comment 0

#511; Polki i Niemki

Wyszłam sobie następnego dnia rano do miasta i od razu uderzyło mnie to, jak ładne i jak ładnie ubrane są wszystkie panie w mieście. Na ogół nie posądzałabym Świnoujścia o specjalnie wybitną stylówkę, na próżno szukać tu przesadnego szyku czy klasy, niemniej jednak każda jedna kobieta się przyłożyła i poświęciła czas swojemu wyglądowi – nawet jeżeli efektem jest zmagań jest białe prawdziwe futro zestawione z jasnymi kozakami z imitacji skóry, które sięgają do boleśnie dla niej nieodpowiedniego miejsca na łydce. Nawet jeżeli użyła niebieskiego cienia do powiek kontrastującego z jej bordo-siwymi włosami, to jednak poświęciła te kilka minut na nałożenie makijażu, na uczesanie się, na staranne ułożenie beretu z ozdobnym filcowym kwiatem itp. W pierwszej chwili zastanowiłam się, czy dzisiaj jest może jakieś święto narodowe lub kościelne. Gdzie idą te kobiety w tych futrach do ziemi? Z jakiej okazji przywdziały szykowne, dwurzędowe płaszcze, a przez ramię przewiesiły szykowne połyskujące torebki na łańcuszku? 
Ach, z żadnej. Panie załatwiały po prostu codzienne sprawunki. Kupić mięso. Kolejka w rybnym. Odebrać polecony. Zapłacić za telefon. Dobrze, że mi się przypomniało, że tutaj to zwyczajne, że się o siebie dba – czasem może nieumiejętnie, czasem do przesady, ale zawsze to jakaś elegancja. Miałam też przyjemność jechać pociągiem, który ruszał ze Świnoujścia o nieludzkiej godzinie 4:47. Pociąg zatrzymywał się na niemal każdej stacji, co rusz wsiadały zaspane twarze jadące w kierunku Szczecina. Mężczyźni najczęściej w dresach, zawsze w kapturze naciągniętym na zaspaną twarz, wpadali do przedziału zdecydowanym krokiem, towarzyszyło im zawsze trzaśnięcie przesuwanych drzwi, które na skutek uderzenia odbijały się z impetem od framugi i dalej były otwarte, szybko znajdowali sobie miejsce siedzące, naciągali kaptur na twarz i spali. Kobiety natomiast wsiadały w pełnym rynsztunku, a było pomiędzy 5 a 6. Dopracowany strój, płaszcz ściągnięty w talii, kozaki, kryjące legginsy. Przyciemnione oko, przypudrowany nos, blusher, szminka, róż. Czasami staranna kreska czarnym eyelinerem, czasami czerwone usta. Ułożone włosy, u niektórych wypielęgnowane lekkie fale, gdzie indziej wyprostowana grzywka i proste kosmyki wystające spod szarej czapki. Kobiety nie spały. One już były gotowe. Były zupełnie przytomne i oddawały się zwyczajnym czynnościom – to pogrzebać w smartfonie, to poczytać gazetę, książkę, łyk z kubka termicznego, telefon do kogoś, kto wiadomo, że już nie śpi. 
Słyszałam, że w Rosji dziewczyny są jeszcze bardziej zadbane. Idealny makijaż, porcelanowa cera, krwiście czerwone usta, futro, sukienki, wysokie szpilki, dekolt, fryzura. Nie ma przebacz. Ja zawsze podśmiewałam się z dziewczyn, które – zupełnie jak te panie w pociągu – na zbiórkę na wycieczkę na godzinę 6 (rano) stawiają się w idealnym makijażu, z włosami pokręconymi lokówką, z idealnie przykrytymi niedoskonałościami skóry, perfekcyjną kreską na górnej powiece i w botkach na wysokich obcasie. Nie ma wyjątków. Co z tego, że udajemy się właśnie na jednodniową wycieczkę autokarem, gdzie oczywistym jest, że będziemy dużo chodzić pieszo i generalnie spędzać czas na świeżym powietrzu. To nie przeszkadza, by ubrać botki na platformie i rajstopy do przydużego swetra. Miałam ochotę się tak ubrać, to się ubrałam. Nie bacząc na okoliczności czy warunki atmosferyczne. 
W “Wysokich Obcasach” czytałam kiedyś taki minireportaż z autokaru, którym Polacy udawali się do pracy, bodajże, we Włoszech. Autokar ruszał gdzieś z południa Polski o wczesnej godzinie rannej i w mijanych kolejno miejscowościach dosiadały się kolejne osoby. Mimo że godzina była bardzo wczesna, a żeby być w ustalonym miejscu o danej godzinie, większość musiała wstać o 3 nad ranem lub wcześniej, kobiety miały pełny makijaż, skrupulatne loki upięte w kok i usztywnione masą lakieru, szykowne ubrania. To nic, że w perspektywie miały 20 godzin jazdy autokarem, żadnych przerw i przystanków na zwiedzanie, żadnych atrakcji poza siedzeniem sztywno na dupie – ale to nic. Przecież jak to tak ubrać wygodne ubrania i zaaplikować minimalny makijaż (jeśli już jest konieczny)? To się nie godzi. 
