comment 0

#462; cyfrowe wykluczenie

Zewsząd atakuje mnie to samo.
Odkąd ukułam sobie ten bzdurny termin powtarzam go przy nadarzającej się okazji każdemu, kto chce mnie słuchać: cyfrowe wykluczenie. 
Jestem cyfrowo wykluczona. 
Nie mieszkam co prawda w leciwej rozpadającej się chacie, gdzie nie dociągnięto bieżącej wody, nie wspominając o internecie, jestem tym pokoleniem, które bawiło się w przedszkolu i na podwórku, a komputer pojawił się gdzieś w podstawówce, na początku jako dziwny przyrząd do nauki, na którym z dużym wysiłkiem i po czasochłonnym poszukiwaniu literek w gąszczu klawiszy można było pisać, a nawet rysować w Paincie. Pamiętam jak w ferie zimowe organizowano zajęcia komputerowe dla dzieci i można było sobie korzystać do woli, a był nawet internet i pamiętam, że – podobnie jak wszystkie dzieciaki – na nie ochoczo uczęszczałam, choć nie znałam żadnych stron internetowych. O ile w miarę ogarnęłam, CO TO w ogóle jest strona internetowa, tak nie znałam żadnych. Nie wiedziałam, co wklepać w pasek adresu, któremu pani poświęciła tak dużo czasu przy omawianiu obsługi internetu. 
W końcu od dziewczyny zajmującej sąsiedni komputer odgapiłam fascynującą stronę – internauci.pl i czytałam te dziwne nagłówki i przewijałam ją z góry na dół. 
Musiało to komicznie wyglądać – dzieciaki posadzone niczym na siłę przed komputerem, często kilkoro przy jednym, szybko się nudziły i traktowały ten cudowny komputer jak beznadziejną zabawkę.
Ee tam, komputer… O wiele więcej frajdy sprawiało siedzenie na podwórku i debatowanie w piaskownicy. 


Przyjmowałam wszystkie kolejne nowinki technologiczne zupełnie naturalnie. Pewnego dnia rodzice kupili mikrofalówkę, inny telewizor, wręczono mi telefon komórkowy i za jakiś czas znowu inny i tak dalej, i tak dalej. W międzyczasie toczyłam boje z moją siostrą o komputer, daj, tera ja. Mój rozwój technologiczny poprzestał na dniu, w którym przyszłam do domu, a tam w moim pokoju z okazji rozpoczęcia studiów lśnił laptop. I koniec. 
Od kilku lat używam internetu i programów pakietu Office w ten sam sposób, podążam wydeptanymi ścieżkami. Mam swoje ulubione strony, różnorakie blogi i będąc online przez znaczną część doby, trzymam rękę na pulsie wydarzeń, jak to mówią w Tvn 24. 
Myślałam, że to wystarczy, aż pewnego dnia zorientowałam się, że NIE! 
W porę dowiedziałam się oczywiście, co to takiego tablety i smartfony, ale były to dla mnie jakieś abstrakcyjne słowa z reklam puszczanych wieczorem. Żaden ze mnie gadget-freak, więc nawet przez myśl nie przeszło, żeby wyczyścić konto kupując sobie jakieś cacko mając zupełnie sprawny, dzwoniący i wysyłający smsy telefon. 
Pewnego pięknego letniego wieczora, gdy po wcześnie skończonej pracy udałam się na przejażdżkę rowerową, Bruno Mars opowiadał mi o swoim pomyśle na biznes, że w Kopenhadze są takie fast-foody, co to sobie ściągasz aplikację i za pomocą tej aplikacji dowiadujesz się, gdzie jest ich następny lokal. Zapytałam: A jak ktoś nie ma telefonu, żeby sobie ściągnąć aplikację? 
-No to ma pecha! (śmiech)

