comment 0

#464, #co mam do powiedzenia na temat blogów modowych

Gdybym prowadziła jakąś opiniotwórczą stronę to może cytowano by moje słowa wytłuszczonymi, drukowanymi literami, ale, tak czy inaczej, zwiastuję śmierć blogów modowych, szafiarskich i luźno rozumianych lifestylowych. 
Mimo że internet, jak i telewizja to media, które kłamią i które mają niezaprzeczalną funkcję propagandową, opiniotwórczą i niestety są bardzo wpływowe, tak uważam, że odbiorcom naprawdę nie można sprzedawać tak zwanego kitu, bo fałsz się wyczuwa. 
Człowiek ma pewną tolerancję na fałsz i obłudę, bo tak to już jest, ale nie do przesady. 
Był taki czas około 2006 roku – brzmi to jak jakieś niewiarygodne wspomnienia, ale spójrzmy prawdzie w oczy, to w końcu 7 lat temu (dzieci urodzone wtedy idą już do szkoły), kiedy kilka modowych blogerek, bodajże, z USA było naprawdę popularnych. Były to bodaj pierwsze podrygi w tej materii, one określane były mianem pionierek, różne gazety rozpisywały się na temat tego nowego zjawiska, powstał termin “blogosfera” i wiele innych. Blogi te zrodziły się najczęściej w małych miejscowościach, kiedy nastoletnia dziewczyna zauważa, że w zasadzie nie podobają jej się ubrania w lokalnych sklepach, nie pasuje do swoich rówieśników, którzy ubrani w Abercrombie & Fitch imprezują w domu pod nieobecność rodziców lub rozbijają się ich samochodami po mieście (skąd my to znamy). Przy odrobinie pewności siebie i kilku akcesoriach typu komputer, internet i dobry aparat fotograficzny zaczyna dokumentować swoje ubrania, opisywać wypady na zakupy i najlepsze sklepy vintage w okolicy. Była moja faworytka wszech czasów Jane Aldridge z Sea of Shoes i jej mama Judy z Atlantis Home, była Karla Deras z Karla’s Closet, którą lubiłam tym bardziej, im krótsze miała włosy, była Camilla z Childhood Flames, pierwszym blogiem w ogóle, który zaczęłam śledzić była Susie Bubble, ale jej eklektyzm do mnie nie docierał, mimo że od samego początku postrzegam ją w kategoriach zjawiska. Z czasem zrobił się ogromny boom na takie modowe blogi, bo każdy (nie tylko każda dziewczyna) jest, sądzę, odrobinę narcyzem, a wraz z rozwojem technologii lubimy tworzyć serial ze swojego życia. Jest coś, co sprawia, że za pomocą portali społecznościowych dzielimy się światem tym, co jemy, co widzimy, gdzie nocujemy. Miłe komentarze mile łechtają, jednocześnie mamy miłe wspomnienia w postaci ładnych zdjęć, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w katalogu. 
Och, Instagram jest tak łatwo dostępny. Wystarczy pozwolić tej aplikacji na dostęp do niemal wszystkiego w telefonie, pozbyć się wszelkich praw autorskich do zamieszczanych zdjęć, podać wszystko jak na dłoni, a to wszystko za marny filtr nakładany na zdjęcia! I już szara kamienica wydaje się tajemnicza, a rozbite okno to taki artystyczny i poruszający symbol miasta. 
Z czasem każda dziewczyna z najmniejszego zakątka świata mogła sobie założyć blog z zawartością swojej szafy w roli głównej. To na pewno miłe zajęcie, a nawet jeżeli prowadzenie bloga urasta do pełnoetatowej pracy (bo przecież istotny jest kontakt z czytelnikami, regularne odpisywanie na maila i odpowiadanie na pytania typu “jakiego szamponu do włosów używasz”) to może zająć to nawet więcej godzin w ciągu dnia aniżeli odbębnienie kilku godzin i kilku kaw w normalnym miejscu pracy. 
