiem. Światowo.
Ja tam nie obracam się w tym samym kręgu naukowym co ona, toteż może nie jestem na bieżąco z językiem współczesnej polskiej nauki, ale jeśli tak on wygląda to jest to co najmniej przykre.
Obserwując jej życie, tak swoją drogą, zadziwiam się z każdym kolejnym dniem, a trochę ich już mam za sobą, jak wiele produktów z wizerunkiem Hello Kitty jest na rynku. Doprawdy, przez myśl by mi nie przeszło. Nigdy nie byłam szczególną fanką komercyjnych produktów typu te popularne zabawki, chociaż Barbie pewnie miałam, bajki Disneya i klocki Lego. Znałam to, nie że bawiłam się tylko i wyłącznie drewnianą kolejką z wczesnego dzieciństwa mojej babci, ale jakoś nie poświęciłam temu wiele miejsca w mojej pamięci. Tak oto mamy: zegarek, długopis, notes, podpaski, pomadkę do ust, pojemnik z szufladką na przechowywanie biżuterii, gumkę do włosów, kosmetyczkę, piżamę i kołdrę. Podpaski. A nie przywidziało mi się. Jest jeszcze puder, ale to chyba się nie liczy, bo jest ze Snoopym.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s