Polska makijażystka, która pracowała w Stanach Zjednoczonych wspominała kiedyś, że w Polsce nie ma różnicy, czy to rano, biały dzień, czy wieczór. Dziewczyny od samego rana chodzą w wydekoltowanych, obcisłych sukienkach, na wysokich obcasach, w pończochach, starannej fryzurze i mocnym makijażu. Co takiego ubierają zatem na wieczór? Mówiła, że w Nowym Jorku jest to rozróżnienie i rano możesz spotkać wiele kobiet w dresach, bez makijażu, z rozwianym włosem, w wygodnych ubraniach, sportowych butach. Dopiero na wieczór ubierają eleganckie stroje i robią się na bóstwo. 
Nie wiem skąd bierze się to ciśnienie, żeby aż tak dbać o swój wygląd. Myślę, że dużą rolę odgrywa presja społeczeństwa, a w szczególności presja innych kobiet. Polacy mają w zwyczaju interesować się innymi ludźmi – babcia na przystanku zwróci uwagę, że dziecko biega bez czapki, zawsze ktoś ma w podorędziu jakąś przydatną uwagę dotyczącą wychowania wspomnianych dzieci, zawsze ktoś będzie uprzejmy spostrzec, że wygląda się na zmęczonego, chorego, smutnego, co się stało i co się robiło w nocy. Dziewczyny zawsze bezpardonowo zapytają koleżanki widząc ją po raz pierwszy danego dnia – co ty masz na głowie / co ty masz na sobie / co ci się stało na twarzy / co ty tu masz / biłaś się z kimś i tym podobne. 
Wywieranie presji. Poza tym, wszystkie inne dziewczyny, obce panie na ulicy, koleżanki, z którymi się spotykasz, są zawsze zadbane, zawsze odpowiedni makijaż, włosy i strój, zawsze elegancja i samodyscyplina, nawet jeśli sytuacja tego nie do końca wymaga. To wymusza pewne zachowania na pozostałych kobietach, bo trzeba się przecież dopasować. Bo nie mogę wyglądać jak flejtuch i oferma w towarzystwie wypielęgnowanych tipsów akrylowych i wysportowanych łydek. Niezadbany wygląd to oznaka słabości. Jestem leniwa i pewnie leżę odłogiem przed telewizorem. Nie mogłam nawet zmobilizować się, by nałożyć podkład albo chociaż korektor w kremie. 
Dla porównania, w Niemczech panuje wszechobecny pragmatyzm. 
Mówiąc cokolwiek o Niemczech, mam na myśli zazwyczaj Niemcy Wschodnie, bo tam, powiedzmy, najczęściej się rozbijam. Była NRD. Ten podział na wschód i zachód jest w Niemczech akurat dość istotny, z tego, co się zdążyłam zorientować. Bardzo podkreślany. 
Zaryzykowałabym stwierdzenie, że Niemki nie są brzydkie – są po prostu niezadbane. Mają oczywiście inne rysy twarzy – bardziej wyraziste rysy twarzy, mocniej zaznaczoną szczękę itd. Nie wiem, jak wytłumaczyć natomiast to, kiedy siedzę sobie zadowolona z życia na wykładzie, a na miejscu tuż przede mną siada miła dziewczyna, która nie umyła włosów i to w tak już dramatycznym stadium, że nie można powiedzieć, że jej włosy były po prostu nieświeże – jej włosy były już skołtunione, w niektórych miejscach były poprzyklejane do głowy tworząc dziwne przedziałki, na samym końcu splątane były w niedbałym koczku. Oczywiście to ekstremalny przypadek, a wszystko to to uogólnienie. Dużo dziewczyn w ogóle się nie maluje. Ta pozostała część, która jednak nakłada codziennie makijaż robi to często dość nieudolnie. Nierzadko można spotkać zafarbowane na różowo grzywki a’la Sylwia Chutnik, wściekłoniebieską jedną warstwę włosów lub seledynowe końcówki na czarnych włosach z jaśniejszymi odrostami. Tatuaże i piercing w miejscach, których na ogół się unika ze strachu przed nieznalezieniem pracy. Trzeba też wspomnieć, że mają nieco inny styl i gust, inne kanony. Myślę, że wynika to z wszechobecnego pragmatyzmu. Skoro już jestem sporty, eko i jeżdżę rowerem wszędzie, gdzie tylko się ruszam, to nie nakładam makijażu, bo od chłodnego wiatru polecą mi łzy i się rozmażę. Skoro noszę ciepłą czapkę chroniącą przed zimnym pędem powietrza lub kask to moje proste, równo obcięte włosy bez grzywki zwiążę tylko w luźny kucyk z tyłu głowy. Czasami są odrosty, czasem tylko dolna powieka podkreślona czarną kredką, co tylko uwydatnia raczej mało zadowolony wyraz twarzy. Do tego lekka nadwaga i ubrania zgoła sportowe. Za luźne w pasie dżinsy, za długie sztruksy, za ciasne bluzki z dekoltem w serek. To dramatyczne uogólnienie, być może skrajne przypadki, aczkolwiek zdarzają się i takie.
Takie tam drobne różnice. Drobne przyzwyczajenia.
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s