comment 0

#553

Dzisiaj cały ranek gorąco debatowaliśmy.
Tak gorąco, że pod prysznic wybierałam się ok. 13, mimo że pobudka była tak o 9:00.
Że jak ktoś studiuje medycynę lub prawo to może się określić jednym słowem, a ci studiujący różne, przeróżne, najróżniejsze kierunki humanistyczne zawsze muszą wymieniać po przecinku.
Że z drugiej strony może to lepiej dla twojego własnego rozwoju, bo lekarz jest lekarzem i tylko lekarzem, nawet jeśli zapalenie gra w squasha po pracy, podczas gdy ci wszyscy szeroko pojęci humaniści robią różne rzeczy. I tak można się do woli i ile dusza zapragnie nazywać.
Ja jestem pisarką (bo piszę ten blog), tłumaczką (bo kiedyś coś przetłumaczyłam), aktywistką (bo raz się zgłosiłam na ochotnika), przedsiębiorcą (bo sprzedaję rzeczy przez internet) i freelancerką (bo czasami gdzieś wysyłam cv?). I dziennikarką może jeszcze, bo w podstawówce pisałam do szkolnej gazetki o przyjemnej nazwie “Dzięcioł”.
Można się bez końca definiować. W razie gdyby ktoś chciał kiedyś przeprowadzić ze mną wywiad, to pod moim niedużym, czarno-białym zdjęciem będzie pisało: “Imię i Nazwisko (*1991)” i cała ta wyliczanka.
Potem ja rzekłam, że najbardziej to bym chciała zarabiać pieniądze na blogu, bo to takie przyjemne połączenie, bo hobby to twoja praca itd.
I rozprawialiśmy, że teraz ludzie zarabiają na blogach (a w tej materii ja byłam bardziej wtajemniczona – stety, niestety), że kręcą te bzdurne filmiki na YouTube, że to bezpodstawne wzorce dla młodych dziewcząt w pewnym wieku, że powielają cały czas ten sam wzorzec.
Bo doprawdy – można by prowadzić nieskończone socjologiczne dysputy na ten temat, odezwaliby się też teoretycy sztuki użytkowej, czymże jest moda, kiedy jest to trend, styl, ikona et cetera. Niemniej wszystko to mainstream. Może to dlatego, że żyjemy w globalnej wiosce i wszyscy jesteśmy podłączeni do jednej i tej samej sieci. Do jednej wtyczki. Z blogów płynie wiedza, że tylko urządzone na biało mieszkania są najwspanialsze, jedynymi akcentami kolorystycznymi mają prawo być szare lub lawendowe poduszki z napisem Home i tekturowe litery na kominku. Jesteśmy fajni tylko wtedy, jeżeli mamy kosmetyki firmy Mac lub Nars, kawę pijemy w Starbucksie, po kraju poruszamy się samolotem, ubieramy się najchętniej w Forever 21, jako przekąskę jemy Oreo, w domu mamy koty tej samej rasy, nasz telefon to iPhone, wszyscy podążamy za tymi samymi trendami i mniej lub bardziej świadomie się do siebie upodabniamy. W większości te dziewczyny (a pokuszę się o tą generalizację, bo obejrzałam wcale mnóstwo podobnych filmików na YouTube):
-są dziewczynami właśnie, bo myślę, że tylko niewielki odsetek mężczyzn się tym para
-są rasy kaukaskiej
-mieszkają w dużym mieście
-są heteroseksualne
-są w związku
-są niskie i szczupłe
-mają długie włosy
i tak dalej.
Wszystkich kusi wizja zarobienia łatwych pieniędzy, a trochę się słyszy o potędze mediów społecznościowych i zawrotnych karierach przeróżnych blogerek/ów, dlatego też mnożą się kolejne blogi i kanały na YouTube, bo myślę, że gros nastolatek myśli sobie – to jest udane życie. Ja też tak chcę. Chcę mieć swoje auto, mieszkać w przestronnym mieszkaniu z moim partnerem, żyć bez większych trosk i zarabiać całkiem przyzwoite pieniądze na kręceniu filmików tudzież blogowaniu tradycyjnym. Można by się spierać, czy są to dobre wzorce i czy w ogóle. Życie, w którym tak ogromną rolę odgrywa konsumpcjonizm. Niepohamowany, ba, stale napędzany, rozbuchany konsumpcjonizm. Muszę regularnie wydawać bajońskie sumy w drogeriach lub sieciówkach, żeby w niedużych odstępach czasu nakręcić nowy filmik o tym, co sobie kupiłam w H&M, a co na wyprzedaży w Mango. Systematycznie wykupuję też asortyment Rossmanna lub DM, bo regularnie muszę pokazywać nowe odcienie kredek, nowe lakiery do paznokci i inne. Niedobrze, niedobrze. Myślę, że to szkoda dla tych i tak “trudnych” pokoleń zaczynających się od rocznika ’95, które już słabo wypadają na maturach i innych egzaminach. Nie tędy droga, o nie.
Są oczywiście też blogerzy, którzy mają coś sensownego do powiedzenia tudzież pokazania. Jednym z nich, moim ulubionym, jest The Sartorialist. Cenię go głównie za konsekwencję, bo od tylu lat nie zmienił nawet szablonu i nadal korzysta z najprostszej wersji Blogspota. Tak samo tytułuje swoje posty, na przestrzeni lat swojej popularności wprowadził tylko kilka drobnych, kosmetycznych zmian czy urozmaiceń. Ostatnio podejrzałam go na Instagramie, gdzie wrzucił zdjęcie z jakiegoś włoskiego miasta – ładny most z widokiem na stare budynki. Podpis głosił coś w rodzaju makes me want to buy a book. 
Tak. Niektóre miejsca pieszczą nasze zmysły estetyczne, niektóre skłaniają do refleksji. W niektórych można się zamyślić. Można się zapomnieć. Niektóre mamy ochotę utrwalić na papierze, niektóre tylko zachować w pamięci, wcale nie fotografować. W dzisiejszych czasach wielu ludzi cierpi na jakąś dziwną przypadłość – bardzo szybko wydaje im się, że są specjalistami w danej dziedzinie i jeżeli coś nam się raz czy drugi udało to jest to już wystarczający argument, żeby założyć bloga i zostać samozwańczym ekspertem w danej dziedzinie. Jest to pewien ekshibicjonizm. Dzielić się ze światem swoim życiem, swoim wizerunkiem.
Nie lubię mainstreamu. Wolę pod prąd. To mnie nie dotyczy, to mnie nie interesuje, to nie jestem ja. Kropka.
P.S. Niemcy, zdaje się, zostali właśnie mistrzem świata w piłce nożnej. Za moim oknem w mojej spokojnej, cichej i zazwyczaj wyludnionej okolicy dzikie odgłosy, fajerwerki i wrzaski z okien.
Filed under: Życie

About the Author

Posted by

Studiuję, planuję, filozofuję, reflektuję, opisuję, dekoruję... Z przyzwyczajenia, z przyjemności, z prokrastynacji, z chęci dokumentowania.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s