Kto z nas nie chciałby pracować z domu w nieokreślonych godzinach? Praca polegająca na wyglądaniu dobrze, na robieniu zakupów za nieporównywalnie większe pieniądze. Gdybym wygłaszała takie stanowcze opinie w obecności jakiejś blogerki to pewnie usłyszałabym stanowczy sprzeciw, że co ja mogę wiedzieć, ale nie wiem czy istnieje argument, który byłby mnie w stanie przekonać, że to mimo wszystko ciężki chleb, jak to mówią. Większość blogów reprezentuje podobny poziom, co znaczy też że powielają ubrania i posty – ostatnio popularne jest podsumowywanie miesiąca różnymi przypadkowymi zdjęciami z telefonu, tytuł posta np. “January in pictures ♥”, do tego obowiązkowy wpis o Walentynkach, zdjęcie o poranku, zbiór gifów i grafik z Tumblr i innych, kilka zdjęć jedzenia, czasami przepis kulinarny, zbiór zdjęć z Instagramu, post o ogólnych wydarzeniach wspólnych dla ogółu jak np. Boże Narodzenie, weekend majowy, wakacje, pierwszy dzień jesieni, pierwszy śnieg, pierwszy dzień wiosny, lata i tak mija rok na przeciętnym blogu. Do najnowszych acz najbardziej żenujących blogów ostatniego czasu należy blog Oli z Na Wspólnej pod tytułem lubieszpinak.blogspot.com. To jest chyba szczyt, absolutne wyżyny autopromocji, zdjęcia robione w windzie lub najwyraźniej oczekiwanie na windę w lustrze na klatce schodowej, fotografowanie udanego makijażu, jedzenia, psów, wnętrza mieszkania i innych pierdołowatych rzeczy. Innowacją są filmiki na którym to Ola dzieli się z nami przeżyciami z planu kręcenia jubileuszowej ramówki do Na Wspólnej, opowiada o swojej szkole, bo “pytacie o to w komentarzach” i tak dalej. Ola to nawet ładna dziewczyna, ma ładne godne pozazdroszczenia mieszkanie, ma ciekawe życie i pewnie jest szczęśliwa mieszkając ze swoim chłopakiem, ale to, co robi chcąc znaleźć dla siebie miejsce w blogosferze jest, jak mówię, co najmniej żenujące. 
Był dzisiaj o tym artykuł na NaTemat, kolejny z serii, że blogi to coraz bardziej wpływowe medium, niemalże na równi z dziennikarstwem modowym, bla bla. Wśród ogólnego entuzjazmu i hurraoptymizmu różnych ludzi wszelako związanych z modą w Polsce, wyróżniał się Marcin Różyc, który w swoim raczej krytycznym stanowisku stwierdził, że jest różnica pomiędzy pokazywaniem nowych butów a dziennikarstwem modowym. Pod żadnym pozorem, sądzę, nie należy stawiać dziennikarstwa modowego na równi z blogami, choćby i dlatego, że z dziennikarstwem blogi mają mało wspólnego, bo te opłakane teksty zaczynające się najczęściej od “cześć, kochani” (bo pamiętajmy: kontakt z czytelnikami), ubogie stylistycznie i – bardzo często – ortograficznie trudno nazwać dziennikarstwem. Nie znam, choć poszukiwałam czas długi, bloga o modzie, o modzie modzie, nie chwalenie się nowymi nabytkami. Jestem przekonana, że takowe istnieją, zarówno polskie jak i zagraniczne, ale nie wiem za bardzo, dlaczego w całym tym gąszczu polskiej blogosfery napotykam nieustannie blogi lifestylowe drugiej kategorii, którego autorkami są młode dziewczęta, fotografujące rzeczywistość za pomocą swojego smartphone’a. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że kogoś stać na ubrania z sieciówek. Nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że można sobie pozwolić na kupno całego zestawu z manekina. Sztuką jest się ubrać, kiedy nie ma się pod nosem galerii handlowej. Znajdowanie drobnych perełek i niepozornych skarbów w najmniej spodziewanych miejscach, kiedy nie można pochwalić się metką, nie dostało się tego za darmo lub nie można podać linka do danej rzeczy.
Najbardziej chyba drażni mnie ten fałsz wynikający z tego, iż w ciężką zimę, tak ciężką, że już nawet nie szkoda na opał, oglądam zdjęcia dziewczyneczek w sukieneczkach i samych rajstopkach na śniegu. 
Och, rozumiem, że śnieg to taka ładna sceneria, bo w bieli jeszcze nikt brzydko nie wyglądał, a i mróz tak uroczo szczypie w poliki, ale na miłość boską, co to za sztuka ubrać się w jakiś letnio-wiosenny zestawik, kiedy na dworze pizga złem minus piętnaście? Sztuką jest wyglądać dobrze będąc ubranym odpowiednio do pogody, potrafić wystylizować kurtkę zimową albo zachować szyk w drobnych elementach typu ciekawie zawiązany szalik, połączenie faktur itd. Poszukiwałam pocieszenia na obcojęzycznych blogach, tych ze “scandinavian” i “copenhagen” w nazwie mając nadzieję, że chociaż ludzie północy ubierają się ciepło, ale i tam widziałam porozpinane płaszcze, kamizelki, mokasyny na śniegu i obcasy w ciężki mróz. 
