comment 0

#484; że byłam w Kaliszu

Wspomnienie z podróży: 
-starsze (stażem) małżeństwa w wieku mniej więcej naszych rodziców nauczeni są chyba niesamowitej ogłady, do tego stopnia, że podróżując na całej trasie pociągiem dalekobieżnym nie odzywają się do siebie, ewentualnie potajemnie szepczą lub rozmawiają tylko wtedy, gdy są pozostawieni sami w przedziale, by zamilknąć wraz z pojawieniem się współpasażera powracającego z tego klaustrofobicznego pomieszczenia szumnie zwanego łazienką.
Doprawdy, czy podróż pociągiem to naprawdę taka krępująca i tajemnicza przygoda? 
Tymczasem odbyłam wakacyjny wyjazd!
Cieszyłam się niesamowicie, wchodząc rankiem na prom i mając przed sobą perspektywę całego dnia spędzonego w pociągu w wątpliwych warunkach, a już na pewno w niemiłosiernym upale, bo w końcu jechałam NA WAKACJE.
Po prostu wakacyjny wyjazd, kilka dni spędzonych gdzie indziej i to odbywający się w odpowiedniej porze, mianowicie latem. Nie tak jak przez kilka ostatnich lat, kiedy to mówiłam sobie, że oto majówka albo jakaś jesienno-zimowa eskapada to moje wakacje. Moje letnie kolonie. Oto w sierpniu, w samym środku fali upałów, wyjechałam na wakacje do Kalisza. 
Eee tam, do Kalisza. 
Szkoda, że nie na Santorino. 
Kalisz to malownicze miasto w Wielkopolsce. Położone jest tak, że blisko jest do Poznania, do Łodzi, do Wrocławia, a nawet do Częstochowy nie tak znowu daleko, więc, jak mniemam, można przebierać w uniwersytetach i kierunkach studiów.
Wcześniej o Kaliszu wiedziałam tylko tyle, że to stare miasto, z którego pochodzi rodzina mojej babci, na których mówiliśmy kaliszoki. “Kaliszoki przyjeżdżają”.
Kalisz to miasto, jakich w Polsce wiele. Nie jest położone nad morzem, nie w górach, nie przy jeziorach, więc nie ma specyficznego charakteru określonego przez panujący tam klimat czy krajobraz. Nie jest też dużym miastem, stolicą województwa ani metropolią.  
Jak się okazało, w Kaliszu głównie się chodzi. W sensie pieszo. Autobusy miejskie nie kursują wystarczająco często, by je dopasować do swoich potrzeb, więc się dyga z buta.

Zwróciłam uwagę na to chodzenie pieszo być może dlatego, że nie przywykłam do długich spacerów. Jeśli jest daleko to poruszam się rowerem, ewentualnie tramwajem lub samochodem, w miarę możliwości. Pieszo poruszam się głównie po domu, po parkingu lub gdy na chodniku jest za ciasno, by przemykać rowerem, wówczas go prowadzę. Nie lubię chodzić pieszo, bo mam zaabsorbowane ręce, po jakimś czasie zaczyna mnie boleć kręgosłup i ciągle zastanawiam się, ile jeszcze.

a propos 😉

Właśnie tak.
Czyż to nie prawda? Wcześniej nawet o tym nie pomyślałam, ale faktem jest – rowerzysta nie martwi się o ubezpieczenie, opłat za parkowanie i w ogóle brak miejsc parkingowych, nie groźne mu drogi jednokierunkowe i zakaz wjazdu, cokolwiek by się stało to koszty naprawy nie przyprawią o zawrót głowy. Ostatecznie w niektórych przypadkach zakup nowego roweru wynosi mniej niż wymiana jednej części w samochodzie. Dlatego wszyscy powinni się przesiąść na rower!;) 

Niemniej jednak spacerując po Kaliszu zaobserwowałam, że jest tam albo wieś, albo wojna, albo galeria handlowa. Są uliczki, przy których stoją domki jednorodzinne, szeregowce, pojedyncze bloki i inne takie twory, które sprawiają, że można się poczuć, jak gdzieś indziej. Jakbym się zgubiła, wyszła poza granice miasta i oto przechadzam się po przedmieściach. W innych miejscach z kolei są kamienice, w których czas zatrzymał się wiele lat temu. Majestatyczne budynki, które kiedyś były piękne. Teraz o ich dawnej urodzie świadczą tylko balustrady, pelargonie i obdrapany tynk. Pośród tego wszystkiego napotykamy wcale dużą galerię handlową – których ogółem w Kaliszu jest, jak się dowiedziałam, cztery – z kinem, sklepami typu H&M i innymi takimi sieciowymi ukochanymi przez młodzież itd. 
Jednocześnie mnóstwo pustych lokali na sprzedaż lub wynajem, gdzie wcześniej, jak się dowiedziałam, były różne ciekawe miejsca, ale z różnych przyczyn zostały zamknięte.

