comment 0

#470; Inwazja

Och i ach, właśnie niedawno skończyłam brać udział w całkiem sympatycznym festiwalu, przy którym byłam wolontariuszem. Nie był to co prawda Transatlantyk, do którego swoją drogą poszukują właśnie chętnych. Gośćmi nie była ani Yoko Ono, ani nawet Thurston Moore, tylko postacie o wiele bardziej niszowe i śmiem twierdzić, że o o wiele mniejszej renomie. Nader szczerze powiem, że podobała mi się bardziej otoczka festiwalu niż odbywające się w jego ramach wydarzenia.

Festiwal nosi w moim mniemaniu nieco nietrafioną nazwę, bo “Inwazja barbarzyńców – inny festiwal”. Jego ideą jest poznanie i otwarcie się na tego Innego lub Obcego, tego, którego nie znamy, który się od nas różni i tak na przykład warsztaty na temat inności prowadzone są przez obcokrajowców czy czarnoskórych, przeróżne projekcje filmowe, happeningi, performance’y, wernisaże, koncerty czy akcje uliczne. W tegorocznej edycji festiwalu wyświetlano np. film Dona Hertzfelda “It’s such a beautiful day” (do którego zresztą wraz z moimi sympatycznymi koleżankami tłumaczyłam napisy!!!), traktujący o chorym psychicznie Billu i na ten temat odbywał się tuż po projekcji panel dyskusyjny, który swoją drogą zaliczam do najciekawszych wydarzeń całego festiwalu i to nie tylko dlatego, że pan doktor psychiatra miał manierę mówienia jak Muniek Staszczyk. 
Pierwszego dnia, który był zarazem pierwszym naprawdę ciepłym (bo ludzie po tak długiej zimie ostrożnie posługują się słowami “upał” i “upalny”) dniem tej wiosny, byłam trochę podekscytowana, bo oto przyszło mi w udziale nosić firmową smycz i udawać kogoś z organizatorów. W planie popołudniowym był performance Heinza Cibulki i spektakl teatru Ba-Ku. 
Przyglądałam się przygotowaniom do tego performance’u i zachodziłam w głowę, do czego mogą przydać się produkty, jak drewno, siano, mleko, papryka, żółty proszek, ogórki kiszone, ziarna w wiklinowych koszach ustawione w okręgu. Muszę przyznać, że nie za bardzo dowiedziałam się tego nawet po rozpoczęciu a i po zakończeniu performance’u.

