comment 0

#544

Obecnie denerwuje mnie, że jestem momentami taka przygłupia.
I że tak dużo słów to dla mnie tylko pojęcia – coś świta, coś dzwoni, przytakuję, ale tak do końca nie potrafię. Określam to jako jakiś rodzaj głupoty, jakąś ułomność. Czytałam w ostatniej Wyborczej, do której byłam w stanie się dorwać w wersji papierowej (luksus! marzenie!), artykuł Karla Taro Greenfelda “Erudyci z Twittera”, o tym, jak to teraz pobieżnie przyswajamy informacje, klikamy “lubię to” tylko po nagłówku, a czytanie portali internetowych i gazet ogranicza się w zasadzie tylko do śledzenia nagłówków, rzeczy dowiadujemy się z wpisów z Twittera o długości 140 znaków. Wszystko przyjmujemy, bierzemy za pewnik. Mało kto ma potrzebę weryfikowania informacji i dociekania u źródła. Nie znam danego filmu, ale widziałam, że znajomy na Facebooku dodał jakiś status na ten temat, po czym przeleciałam wzrokiem komentarze pod nim. Z nich wynika, że film jest słaby. Przy najbliższej okazji będzie już można zarzucić “a, no, coś tam słyszałem” i od razu inaczej wyglądamy w towarzystwie. Także dlatego milczenie jest złotem. Ja uważam, że lepiej jest milczeć niż pleść głupoty. Albo potrafię się na jakiś temat wypowiedzieć, albo tylko milcząco potakuję. Nie trzeba wszystkiego wiedzieć, widzieć wszystkich filmów, oglądać namiętnie seriali online. Nie trzeba czytać wszystkich książek, nie trzeba być na bieżąco z mainstreamem.
Nie udzielałam się przez cały ostatni semestr na angielskim, w zasadzie tylko rzadko, choć byłam przytomna i chętna do wzięcia udziału w każdej dyskusji, bo każda pogawędka oscylowała najczęściej wokół filmu. “Szybcy i wściekli” i te takie po prostu kinowe hity, o których ja nie mam pojęcia, bo nie oglądam ich ani w kinie, ani nawet (lub tym bardziej) w telewizji na Polsacie, więc naprawdę nie wiem o czym mowa i ciężko mi sobie to wyobrazić. 
Z drugiej strony denerwuje mnie to, że brakuje mi informacji na wiele tematów. 
Nie rozróżniam w sumie wiśni od czereśni i brzoskwini od nektarynki.
Czym się tak właściwie różni cukier biały od trzcinowego?
Gdybym kupiła świeżą rybę (a mieszkam przecież nad morzem, pewnie jem ryby codziennie, a tak w ogóle to mój tata pływa na kutrze), to nie wiedziałabym, co mam z nią począć i za co się zabrać. 
Znam bardzo mało smaków, próbowałam bardzo mało rzeczy – dopiero ostatnio dowiedziałam się, co to właściwie jest tofu. 
Nie znam historycznego tła dla faktu, że w Poznaniu jest ulica Roosevelta i co ten Roosevelt tam chciał (żeby Kolega mi takie rzeczy musiał opowiadać – wstyd!)
Nigdy nie robiłam marmolady.
Dziwiłam się ostatnio, gdy Asia oznajmiła, że zrobiła pierogi. No co ty, to ty umiesz robić pierogi??!!

Chodzę w tym semestrze na Wirtschaftsdeutsch, na który chodzi dużo innych obcokrajowców. Jest dużo Azjatów, Rosjan, dwie dziewczyny z Mołdawii, no i ja. Dzisiaj przyszłam akurat dużo przed czasem i czekałam. W drugim kącie sali siedziały dwie skośnookie dziewczyny. Po chwili do sali weszła kolejna skośnooka dziewczyna, trochę zdezorientowana, nie wiedziała, czy dobrze trafiła, jakie to zajęcia, a jak się nazywa prowadzący, poszła zagadać do tamtych dziewczyn. Komunikowały się łamanym niemieckim. Ja od niechcenia przyglądałam się całej tej sytuacji i pomyślałam – kurczę, czemu one właściwie rozmawiają po niemiecku? Nie mogą w swoim języku? 
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Może było wcześnie, może tej kawy jeszcze dobrze nie przełknęłam. 
Otóż ja, niżej podpisana, w czerwcu 2014 roku myślałam, że wszystkie języki w Azji są do siebie podobne, coś na zasadzie dialektu, tak że wszyscy Azjaci mogą się bezproblemowo ze sobą porozumieć. 
!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Nie zastanawiałam się nad tym nigdy szczególnie, bo ani w Azji nie byłam, ani nikogo z Azji nie znam, ale tak myślałam. Ot, moja europejska ignorancja. Myślałam tak pewnie dlatego, bo wszyscy dla mnie tak samo wyglądają. My dla nich też wyglądamy tak samo, a jakoś nie rozmawiamy tym samym językiem. Przy czym Europa jest tak mała, a jaka Azja jest wielka! 
Nie powiedziałabym, że jestem bardzo “online”. Technologia nie odgrywa dużej roli w moim życiu. Korzystam z internetu codziennie, ale mogę się powstrzymać, mogę nie włączać komputera, internet w komórce mam, ale nie korzystam, po prostu nie jestem uzależniona. Od pewnego czasu przyświeca mi jednak myśl, żeby żyć bardziej analogowo. Żeby tego kompa w ogóle nie odpalać, żeby do kogoś zadzwonić, a nie zobaczyć, czy jest online, żeby ugotować coś z książki kucharskiej a nie z bloga, filmiku na YouTube’a lub pierwszego lepszego przepisu znalezionego w Googlach. W tym celu nauczyłam się robić na drutach i chociaż od początku do końca jeszcze nic nie wydziergałam (żaden sweter, szalik, ściereczka lub rękawica do piekarnika), to lubię tą czynność – że trzeba się skupić, bo inaczej nie wyjdzie, to chwilowe oddanie, to ćwiczenie cierpliwości. Nawet jeżeli najczęściej starcza mi jej tylko na przerobienie dwóch linijek to już od kilku miesięcy włóczka wala mi się gdzieś po podłodze.
Teraz, może latem, chcę nauczyć się gotować. Chciałabym nauczyć się robić pierogi i chłodnik. Wiedzieć, co mam zrobić ze świeżą rybą albo jak się robi szaszłyki. Jak dobrze doprawić mięso? Chleb? A może ciasto? Z kruszonką?
Dobrze, że idzie lato. Wtedy ma się czas, miejsce i ochotę na takie i inne fanaberie. Uzupełnić luki w swojej głowie. Praca u podstaw.
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s