comment 0

#486; szpetni dwudziestoletni AD 2013

Mam teraz te 22 lata – choć nie wiem, czy już mogę tak mówić, wszak urodziny mam dopiero w listopadzie – niemniej uważam, że to dziwny wiek, bo nie jest się już gówniarzem, niejedno (o, niejedno) o życiu się wie, liznęło się trochę tej upośledzonej samodzielności w mniejszym lub większym mieście za pieniądze rodziców i wydawałoby się, że żyje się całkiem jak dorośli, ale coś tu nie gra i czegoś brakuje – ach, tak, nadal de facto mieszka się z rodzicami. 
Ten dziwny okres w życiu, kiedy tak wiele rzeczy się krystalizuje, a jednocześnie tkwi się w tym samym miejscu. 
Mówię, że to upośledzona samodzielność, bo wszystko nadal odbywa się za pieniądze rodziców. Rodzice płacą składki na ubezpieczenie i za prywatne wizyty u lekarza. 
Płacą abonament za telefon i to na nich jest umowa, a mi się wtenczas wydaje, że mam super telefon, smartfon, o jejku, połączę się z internetem. 
To oni tankują samochód, a nawet jeśli nie samodzielnie, bo np. mi też się zdarzyło, to oni za to płacą. Przede wszystkim w ogóle, to oni mają samochód. 
Siedzę na komputerze, który mi kupili, korzystam ze stałego internetu, za który nie ja przecież płacę i mnóstwo innych rzeczy. 
Szczytem upośledzonej samodzielności jest studiowanie, bowiem uczymy się dorosłego życia, dowiadujemy się stąd czy zowąd, że lodówka sama się nie zapełnia, a mieszkanie samo nie sprząta, ogólnie jesteśmy tak niesamowicie samodzielni, bo oto uważamy się za bohaterów życia, że mama rano nie budzi, a i tak znajdujemy motywację, by wstać o nieludzkiej porze jaką jest 7 rano i udać się na zajęcia, mimo że – guess what – nie musimy! 
Och, sami chodzimy na zakupy, zdarzyło się musieć zadzwonić po hydraulika albo innego majstra, użerać się z sąsiadem. Nie zapominając oczywiście o dzikich imprezach, bo nikogo nie trzeba pytać o pozwolenie, chłopaki mogą nocować i wzajemnie, hulaj dusza, piekła nie ma, bo kto nam zabroni? Zdarzają się też oczywiście okresy bardziej intensywnego zakuwania w sesji np. lub gdy sytuacja jest naprawdę dramatyczna, wtedy się siedzi do późna w nocy albo tę nockę wręcz zarywa, bo nas jeszcze wyrzucą ze studiów i co wtedy? Chociaż podświadomie wszyscy dobrze wiemy, że trzeba się dobrze postarać, żeby zostać wyrzuconym ze studiów. 
Tak więc żyjemy i studiujemy i jesteśmy dorośli, a to wszystko za pieniądze. Płacimy kartą VISA zbliżeniowo i nawet nie rozmyślamy nad tym, że oto mamusia i tatuś przelali na konto czterocyfrową sumkę. 
To wydaje mi się być takim życiem trochę na smyczy. 
Te słowa brzmią może w mojej obecnej sytuacji kuriozalnie, bo oto moją własną decyzją nie podjęłam w tym roku pracy wakacyjnej i w rezultacie spędzam wakacje w Świnoujściu, w domu, u rodziców i z rodzicami, a jednocześnie utyskuję na to, podczas gdy mogłam po prostu nająć się w budce i robić gofry tudzież je podawać w jakiejś kawiarni – owszem, wiem, możliwości jest mnóstwo. Pracowałam przez kilka ostatnich wakacji, więc dobrze wiem, jak to jest mieć własne pieniądze, ale nawet one nie zmieniają sytuacji, o której piszę. 
Okej – ja też mam pieniądze. Czekające na koncie oszczędnościowym na różne spontaniczne sytuacje, być może wyjazdy, kiedy nie będę musiała być zależna od moich rodziców, nie będę musiała im wszystkiego opowiedzieć ze szczegółami, bo wszystko będzie zależało od ich dobrego nastroju i hojności. 
Ale co z tego? Mogę sobie kupić markowe buty. A może ten trencz, który zawsze chciałam mieć? Mogę gdzieś wyjechać. Pewnie kupiłabym nawet jakiś samochód (gorzej z tankowaniem). Mogłabym nawet kupić bardziej trwałe rzeczy typu garderoba, toaletka albo ten przyrząd do ćwiczeń wytrząsający tłuszcz. 
Tylko po co? 
Wszystko to to nadal będą rzeczy ruchome, pierdoły, które tylko bezsensownie powiększają mój dobytek. Zasilają grono rzeczy, których nie potrzebuję i bez których mogę się obejść. 
I znowu – mi będzie się wydawało, że wyglądam wystrzałowo w superskrojonym trenczu, a niech on nawet będzie Burberry i będę konwersowała w nieskończoność przez telefon, za który płacą moi rodzice, bla bla bla. 
A ja nie mogę się doczekać tego następnego levelu. 
Ostatnio bardzo często myślę nad tym, jak bardzo chciałabym mieć własny dom. Nie chodzi nawet o dom-dom, w sensie wolnostojący i jednorodzinny, nie chodzi nawet o własny, o czym pisałam już wcześniej. Po prostu miejsce, gdzie mieszkałabym sama, w sensie ja+ten ktoś, gdzie wiedziałabym, że będę mieszkać przez więcej niż kilka miesięcy lub rok, gdzie mogłabym inwestować w różne ozdoby, kwiaty na balkon lub na parapet, świeże zioła w kuchni, fotel w łazience i masę innych szpargałów, które tworzą dom. Gdzie można zaprosić gości, a to mieszkanie jest twoje, nawet jeżeli nie posiadasz wcale aktu własności, gdzie biesiadujemy do późnej nocy nie zważając na współlokatorów… 
To ostatnie szczególnie zdaje się być niestety dość utopijną wizją, gdy się tak rozglądam dookoła, niemniej jednak chodzi o miejsce, gdzie się wprowadzę i przez jakiś czas wcale nie będę się wybierała. Przynajmniej nie przez najbliższy rok. Tak żeby kwiaty zdążyły zakwitnąć. 
Jestem gotowa dyskutować z każdym, który zarzuci mi, że jestem rozpieszczoną idiotką, bo ja od 12 roku życia musiałam zapierdalać na rynku, bla bla bla, a emerytury wojskowe, bla bla bla. 
COME AT ME BRO. 
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s