backstage

Przy niezidentyfikowanych dźwiękach, które ja z początku wzięłam za zakłócenia i nieco zmartwiona myślałam nawet, że głośniki im się popsuły, a to trochę wtopa na samym początku, a okazało się, że to właśnie muzyka do tego performance’u, który to zwyczajnie polegał na tym, że szanowny artysta tworzył obraz z tychże otaczających go produktów. Publiczność mogła podejść, dotknąć, zobaczyć z bliska, ale przedtem została oczywiście upomniana, żeby nic nie zabierać. Cóż, zastanawiałam się w tym miejscu, czy publiczność na całym świecie upominają w ten sposób, czy tylko polską.
Mówiąc pokrótce, prostacko i po ignorancku, na kwadrat zbity z desek, co wyglądało jak piaskownica, koleś wysypywał to trochę piasku, to ziarna, to siano, to polał je mlekiem, na to posypał drewno, paprykę, potem ogórki kiszone, trochę sztucznych kwiatów, wszystko to przy akompaniamencie psujących się głośników, by po ok. 40 minutach jak gdyby nigdy nic stanąć z boku i lekko skinąć głową. Publiczność w zupełnej ciszy zebrała swoje rzeczy i udała się do wyjścia. 
Ja przez resztę wieczoru, noc i następny poranek zastanawiałam się, co jest ze mną nie tak, bo uważam się za osobę otwartą nawet na największe udziwnienia nazywane sztuką. Długo doszukiwałam się sensu, ale mi się nie udało. Co gorsza, inni, np. studentka historii sztuki, mówiła, że jej się to podobało! 
Widocznie była to sztuka przez jakieś bardzo duże S, nie załapałam tego za grosz. 
W krótkim wywiadzie, którego pan Cibulka udzielał potem studenckiemu radiu, a który to wraz z sympatyczną koleżanką ad hoc tłumaczyłyśmy, mówił, że pierwszy raz pokazywał ten performance w ’66 lub ’67 roku i że pokazywał go w Ameryce, Korei, Niemczech itd. Cóż, oznacza to, że od niemal 50 lat ktoś chce obserwować faceta sypiącego piasek i ogórki kiszone do piaskownicy. 
Niekwestionowanym wydarzeniem numer jeden była dla mnie oczywiście polska premiera wspomnianego filmu. Czułam się zajebiście ważna, czyli chyba tak, jak często czuje się tłumacz, niczym niosąca pochodnię do ciemnego ludu. To dzięki mnie mogli rozszyfrować, o co chodzi, bo oto ja, po niemal miesiącu użerania się z programem do robienia napisów, skleciłam te białe literki i umieściłam je u dołu ekranu! Niesamowicie byłam dumna z mojego nazwiska, które skrzętnie umieściłam na samym początku napisów końcowych, choć stresowałam się nieco, widząc wśród widowni moją wykładowczynię od, eghem, angielskiego. 
Miałam okazję zobaczyć też wystawę fotografii autorstwa Magdaleny Frey, która to swojej pracy skupia się na kobietach. Zdjęcia powstały podczas jej pobytu w Meksyku. Są to w większości kolaże fotograficzne ukazujące kobiety w pozornie zwykłych sytuacjach. Był też wyświetlany film, na którym też pokazywano zwykłe życie, aczkolwiek w bardzo dobitny sposób: niby zwyczajny bazar, ale nagle odcinali koniowi łeb i gotowali go w ogromnym garze z cytrynami. Następnie cięli pozostałe części ciała i było jedno fascynujące i iście odrażające ujęcie wnętrza przepołowionego wnętrza konia, tak że było widać jego brzuch od środka i mostek. 
W nieco bardziej nudniejszym momencie wernisażu przeglądałam sobie albumy z twórczością artystki, które przywiozła ze sobą i które chciała opchnąć za trzy dyszki sztuka. Całkiem sympatycznie fotografie, trochę portrety, reszta jak gdyby reportaż, aż tu nagle dziwna mozaika z mnóstwa mniejszych zdjęć. Przyglądam się tym żywym kolorom, aż to spostrzegam, że z góry na dół są sfotografowane różne zakrwawione podpaski. Niektóre zdjęcia przedstawiały zbliżenia piersi lub brodawek z różnych perspektyw, niektóre przedstawiały samą artystkę en face. Były też różne ujęcia jej nagiego ciała, kiedy była w ciąży i krążąc wzrokiem po pozostałych fotografiach zorientowałam się, że to dość drastycznie dokładna dokumentacja jej ciąży I PORODU, bo oto na niektórych ujęciach parła, na niektórych było widać jej rozciągnięte przez wychodzącą główkę dziecka krocze!!! W towarzyszącym zdjęciom opisie przeczytałam, że artystka z dokładnością naukowca podchodzi do zagadnienia kobiecości, przygląda się i bierze pod lupę wszelkie szczegóły, bla bla bla. Tutaj znowu mój wewnętrzny kryzys i rozterki – dla niektórych to jest sztuka, a dla niektórych zakrwawione podpaski. Byłam zawstydzona i czułam się nieco niezręcznie najpierw obejrzawszy zakrwawione podpaski i poród tej kobiety, a potem obserwowałam ją na jej wernisażu, gdzie wszystkich powitała, podziękowała i swobodnie rozmawiała z zainteresowanymi gośćmi. 
