comment 0

#524; Wyznanie

Przyznaję się. Wyznaję się. 
Jestem uzależniona od chipsów, czytania Daily Mail (i obczajania innych nieistotnych rzeczy, które absolutnie nic nie wnoszą) i wydawania pieniędzy. 
Może coś mi to da, jeżeli sobie to tutaj wyartykułuję. Moje uzależnienia przedstawiają się mniej więcej w takiej kolejności i uważam, że to już nie jest nawet zabawne. 
Chipsy to taka infantylna rzecz. Głupie, pierdołowate, podsmażane plasterki ziemniaków. Nie będę pisała teraz patosu na ich cześć, ale nie ma co umniejszać. Można się przecież od nich tak samo uzależnić jak od papierosów lub alkoholu, chociaż te i inne używki postrzegane są pewnie jako poważniejsze. Można się uzależnić od wszystkiego, nieprawda? Od masła, soli, gier komputerowych, seksu. Ostatnio czytałam (na Daily Mail) o lasce uzależnionej od ketchupu. Nałogi typu papierosy lub alkohol to – wydaje mi się – coś bardziej zrozumiałego, a uzależnienie od innych rzeczy to pierdoły. To nie jest normalne, że miłe chwile utożsamiam z chipsami. Kiedy, dla przykładu, wracam popołudniu do domu i wiem, że już nigdzie nie będę wychodzić i akurat tak się składa, że mam wszystkiego dosyć i wiem, że będę zalegała w kokonie w mojej comfort zone, to oczywiście w drodze powrotnej zajdę po chipsy, bo one też do tej mojej comfort zone właśnie przynależą. Będę oglądać film wieczorem? Skoczę po chipsy. Rano byłam na mieście pozałatwiać różne sprawy, na resztę dnia nie mam więcej planów, a muszę czegoś poszukać w internecie, a godzina jest wczesnopopołudniowa? Kupię sobie chipsy dla umilenia czasu. W nagrodę za małe osiągnięcia lub na pocieszenie też sobie kupuję chipsy. Dlatego, że są wszędzie, są tanie i mnie na nie stać. Kiedy jadę gdzieś pociągiem, już mnie wszystko denerwuje, a przede mną jeszcze kawał drogi – to niemal oczywiste, że kupię sobie chipsy na pocieszenie. To chore. To nie jest normalne. Nie muszę być specjalistą, żeby sama sobie stwierdzić, że to na pewno ma znamiona jakiegoś zaburzenia. Dziwne, że palce lewej ręki jeszcze mi się nie zafarbowały na pomarańczowo od tych wszystkich przypraw. 
Muszę przykładać większą wartość do tego, co jem. Większą niż do tej pory, bo niedawno mi się wydawało, że już zwracam dużą uwagę. Dlatego od niedawna (no dobra, dokładnie od dwóch dni) karmię siebie samą i przygotowuję sobie posiłki na małym talerzyku. Nie skorzystałam z usług dietetyka, no bo bez przesady, ale staram się wsłuchać w swoje ciało. 
Nieodłącznym elementem mojej diety od jakichś 10 lat były tosty. Tosty – zawsze z samym serem, z szynką tak nie bardzo, z dużą ilością ketchupu, sztuk dwie lub cztery. Na śniadanie, kolację lub w ciągu dnia. Wczoraj (!) zorientowałam się, że po takim śniadaniu jestem ospała, zmęczona, napompowana i najchętniej bym się położyła, a już koniecznie muszę odpocząć w pozycji siedzącej. Podsumowując – muszę odpocząć, bo oto zmęczyłam się śniadaniem. Już nie jem tostów. A jeżeli już to z jakiegoś pełnoziarnistego pieczywa i bardzo rzadko. W grę wchodzą jedynie grzanki do zupy. Basta! 
Nie mogę pić kawy. A przynajmniej nie w takich ilościach. Nie jestem jedną z tych osób, które wstają rano, nie jedzą śniadania, ale nie mogą obejść się bez kubka kawy. Lubię ten rytuał picia kawy, lubię miłe miejsce, kawiarnię, spotkanie z kimś, muzykę, atmosferę. Kawa jako napój sam w sobie mi oczywiście smakuje, ale nie muszę jej pić codziennie. Kawa, jak wiadomo, wypłukuje magnez i mi chyba wypłukała, bo od jakiegoś czasu od kawy trzęsie mi się ręka i noga. Może to dlatego, że cierpię na megalomanię i wszystko lubię pić w wielkich kubkach lub równie wielkich szklankach. Od teraz – jeżeli już – to kawa tylko w jakiejś sympatycznej filiżance. I tylko czarna, inaczej cierpi mój układ trawienny. 
