comment 0

#506

W ’64 dziennikarz bodajże Timesa zapytał Boba Dylana “do you care about people?”, na co on odpowiedział “define ‘care’ and ‘people'”. 
Ten sam mechanizm postanowiłam zastosować ja na pytanie, czy poznałam ludzi na erazmusie. 
Define people.
Zadałam sobie kilka prostych pytań (niepotrzebne skreślić): 
-czy spotykam znajome twarze na mieście i mam komu powiedzieć “cześć”? TAK/NIE.
-czy znałam ich wcześniej? TAK/NIE.
-czy mam ich numer telefonu? TAK/NIE.
-czy mam z kim wypić ewentualną kawę, pójść do kina, uskutecznić small-talk w kolejce na stołówce, czy razem z kimś czekam na tramwaj? TAK/NIE.
Zapomniałam się przez chwilę i porównywałam się chyba do niewłaściwych osób. Nie mam szalonej ekipy znajomych, z którymi nawzajem tagujemy się na facebookowych zdjęciach, nie oznaczam się “z użytkownikiem xy w miejscu z”, nie znajdę tak od razu czterech chętnych osób na bilet grupowy w weekend, żeby skoczyć sobie do Berlina lub innego pobliskiego miasta, nie robię sobie zbiorowych selfie przed dworcem zaraz po przyjeździe do danego miasta (no bo przecież trzeba się oznaczyć), ale nie o to mi przecież chodzi. 
Chyba mogę powiedzieć, że odnalazłam się na swoich zasadach, jednak jest to trudniejsze niż wszystko to, co mieści się pod szeroko pojętym terminem erazmus-orgazmus. Zawsze ciut pod górkę, ale daję radę. Stwierdziłam to po tym, że do domu na święta nie przyjechałam wcale z rozrzewnieniem. Oczywiście, że bardzo chciałam już przyjechać, bo się stęskniłam. 
Tęskniłam za tostami wysmarowanymi masłem z serem i ketchupem Kotlin. 
Za płynem micelarnym z Biedronki. 
Za książkami, których fragmenty czytam po raz setny przed snem, jak “Chustka” albo listy Johna Lennona. 
Za “Wysokimi Obcasami” i “Wysokimi Obcasami Extra” i w ogóle za prasą. 
Za łatwo dostępnymi książkami w języku ojczystym. 
Za YouTube bez ograniczeń ze strony GEMA. 
Za moim rowerem. 
Za kotkiem.
Za mewami. 
Za morzem.
Za promem nie. 
Za wyfryzowanymi paniami w lumpeksach. 
Za panią Jolą, która zawsze daje rabat na kawkę. 
Za Wybrzeżem Władysława IV. 
Za herbatą Saga z cytryną. 
Za szybkim internetem. 
Za corsą.
Za szamponami Barwa ziołowa. 
Za tym, że ludzie ze sobą gadają. 
Że przypadkowi ludzie zagadują. 
Że sąsiadka na działkach przez płot opowiada o swoich problemach z kolanem. 
etc.
Pomimo tego po wyjściu z pociągu nie poczułam się bynajmniej jak w bezpiecznych ramionach w porównaniu z tym obskurnym i paskudnym miastem, z którego dopiero co przyjechałam. Nie powróciłam niczym Słowacki. Nie chciało mi się płakać. Na ojczyzny łono. 
Nie oznacza to, że mi się przewróciło w głowie, tylko że tam jest mi równie dobrze, co czyni mnie niezmiernie ukontentowaną. 
Ą-ą-ą, muszę się ładnie wypowiadać, bo czuję, że moi rodzice uważnie wsłuchują się w to, co mówię, jakby tylko czyhając, żeby mieć bekę, gdy coś przekręcę. O, na pewno nie!

-A nie myślałaś o tym, żeby się tam przenieść na stałe? 
-Myślałam, myślałam… Ale mam w sercu taką prywatną Polskę, która nie pozwala mi na to. 
-I która to Polska jest taka wymagająca? 
-Język. Kocham imiesłowy, giętkie czasowniki, zawijasy składni. No w jakim języku mogłabym powiedzieć: 
Kto czeka na ciebie łzą się bławacąc?
 Agnieszka Osiecka, Rozmowy w tańcu
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s