Prawdziwie najciekawszym wydarzeniem festiwalu, tak że gdybym miała wybrać tylko jedną rzecz to wybrałabym to, był panel dyskusyjny “Max Blecher – nieznany geniusz” w księgarni Bookarest w Starym Browarze. Przyjechał sobie z Rumunii przystojny i intrygujący pisarz, poeta czy też, jak to mówią, opiekun spuścizny Maxa Blechera – Claudiu Komartin. Opowiadali o twórczości Blechera, jego biografii, jego znaczeniu w Rumunii na pokolenie nowych pisarzy i jak to jego twórczość przeżywa teraz renesans. Gość wypowiadał się po rumuńsku, a całość była tłumaczona na polski (za pomocą techniki chuchotage zresztą ;)) Nie znałam Maxa Blechera ani żadnej z jego książek wcześniej, więc przysłuchiwałam się tylko biernie, ale bardzo podobało mi się, że poświęcili dobre 10 minut na czytanie fragmentu jego książki, raz po polsku, a raz w oryginale. Od dawna nie byłam w sytuacji, kiedy ktoś przemawiał w obcym języku, a ja byłam tylko i wyłącznie skazana na tłumaczenie, tym bardziej zafascynowana byłam słuchaniem obcego języka i próbowaniem rozszyfrowania poszczególnych słów, a także obserwowaniem tłumaczki w czasie pracy, czyli jak to wygląda w praktyce. 
Jedną z najbardziej fascynujących rzeczy, którą mogłam zaobserwować w trakcie trwania festiwalu było oglądanie tłumaczy ustnych w pracy. Takich przypadków było w sumie trzy i to z trzech różnych języków, nie licząc tłumaczki języka migowego.
Był tłumacz j. niemieckiego, który konsekutywnie tłumaczył spotkanie z Verą Isler, szwajcarską Żydówką, fotografką i bohaterką filmu dokumentalnego. Był to łysy pan w średnim wieku, ubrany w garnitur, który zawzięcie notował. Wypowiadał się dość głośno i dobitnie, a co mnie najbardziej zaszokowało to to, że co jakiś czas unosił palec, jak gdyby zgłaszając się do odpowiedzi i sygnalizując mówczyni, żeby się nie zapędzała, bo jest tłumaczona. To dziwne zachowanie, zupełnie czegoś innego uczą nas na zajęciach. Nas uczą, że tłumacz musi być przygotowany i nastawiony na różne warunki pracy – może zdarzyć się mówca sepleniący, częściowo sparaliżowany, może być burza z piorunami, nie być prądu, może płakać dziecko na widowni lub po brukowanej ulicy za oknem jechać koparka. To wszystko jest tylko i wyłącznie nas problem, my musimy starać się dostarczyć jak najlepsze tłumaczenie. Możemy oczywiście poprosić mówcę o powtórzenie, czego lepiej unikać, ale takie bezpardonowe zgłaszanie się, jak gdyby na boisku proszenie o czas, wydało mi się wobec tego, co nam wpajają, bezceremonialne i trochę nie na miejscu, ale widać jeszcze jestem nieopierzona w tej kwestii.
Kolejne tłumaczenie miałam okazję zaobserwować na wernisażu, kiedy to nie wiedzieć czemu, z jakich względów, a przede wszystkim dla kogo, bardzo zadowolona z siebie dziewczyna tłumaczyła konsekutywnie krótkie powitanie widzów na otwarciu na angielski.
Oj, jakie to było złe. Ubrana całkiem schludnie i wyposażona w pokaźny, gruby notes do notowania. Nie radziła sobie za bardzo z krótkimi wypowiedziami typu “Chciałbym Państwa bardzo serdecznie powitać na otwarciu wystawy. Wystawa ta odbywa się w ramach festiwalu…” Zdarzało się, że ktoś się krótko wypowiedział, powiedzmy, że w trzech zdaniach, w których padł też dowcip, na co zgromadzeni ludzie się zaśmiali, tłumaczka też się radośnie śmiała, nie zważając, że powinna go konsekwentnie przetłumaczyć. Kilka razy pozostawiała całe frazy bez tłumaczenia, po prostu się nie odzywała, bo zaśmiewała się akurat w najlepsze, a gdy już postanowiła się odezwać, to z krótkiej wypowiedzi tłumaczyła tylko ostatnie zdanie, a i tak z karygodnym błędem typu “I would like to thank to Michał for…”, “We would like to invite you all on vernissage on September…”. Najbardziej fascynował mnie cel w ogóle tego tłumaczenia, nie zważając już na jego jakość. Galeria, w której odbywała się wystawa, miała jakieś 20m2, zgromadziło się jakieś 30 osób, z czego 10 kłębiło się przed wejściem na fajce, a krótkie powitania i wzajemne serdeczności tłumaczone były i na angielski, i na język migowy. Jedyna osoba, a mianowicie ten zagraniczny gość z wcześniejszego wydarzenia, który porozumiewał się po angielsku, do której to tłumaczenie ewentualnie mogło być kierowane, wyszła wcześniej, zanim zaczęło się oficjalne powitanie gości.
Trzeci i najbardziej fascynujący przypadek tłumaczenia to tłumaczenie z rumuńskiego na polski w wykonaniu przesympatycznej i przeuroczej pani Joanny o dwuczłonowym nazwisku z Krakowa, która, jak się okazuje, na co dzień jest tłumaczem literatury rumuńskiej. Ona z kolei tłumaczyła za pomocą tzw. szeptanki (chuchotage) i a vista (zdanie po zdaniu). Była ubrana na czarno, bardzo klasycznie. W ogóle była też kobietą klasycznej urody, miała delikatne rysy twarzy i z  powodzeniem mogłaby reklamować kremy przeciwzmarszczkowe. Wypowiadała się bardzo płynnie i spokojnie, w żaden sposób nie wybijała się ponad rozmówcę, nie mówiła głośniej, nie zaznaczała swojej obecności w niepotrzebny sposób. To, co mówiła po polsku, było bardzo przystępne i zrozumiałe, nie brzmiało sztucznie albo nieadekwatnie.
Całe 6 dni bardzo szybko zleciało. Przyznam, że najbardziej podobało mi się to, że niemal codziennie byłam na starym mieście lub w jego okolicach i cieszyłam się wspaniałymi, ciepłymi wieczorami przechadzając się tam wzdłuż i wszerz.

Generalnie popieram i kibicuję wszelkim takim inicjatywom. Nie wszystkie wydarzenia mi się podobały, nie wszystkie zrozumiałam, niemniej jednak zawsze popieram wszystko, co ma coś na celu. Za rok chyba kolejna edycja. 

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s