Powinno się jeść pięć porcji warzyw lub owoców dziennie. O tym zawsze zapominam. Jeżeli już kładę wędlinę na kanapkę, jem kabanosy (jako mięso) i staram się jeść rybę raz w tygodniu (co mi, niestety, kiepsko wychodzi) to zapominam o warzywach i owocach. Cytryna w herbacie to za mało. Jedna mandarynka po 21 to też za mało. Plasterek pomidora na kanapce nie wystarczy. Dlatego od tych dwóch dni też kładę sobie gdzieś w zasięgu wzroku jabłka, mandarynkę i pomarańczę. Wtedy zjem przynajmniej te trzy rzeczy, ale i tak staram się wszamać coś jeszcze. 
Spędzam też zdecydowanie za dużo czasu w internecie obczajając nic nie znaczące, absolutnie infantylne i niepotrzebne rzeczy. Może nie nazwałabym tego prokrastynacją, bardziej określiłabym to jako folgowanie sobie. Bo mam czas i ochotę. Bo oto pooglądam sobie obrazki na Tumblr lub ładne wnętrzna na The Selby, choć to jeszcze akurat nic złego. Gorzej jest, jeżeli zaglądam na Pudelka, 9gag, kilka profili na Instagramie, namiętnie śledzę blogerki na YouTubie itd. To stały punkt mojego dnia. Choćbym się uczyła, choćbym była zajęta, choćby nawet nie było mnie w domu, choćbym spędzała calutki dzień w pociągu, zawsze wejdę na kilka takich głupkowatych stron. Przepraszam – czasami padam ze zmęczenia i nie mam ochoty nawet się wykąpać przed pójściem do łóżka, ale mam ochotę zajrzeć na Daily Mail. Bo piszą dosyć ciekawe rzeczy. Bo można się nauczyć kilku słówek z angielskiego. Bo tak często aktualizują i wstawiają nowe rzeczy. To jest chore. Chore, chore, chore. Tak też już nie będzie, co niniejszym postanawiam. 
Z wydawaniem pieniędzy mam pewien problem. Trudno nie wydawać pieniędzy w ogóle, bo na nich skonstruowany jest dzisiejszy świat i musiałabym chyba żyć w ascezie, żeby nie posługiwać się w ogóle pieniędzmi. Chodzi mi bardziej o moją upośledzoną umiejętność oszczędzania pieniędzy. Posiadania pieniędzy. Pieniądze w moim przekonaniu nie są po to, żeby leżały na koncie lub w skarpecie, są po to, żeby je wydać. Żeby sobie sprawić przyjemność. I choć ostatnimi czasy stałam się nieco bardziej rozważna i romantyczna niż kiedykolwiek wcześniej, to zawsze coś się przytrafi – a to znajdę sweter, którego od dawna szukałam (szary, zwykły, przez głowę), a to kupię sobie odżywkę Mrs Potter’s (na zapas) – zawsze coś! Wszelkie zakupy potęgowane są ostatnio jeszcze przez fakt, że kupuję rzeczy na zaś, rzeczy, które zabiorę ze sobą, a których nie ma w DE. Krem Ziaja, szampon Barwa, kozieradka lub Jantar do skóry głowy, herbata Saga z cytryną itd. To moje ulubione rzeczy, przyzwyczajenia, z których nie chcę rezygnować. Oczywiście, że w DE też jest herbata i kremy do twarzy. Ciężko się określić. I tak nie wydaje mi się, żebym rozpieprzała pieniądze. Nie kupuję już nawet dużo ciuchów. A nawet jeżeli to sukcesywnie je wszystkie wyprzedaję lub pozbywam się w inny sposób. Może powinnam dla świętego spokoju i spokojniejszego sumienia urządzać sobie od czasu do czasu dni, kiedy po prostu nic nie kupię? Kiedy nie skusi mnie żadna okazja i żadna przecena. Nawet jeżeli będzie się opłacało, choćby dawali pół darmo. Nawet w drogę można przecież wziąć ze sobą przekąski z domu. No dobra, to się zobaczy! 
W trakcie pisania powyższego tekstu zjadłam paczkę chipsów (ostatnią), kanapkę z szynką, jedną paprykę czerwoną, jedną mandarynkę oraz wypiłam wielki kubek czarnej herbaty. Dziękuję. Teraz detoks. Jedzeniowy, chipsowy, cyfrowy i zakupowy. 
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s