comment 0

#495; jestem erazmusem

W świetle wydarzeń ostatnich kilku dni wszystkie te obrazki z Soup.io i Tumblr typu “breath and let go” tudzież “I took a deep breath and let go”, z których do tej pory zawsze miałam bekę, nabrały innego znaczenia, bo – nie ukrywając – właśnie to sobie myślałam czy też w ten sposób koiłam swoje skołatane myśli, kiedy pakowałam się w półtorej walizki i postanowiłam pobawić się w emigrację. 
Pierwszy raz mieszkam w akademiku, pierwszy raz też w pokoju jednoosobowym, który metrażowo spokojnie mógłby pomieścić trzy czy cztery osoby. 
Mam duże (plastikowe) okna. Jedno jest w jakiś dziwnie szpetny sposób ozdobione posklejaną taśmą klejącą moskitierą. Ciągle zastanawiam się, czy można ją zerwać, czy też należy ona do wyposażenia pokoju, które jest święte i nienaruszalne. Mam biurko tak duże, że jedną połowę zajmuje laptop i inne przynależące rzeczy typu brudny kubek po herbacie, klucze, telefon, opaska do włosów i kolczyki, a na drugiej połowie jest jeszcze sporo miejsca, tak więc jeden blat spokojnie starcza mi na miejsce do pracy, jak to się szumnie mówi, i toaletkę. Mam za dużo miejsca na wszystkie rzeczy, które byłam w stanie upchnąć do moich dwóch walizek. Niezwyczajnam do posiadania 24m2 tylko dla siebie i do własnej dyspozycji. W rezultacie niektóre szafki są puste, półki regału ozdabiają pojedyncze przedmioty, to torebka, to szalik, to te jedyne dwie książki, które w ostatniej chwili wrzuciłam do walizki, a przez które nie mogłam jej dopiąć, tak że było już jej widać szwy ze zmęczenia. W szafie mam za dużo miejsca na moją nową, minimalistyczną, ograniczoną do niezbędnego minimum garderobę, tak więc każdą z półek zajmują po dosłownie trzy rzeczy, a wzięłam przecież wszystko, uwzględniając zimę i ciężkie mrozy. 
Może dziwnie to zabrzmi, ale nie odczułam w zasadzie żadnej różnicy związanej z tym wyjazdem. Wcale nie stresowałam się, że pomylę pociągi albo nie będę wiedziała, gdzie wysiąść. Nie obawiałam się, jak to będzie i że na pewno będzie źle. Na pewno zaszedł jakiś błąd i przyjechałam na darmo, to wszystko mrzonki albo sen, wcale nie przydzielono mi tutaj miejsca, trzeba wracać. Przyjęłam wszystko nad wyraz naturalnie. O dziwo, tak jak i moja mama! Parę dni temu pewnego ranka w kuchni przygotowując śniadanie mama powiedziała w tajemnicy, że o dziwo też jest jakaś spokojna co do tego wyjazdu, jakoś tak wiem, że sobie poradzisz, ja nie wiem. 

Miasto samo w sobie ma klimat jak Świnoujście. 
Oczywiście nie ma tutaj morza, nie słychać śpiewu mew, nie wieje ten wiatr, ale jest tu wiele rzeczy, które sprawiają, że czuję się jak tam. To też jest niby duże miasto, niby nie taka ostatnia pipidówa, a jednak na pozór mało się dzieje. Dotarłam tutaj w piątek w południe, a w czwartek (3.10) było w Niemczech święto narodowe – Dzień Jedności Narodowej, więc niektórzy zrobili sobie długi weekend. Przechadzając się po mieście pierwszy raz zaobserwowałam, że jest tu dziwnie spokojnie, panują wręcz pustki. Zupełnie jak w Świno zimą. Sklepy z ładnymi witrynami, nowe i zadbane, nieczynne już popołudniu, ludzi na ulicach jakby mało, samochodów prawie wcale, wszystko jak gdyby uśpione. Myślałam, że to kwestia weekendu, że wszyscy wyjechali, ale dziś poniedziałek, żaden wolny ustawowo dzień, początek nowego tygodnia, a atmosfera panuje nadal taka sama, to znaczy jest swojsko i spokojnie. Cieszę się, bo do takich klimatów przywykłam. 
Bardzo łatwo się tu poruszać. Ja nie jestem pierwsza zorientowana w geografii, nie mam tego zmysłu orientacji – tak przynajmniej myślałam przez wiele lat, ale muszę chyba zmienić to myślenie, bo była to bardziej samospełniająca się przepowiednia niż prawda. 
Takie wmawianie sobie – nie orientuję się w terenie. Jak to nie – daj mi mapę i parę minut. 
Nie umiem parkować – jakoś tyle razy parkowałam i nigdy nie miałam stłuczki, niebezpiecznej sytuacji, lusterka i tylne lampy są nadal dwie i niedraśnięte, nie dostałam nawet mandatu.
Już następnego ranka bezproblemowo poruszałam się tramwajem, wiedziałam jak dojechać, znałam drogę powrotną, wymyśliłam nawet, gdzie się przesiąść. 
Halle ma 200.000 mieszkańców. Jak dla mnie to dużo, moja Niemka, którą ja nazywam Anna Maria Jopek, mówi, że to mało jak na Niemcy, na co ja mówię, że dużo jak na Polskę. 
A nieprawda? W Świno mieszka niecałe 40.000 i myślałam, że to dużo. W Dziwnowie dla porównania mieszka niecałe 3.000. 
Stąd jest pół godziny do Lipska, z Lipska nieco ponad godzina drogi do Berlina, dwa przystanki do Netto, 20 minut do dworca, 10 minut do centrum, 5 minut do przystanku, 80 EUR od domu i 8 pięter w dół na stołówkę. 
Ciąg dalszy następuje. 
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s