comment 0

#492; Rodos

Muszę chyba zmienić nawyki językowe dotyczące mówienia o tym, co posiadam lub co ostatnio nabyłam. Jako że osiągnęłam ten właściwy wiek, w którym właściwie byłoby się usamodzielnić, a dzień, w którym rodzice nie zrobią przelewu nie jest już odległą przyszłością, zbieram fundusze na wyprowadzkę. Chcę odłożyć sensowną kwotę pieniędzy, bym mogła sobie na przykład wynajmować mieszkanie (choć wiadomo, że mam na myśli pokój, jak dobrze pójdzie jednoosobowy) w Poznaniu przez całe wakacje, a nie trząść się pod koniec czerwca. Tak dla hecy. Poza tym wolałabym mieć różne możliwości, a do tego trzeba mieć parę zer na koncie, nieprawda?

Tak więc nie mogę już mówić “mamy” czy “kupiliśmy”, jeżeli mówię o czymś, co mają lub kupili moi rodzice. Teraz ja i moi rodzice to już nie to samo pod względem własności materialnej. To oni kupili, najczęściej dla siebie. Czasownik “kupić” wymaga teraz dopełnienia dalszego w celowniku. 
Ostatnią taką rzeczą, o której radośnie chciałam powiedzieć, że “mamy” jest działka. W sensie rekreacyjna, nie budowlana czy tam innego typu.

Wujek sprzedał nam greps, że będziemy teraz spędzać czas na Rodos – rodzinnych ogródkach działkowych otoczonych siatką! Dobry tekst, jeśli się go nigdy nie słyszało, tak jest pewnie stary jak świat. Podobnie jak w ferie zimowe zaśmiewałam się z tekstu mojej cioci, która to krzątając się w kuchni mówiła, że robi sałatkę na winie. Ja od razu miałam wizje z filmów i programów kulinarnych, kiedy to ktoś gotuje w iście nonszalanckim stylu, niby od niechcenia dodając niby przypadkowe składniki, między innymi dolewając wina i stosując inne takie fantazyjne przyprawy, po czym ciocia sprowadziła mnie z powrotem na ziemię mówiąc: aaa, wiesz, taka sałatka na winie, dajesz co się nawinie, ahohoho! 

Wszyscy mamy więc ostatnio ulubione zajęcie w grupach pod tytułem sprzątanie działki. Działka znajduje się bardzo blisko granicy i stoi na niej domek, który nie jest sklepaną z desek altanką czy też mniejszym lub większym składzikiem na narzędzia – to mały domek murowany, który można powiedzieć, że ma dwa piętra i stryszek. Gdy go zobaczyłam to przez myśl przeszła mi od razu głupia myśl, że w razie wu i gdyby coś, to zawsze będę miała gdzie mieszkać. Cóż…

Najbardziej zachwycony jest tata, który przychodząc rano po dobie spędzonej w pracy gna w te pędy na działkę, bo trzeba porobić. Wieczorem przekopuje Allegro poszukując a to piły mechanicznej, a to taczki, a to siekiery lub ławeczki. Jest też dumny z siebie i najbardziej cieszy się z tego, że wyszło na jego, bo okazało się, że jego mania chomikowania i wzdryganie się od wyrzucania czegokolwiek, co jeszcze jest niezepsute i jakkolwiek zdatne do użytku, od flanelowych koszul po wieże stereo, wreszcie się opłaciła, bo teraz wszystko przecież przyda się na działkę! Teraz w  każdym pomieszczeniu można ustawić przynajmniej jedno radio z komunii firmy Panasonic!

Ostatnio znalazłam na śmietniku wiklinowy fotel. Nie, żebym specjalnie udała się przeszukiwać pobliskie śmietniki. Przechodziłam po prostu obok, a obok tej skrzętnie zamykanej na klucz wiaty, do której dostęp mają tylko wtajemniczeni i płacący lokatorzy wspólnoty mieszkaniowej, stał kibel bez deski, oparcie fotela i wiklinowy fotel. Oczywiście, że go wzięłam, bo może się przecież przyda na działkę. Jest lekko wyblakły, ale wyblakła wiklina akurat ładnie wygląda. Nie jest bujany i ma tylko trochę zepsute siedzenie, w sensie się zapadło, ale to chyba nie będzie problem.
Będzie pasował do tego pokoju po lewej, nazwijmy go dziennego. Będzie stał w kącie, z poduszkami i kocem, a wokół pełno świeczek.

Tak więc ostatnio można mnie najczęściej spotkać na działkach koło zalewu wiozącą taczkę.
Generalnie lubuję się w rozrywkach moich rodziców, więc na działce jestem przeszczęśliwa.
Tam woła się zza płotu do każdego “dzień dobry!”, nawet jeżeli czyjaś postać tylko majaczy zza krzaka, nie wspominając już, że kogoś nawet nie znasz.
Ubieram kalosze, ciepłą bluzę i nie interesuję się nawet, czy wzięłam telefon, czy jest zasięg, czy już łapie roaming albo czy będzie wi-fi (ha, ha, ha).
Oczywiście miałam parę refleksyjnych momentów, kiedy mama kazała mi wyzbierać niedobre jabłka spod jabłonki, że ja pojadę, nie będzie mnie tutaj, będę smutna lub szczęśliwa gdzieś indziej, a ta jabłonka sobie tu będzie stała, emeryci w spodniach na szelkach codziennie będą sobie przychodzić podziubać, dalej będzie się pędzić alkohol, z kominów dalej będzie unosił się dym.
Przy całych takich wyjazdach i różnego typu zmianach w życiu trzeba pamiętać, że
PRZECIEŻ
NIE
UMIERAMY. 

Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s