comment 0

#463

Muszę sobie przygotować jakąś rezolutną odpowiedź na pytanie “Co robiłam przez ferie” lub też nieco bardziej złośliwa wersja “Co robiłaś przez tyle czasu, siedziałaś z dupą?”. 
Otóż wcale nie! 
Korzystam z dobrodziejstw mojego wieku oraz tego, iż o moich losach i dniu codziennym przez najbliższych kilka miesięcy nie decyduje jakiś wredny pracodawca i jego widzimisię, tylko co najwyżej wredna pani magister układająca plan zajęć, czyli żonglująca salami, godzinami i cennym czasem studentów. 
Mówiąc na wyrost, można powiedzieć, że odbyłam inspirującą podróż na południe. 
Trzydniowy kurs pozytywnego myślenia, jakby to powiedział Bradley Cooper. 
Pławiąc się we wspomnieniach z dzieciństwa w towarzystwie wujostwa, które nie wie co prawda, ile mam dokładnie lat, czasami pytają, czy pamiętam kartki i komunę, zdarza im się zwracać do mnie imieniem mojej siostry i na odwrót, ale są żywym pomnikiem, tego, czym ja chcę być w przyszłości, a mianowicie szczęśliwie starzejącym się, zadowolonym z siebie i z życia człowiekiem. 
Wujek – rocznik 44, ciocia – 47. O swojej młodości opowiadają przez pryzmat takich wydarzeń jak marzec 68; dzieciństwo to wczesne lata powojenne, lata 50., u władzy ludzie, których nazwisk nie uczą na historii, dobytek w mieszkaniach i w mieście ogóle to pozostałości po Niemcach. W bardzo starym mieszkaniu mojej nieżyjącej babci do dzisiaj znajdą się popiersia Wagnera czy Schuberta, zabytkowy sekretarzyk i masa innych cennych rzeczy.
Mimo że wożono mnie w tamte strony od najmłodszych lat, dopiero teraz odkryłam te miejsca tak naprawdę, w pełni świadomie, do głębi i na własną rękę. Sama przespacerowałam się tymi wąskimi uliczkami i patrzyłam na podupadające kamienice. Snułam się bez celu i zauważałam różne detale, typu XVII-wieczna inskrypcja lub jakiś tajemniczy zaułek. Choć niestety nie grzeszę pamięcią do miejsc, to kolejno przypominały mi się różne miejsca, które już wcześniej widziałam i podziwiałam, co się zmieniło. 
Moi wujkowie czerpią niewyobrażalną radość z życia codziennego. Oboje są już na emeryturze, mają w sumie troje wnuków. Prowadzą bardzo aktywny tryb życia, od zawsze zakochani są w górach, o każdej porze roku. Wielcy optymiści, wydają się kochać życie i czerpać z niego garściami, im krótsze ono jest. Uwielbiają zwiedzać – nie tylko świat, ale i swój region. Wcale nie mniej podoba im się w Prowansji czy Toskanii, co w Lądku Zdrój i na Zieleńcu. Regularnie jeżdżą do opery lub do filharmonii, obserwują zmiany dookoła i nietrudno znajdują sobie zajęcie – chodźmy zobaczyć ten nowo odnowiony most, bo jeszcze go nie widzieliśmy w tak pięknym śniegu. 
Sądzę, że naprawdę godne podziwu i naśladowania jest ich entuzjazm i radość z najmniejszych rzeczy –
że drzewa przykryte są warstwą śniegu, 
że tutaj lubią być sarenki, 
że po śladach widać, że tu biegł zając,
że tą kamienicę ładnie odnowili, 
że Erisowa postawiła tutaj hotel, a odkupiła go od Kulczykowej,
że ten krzak taki ładny, 
że “zrób, Boguś, zdjęcie, jaki ten świerk ma długie igły”, 
że trzeba będzie tej magnolii zrobić zdjęcie jak zakwitnie na wiosnę, 
że chleb najlepszy jest z tej takiej piekarni tutaj, 
że jadąc do miasta po zakupy zewsząd widać góry przy ładnej pogodzie, 
że Hania nauczyła się mówić “kap kap”

i mnóstwo, mnóstwo innych uciech! 
Zasmucił mnie nieco fakt, że mój, przepraszam, 69-letni wujek ma momentami więcej werwy niż ja (że np. po aktywnym dniu i tak stwierdził, że 20:00 to świetna pora na spacer w śniegu, bo nie widziałyśmy oświetlonego miasta – nie, wcale) albo że ja pierwsza zmęczyłam się podczas górskiego spaceru w śniegu. Czasami zdarza mu się używać przestarzałych słów jak np. “wisusy” , “klawo” albo z rozrzewnieniem opowiadać o tym, jak w dzieciństwie rzeczy znalezione na strychu zaniósł na złom i dostał za to tyle kasy, że trzy razy był na poranku. Tu oczywiście musiał uściślić, o co chodziło z chodzeniem na poranek:)
Z reguły lubię mieć co robić, lubię mieć jasno określony cel, nawet jeżeli sama sobie stwarzam takie półśrodki po to tylko, żeby się zmobilizować i pod koniec dnia mieć poczucie zrobienia czegoś konstruktywnego. Zorganizowanie sobie wolnego czasu jest ważniejsze właśnie w tym momencie swojego życia, kiedy już nic nie musisz, czyli właśnie na emeryturze. Nic dziwnego, że tacy moi wujkowie przeżywają, gdy więcej osób przychodzi do nich na obiad – to przecież nie lada przedsięwzięcie logistyczne! Bez zająknięcia się dwa razy w tygodniu wstają o 5:40, by od mniej więcej 7:00 zacząć swój dyżur przy 14-miesięcznej wnusi! Dwa takie dni w tygodniu i jest potem co przeżywać przez kolejne dwa dni, a zatem tydzień już upłynął. 
Tym, co naprawdę podziwiam jest to, że oni wiecznie spoglądają w przyszłość, a jednocześnie cieszą się teraźniejszością. Nie tkwią w przeszłości, nie wspominają bez ustanku zamierzchłych czasów, innego rządu, innego ustroju. Żałuję trochę, że tak rzadko się widzimy, bo podczas tych sporadycznych spotkań jest tyle miejsc do zwiedzenia i tyle zdjęć do obejrzenia, że często brakuje czasu na takie leniwe pogadanki po prostu o życiu – oto siedzą przede mną ludzie, którzy żyli i bardzo dobrze pamiętają czasy, o których ja na historii się nigdy nie uczyłam (bo jak wiemy w szkole namiętnie wałkujemy Mezopotamię). Chciałabym od nich usłyszeć, jak to kiedyś było, o co chodziło tak naprawdę z tym ustrojem, że ktoś był w partii, kto za komuny miał dobrze, a ktoś nie. Wstępnie już umawiamy się na jakiś nordic-walking w maju, więc może wtedy przy ładnej pogodzie wezmę ich na zwierzenia…
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s