Jak rozumiem, wszystko to można przypisać kategorii poświęcenie dla mody, bo nie rozumiem, z jakiego innego powodu oglądam zdjęcia z Londynu, a na ulicy dziewczyna w długiej spódnicy i z GOŁYMI NOGAMI. 
Czy we wszystkich innych zakątkach świata w tej strefie klimatycznej jest ciepło tylko Świnoujście i Poznań to dwa bataliony prawdziwej zimy? 
Jedynym blogiem, na którym w miarę regularnie oglądam zdjęcia porządnie, acz odpowiednio do pogody ubranego człowieka jest, co by nie mówić – vslvstyle.blogspot.com. Facet momentami aż za często opowiada o rożnych tkaninach i ich odporności na niskie temperatury, ale to jest właśnie to, czego ja poszukuję – styl i dobry gust w każdych warunkach atmosferycznych o każdej porze roku, bo – jak wspomniałam – nie jest sztuką ubrać się wiosną czy latem, kiedy wystarczy jedna warstwa i jakaś dzianinowa sukieneczka. 
Kim są ci ludzie? Czy to ci, co wszędzie jeżdżą samochodami i nie marzną na przystanku? 
A propos, podczas mojej niedawnej niżej wspomnianej wyprawy na południe odwiedziłam kilka lumpeksów, które oznaczone były śmiesznie oznaczone – w różnych miejscach w mieście rzucał mi się nagle w oczy wielki napis np. HOLANDIA wraz ze strzałką wskazującą kierunek, nie mając okularów myślałam, że to jakaś inicjatywa PTTK wskazująca kierunek do danego kraju, ale z odpowiedniej odległości widziałam już, że małymi literami dopisane jest ODZIEŻ. Tak więc zwiedziłam Holandię, Szwecję, Norwegię i inne. Nigdzie jeszcze nie widziałam tak grubych swetrów jak w tym szmateksie ze Szwecji i Norwegii. Niewyobrażalnie gruba wełna. Kombinezony narciarskie. Grube koszule jeansowe. Charakterystyczne wzory nazywane skandynawskimi. Ci to wiedzą, jak się ubrać, choć próżno tego szukać w blogach kategorii ‘street style’.
Już jakiś czas temu to ograniczyłam, ale myślę, że definitywnie przestanę śledzić wszelkie modowe blogi, bo przez tych kilka lat intensywnych poszukiwań czuję lekkie znużenie, bo mało mnie już zaskakuje i coraz mniej mi się podoba. Nie wyrosłam na pierwszą malkontentkę RP, ale mimo że nie miałam nigdy na żywo do czynienia z modą, nie brałam choćby i biernego udziału w żadnym pokazie mody, to gdy na zdjęciach lub filmach widzę całą tą atmosferę albo czytam wyznania praktykantek różnych czasopism z backstage’u, które w ramach bezpłatnego stażu wykorzystywane są do ciężkiego zapierdolu na backstage’u, to jest w tym coś odpychającego. Ten lans, lans nie do zniesienia, a jednocześnie bezwzględność, konkurencja i to wszystko.

TEN TYPES OF PEOPLE YOU SEE AT FASHION WEEK

UGH! O co innego mi chodzi! 
Naturalnie, lubię sobie popatrzeć na ładne zdjęcia, czytam kolorowe czasopisma i katalogi, zbieram czasami wycinki z gazet do specjalnego pojemnika, na komputerze mam też kilka folderów z inspiracjami, ale obecnie bardziej czytam blogi i śledzę vlogi o urodzie aniżeli o modzie, bardziej ciekawi mnie wystrój wnętrz i architektura niż ciuchy. Bardziej interesuje mnie człowiek i historia. Tak, historia! Zaglądanie bardziej do wnętrza i zmierzanie do sedna, czyli czytanie wzmianek historycznych i merytoryczne interesowanie się danym krajem, a nie ogladanie street stylu z danego miasta. Oglądam street style z Mediolanu, tydzień mody w Barcelonie, a  czy w pełnym przekonaniu potrafiłabym wskazać te miejsca na mapie albo powiedzieć o nich coś więcej niż to, do jakiego państwa przynależą?
Och, tak mi lżej!
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s