Odbyłam też wycieczkę kulinarną, jeśli można tak powiedzieć, bo odwiedzałam różne knajpy, o których wcześniej dużo słyszałam w samych superlatywach, toteż postanowiłam skosztować ich specjałów. Nie wiem, czy używam dobrej nomenklatury, bo pod pojęciem “knajpa” rozumiem wszystko – restauracje bądź kawiarnie, ewentualnie pub. Wszystko poza tworami w stylu McDonald’s.
Niespodzianka #1: stołowanie się na mieście w Kaliszu nie nadwyręża portfela tak, jak by to było w Świnoujściu. Pomyślałam sobie, że raz się żyje i gotowa byłam nawet czyścić swoje konto próbując różnych nowych miejsc, ale jakże mile zaskoczyłam się czytając pierwsze lepsze menu! 
Najpierw odwiedziłam włoską restaurację Antonio, która znajdowała się jakby w piwnicy. Nie była superoryginalna, jeżeli chodzi o wystrój. Ściany były beżowe, jak gdyby lekko przydymione, na stołach obrusy w czerwono-białą kratę. Kuchnia była otwarta, tak że można było podglądać sobie kucharzy. Kelnerzy-sami mężczyźni mieli zawiązane śmieszne chustki pod szyją i wyglądali cudownie, brakowało im tylko cienkiego wąsa a’la Salvador Dali.

Odkrycie niższych cen uważam za najciekawsze doświadczenie z całej podróży, dlatego przytoczę z pamięci kilka cen: 
-każdy makaron w karcie, różne, różne rodzaje, kosztował mniej niż 20 zł. 
-najdroższe były przystawki typu polędwica marynowana na zimno i takie tam, to kosztowało więcej niż 20 zł
-porcje były ogromne, przepyszne i bardzo sycące
-napój 4-5 zł
-ogółem rzecz biorąc można się nażreć jak świnia za mniej niż 30 zł, wliczając napiwek, a była to – jak się dowiedziałam – jedna z droższych knajp

Super! Idźmy dalej!

Na starym mieście/starówce/starym rynku/rynku czy jak zwał, tak zwał – a słyszałam, że jest różnica – reklamowali się, że piwo kosztuje 5 zł, podobnie jak lampka wina.
W kawiarniach ciasto za 6 zł, drinki przeważnie nie więcej niż 15 zł.
Lemoniada, mrożona herbata i inne wymyślne mrożone rzeczy – wszystko za 8 zł.
Spory kawałek szarlotki na ciepło z gałką lodów – 8 zł.
Sałatka owocowa – 6 zł.
Kawa z mlekiem – 6 zł (i to nie podana w szklance lub piankowym kubku jak na dworcu, zwyczajnie w filiżance).
Sałatka – 12 zł, max. 15.
Pizza – do 20 zł średnia spokojnie.

Byłam w jednym cudownym miejscu, które zostało chyba moim ulubionym, mianowicie Parada Smaków. To taka trochę kawiarnia, trochę restauracja, w każdym razie przemiłe miejsce. Jest nowe, co widać w wystroju i… hmm, jak to powiedzieć? podejściu do prowadzenia lokalu? To miejsce jest stworzone, by tam przesiadywać lub spędzić nieco więcej czasu niż zajmuje wypicie kubka kawy, oblizanie się i wypad. Aż chciałoby się tam zasiąść z książką lub laptopem, do czego zachęca minimalistyczne wnętrze, beże, szarości, jasne drewno, poduszki. Jest też ogródek na zewnątrz ustawiony trochę od czapy, ale to akurat najbardziej mi się podoba w ogródkach, bo obok nierównym chodnikiem przemykają ludzie, z drugiej strony ciasno zaparkowane samochody, a oto można rozkoszować się różnymi smakołykami, które wszystkie – nie muszę chyba wspominać – kosztowały mniej niż dyszkę, a jeżeli już to mniej niż 15.
Niespodzianka #2: do każdej kawy, nawet najzwyklejszej z mlekiem lub espresso, podają croissanta. Gratis. Do tej niedrogiej sałatki podawali też pieczywo czosnkowe, czyli coś na kształt małej, pulchnej pizzy, tyle że zamiast dodatków na górze po prostu był czosnek.

Opisuję te różne miejsca i jedzenie jakby co najmniej były to megaegzotyczne, regionalne potrawy z Bali czy innego dalekiego zakątka świata, a to po prostu zwykła, dajmy na to, sałatka z kurczakiem, ale naszła mnie w międzyczasie taka refleksja – że po co wyjeżdżać do dalekich krajów, jeżeli w Polsce jest wciąż tak wiele miejsc, których nie widziałam. Wyjechałam raptem kilkaset kilometrów dalej, a byłam trochę w innym świecie, gdzie ludzie mieli inne nawyki i zwyczaje, wszystko inaczej wyglądało i wszystko było inne, ciekawe i fascynujące, czas inaczej płynął.

W każdym razie na pewno się nie nudziłam. Mało gdzie się nudzę, bo nawet patrzenie się na drzewa podczas jazdy pociągiem uważam za ciekawe, a już na pewno relaksujące, bo w końcu zaleca się patrzeć na przyrodę minimum 15 minut dziennie. Ile razy takich piętnaście minut odbędę mknąc pociągiem TLK relacji Lublin – Świnoujście?
Z wyjazdu przywiozłam też kilka pamiątek:
Dillon (co śpiewa) i “Listę Schindlera” do obejrzenia.

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s