Zepsuło mi się kilka ułatwiających życie funkcji w urządzeniach, które posiadam. 
Z telefonu nie mogę wysłać mmsa, nie działa mi bluetooth, w komputerze również nie działa mi bluetooth i mądrzy koledzy-informatycy też nie wiedzą dlaczego, moja dosyć stara empetrójka jest na baterie AAA, więc jej użytkowanie średnio się opłaca. Aha, mój aparat również się rozwalił, bo pękł ekran. 
W rezultacie nie mam czym zrobić zdjęcia oraz nie mam żadnego urządzenia do przenośnego słuchania muzyki. Brzmi co najmniej jak rozterki nastoletniego hipstera, a nie jestem z tych co obsesyjnie fotografują najmniejszą część swojego życia, po to, by podzielić się z innymi, jaką właśnie kawę piję, jak ułożyła mi się dzisiaj grzywka lub w przebieralni jakiego sklepu jestem. 
Chodzi mi bardziej o upamiętnianie rzeczy. 
Łapanie chwil na zdjęciu. 
Miałam problem podczas grudniowej wycieczki do Berlina, ponieważ, hm… Kupiłam sobie więc aparat na kliszę i nic mnie nie interesowało, że fotografowałam uniwersytet Humboldta mrużąc jedno oko, podczas gdy inni unosili w górę swoje iPhony w opakowaniu z uszami! 
Nie do końca podoba mi się takie analogiczne życie.

To samo muzyka. 
Oczywiście, że wolę rozmowę z kimś lub ciekawą lekturę zamiast izolowania się słuchawkami i zagłuszania wszelkich dźwięków, ale często podróżuję sama pociągiem, sama gdzieś idę i sama na coś czekam. Wyciszenie się i chwilowe odcięcie się od wszystkiego jest człowiekowi każdego dnia bardzo potrzebne, lecz nadmiar tej ciszy – jak czytałam – nosi znamiona depresji.

Na domiar złego, dzisiaj przeczytałam wywiad z założycielem portalu Legimi.com, czyli czytanie e-booków do woli za 19 zł miesięcznie. Super pomysł! od razu pomyślałam i już byłam skłonna płacić i czytać, po czym dowiaduję się, że jest to w formie aplikacji i działa tylko na iPadach. 

Na DUPIE! 

Nawet Inter City ma aplikację, z tego co wiem, za pomocą której mogę sprawdzić rozkład albo ewentualne opóźnienia pociągów. Ja w tej sytuacji jestem skazana na tablice i zapowiedzi na dworcu  lub ewentualnie na jakieś nadprzyrodzone moce. 

Wszędzie te kody to zeskanowania! 

Z jednej strony tęsknię do życia, w którym technologia nie miała jeszcze aż takiego znaczenia, kiedy istniała, ale była ludziom dość obojętna. Dzisiaj mogę oczywiście z niej zrezygnować, mogę czytać jeszcze większe ilości książek i gazet jadąc pociągiem, mogę nadal robić sobie zdjęcia na kliszę, usunąć Facebooka i żyć w ten oldschoolowy sposób. Poruszaliśmy ostatnio ten temat na hiszpańskim i powiedziałam, że to co innego z perspektywy señora profe, która ma sobie te trzydzieści kilka lat i nie lubi komputera, a wypracowania trzeba jej oddawać pisane ręcznie, ale my, pokolenie dwudziestolatków, którzy w większości stoją u progu życia, u progu znalezienia pracy, u progu odnalezienia się w całym tym gąszczu, zarówno w realu jak i w sieci, nie mamy tak swobodnego wyboru. Mogę wieść analogowe życie, mogę mieszkać na wsi i hodować kury na wolnym wybiegu, ale to dość alternatywny tryb życia. Jak mogę wyrabiać sobie jakąkolwiek pozycję na rynku pracy, jeżeli nie posiadałabym podstawowych umiejętności i wiadomości z cyfrowego świata? 
Całe zło tego świata jest zwalane ostatnimi czasy na Facebooka, ale taki trywialny przykład – tylko przez Facebook mam kontakt z większością osób, z którymi współistnieję. To tam robi się większość prezentacji grupowych i dowiaduję się, kiedy jest poprawa. Dlaczego mam z tego rezygnować, skoro Facebook pomaga mi się dowiedzieć? 
Nie mówię, że podstawowa umiejętność obsługiwania internetu czy posiadanie konta na portalach społecznościowych realnie jest w stanie mi w czymkolwiek pomóc czy cokolwiek zdziałać, ale bez tego też ani rusz. 

Może dorobię się urządzenia odtwarzającego muzykę i robiącego zdjęcia w tym nowym roku. 
Żeby umilić sobie tych kilka chwil dzielących mnie od depresji. 
No bo co?
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s