comment 0

#510; wyjazd integracyjny

Nie lubię wyjazdów. 
Ale nie w tym romantycznym sensie, żadne rozrzewnienie, rozdarte serce, przejmująca rozpacz.
W gruncie rzeczy nie mam za czym tęsknić. Jakoś nie uzbierałam imponującego panteonu bliskich osób, do których by mi było szczególnie tęskno. Nie trzymają mnie specjalnie nawet miejsca – może tylko pojedyncze godziny czy chwile. Czasami jest spoko.
Nie czuję ekscytacji przed podróżą, bo doskonale wiem, gdzie mnie niesie. 
Denerwuje mnie ta atmosfera oczekiwania i ta przedwyjazdowa bezproduktywność. 
Dzień wyjazdu jako ogromny punkt odniesienia, zupełnie jak Nowy Rok. 
Przed wyjazdem, po przyjeździe. 
Planowanie w głowie, planowanie na papierze, planowanie w rozmowach z rodzicami. 
W dzień samego wyjazdu otwieram jak zwykle walizkę, strategicznie kładę ją otwartą na środku pokoju i omiatając wzrokiem przestrzeń zastanawiam się, co by tu. Zadanie mam ułatwione, bo w moim dawnym/obecnym/nie wiem jak to ująć pokoju nie ma praktycznie nic poza rzeczami, które ewentualnie przywiozłam ze sobą, tak więc niedbale zgarniam tylko wszystko do walizki, tak byle blat pozostał pusty. 
W dzień wyjazdu na pewno nigdzie nie pójdę, raczej nie wyjdę z domu, chyba że na dworzec. Bez znaczenia, że pociąg mam dopiero wieczorem. Jeżeli już trzeba będzie gdzieś wyjść to skoczę szybko samochodem, bo przecież nie mam czasu i muszę się pakować. 
Rodzice na minimum dwa dni w przód zaganiają mnie do pakowania się, żeby potem nie latać na ostatnią chwilę (jak dla mnie to ty się możesz w ogóle nie pakować), przez co mam wrażenie jakbym przynajmniej przez te dwa dni była w podróży, bo nie robię nic poza tym, że spędzam czas nad otwartą walizką, do której wypróżniam wnętrzności szafy. 
Zazwyczaj nie robię tego, co normalnie bym zrobiła, bo odkładam to na jak przyjadę, jak wrócę. 
Rzeczy zostawiam niepozałatwiane i nieprzemyślane, bo teraz wyjeżdżam. 
No, ale wyjeżdżam. 
Kupuję rzeczy na zapas, robię rzeczy na zapas, tata nawet kazał jeść rybę na zapas, bo mówi, że następnym razem nie wiadomo, kiedy będę jadła, bo ja to sobie przecież nie kupię, hue hue hue. 
Taki dziwny stan, ani mnie to cieszy, ani smuci – dosłownie: ani mnie to ziębi, ani grzeje. 
Jadę – okej. Miałabym zostać dłużej – też w porządku. 
Jestem jednak ciut bardziej podekscytowana na myśl o tym, że wrócę, co porobię i gdzie sobie pójdę, jak już będę z powrotem. 
Tutaj czuję takie podświadome wypychanie mnie z gniazda, no idź, leć, nie siedź. 
No to spadam. Przynajmniej euro wydaje się lepiej niż złotówki, bo jest mniejsza cyferka. No i jestem taaaka bogata!
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s